Ludzie i style

A twojej prababce jak było z domu?

Takie hobby. Para, która prowadzi „cmentarne śledztwa”

Rok ok. 1934, uczennice 6 klasy szkoły podstawowej w Krośnie (nazwiska wymienione na rewersie zdjęcia), krzyżykiem u dołu zdjęcia oznaczona Stefania Rygiel, ur. w 1922 roku. Rok ok. 1934, uczennice 6 klasy szkoły podstawowej w Krośnie (nazwiska wymienione na rewersie zdjęcia), krzyżykiem u dołu zdjęcia oznaczona Stefania Rygiel, ur. w 1922 roku. Genealogia Krośnian / Facebook
Gdy idą na stary cmentarz, czują się jak detektywi, którzy muszą rozwiązać kryminalną zagadkę. A gdy już ustalą anonimowego właściciela niszczejącego grobu, czują satysfakcję, bo wiedzą, że właśnie ocalili kawałek historii.

Są jak ogień i woda. Ona – chemiczka, on – plastyk. Ona nigdy nie tknęłaby flaczków, serc czy świątecznej kutii, a on może się nimi zajadać bez końca. Ona uwielbia sen, on regeneruje się w trzy godziny. Jego telefon po 10 latach wygląda jak nowy, jej po roku przypomina 10-letni. Ale gdy robią coś wspólnie, tworzą bezbłędny duet. Razem prowadzą firmę reklamową, a po pracy oddają się zajęciu, które kilka lat temu kompletnie ich pochłonęło – tropią rodzinne korzenie.

Napiszcie mail

Alicja i Andrzej Ryglowie, małżeństwo z 25-letnim stażem, mieszkają w Krośnie. Stąd pochodzi rodzina Andrzeja, która żyła w podkarpackim mieście od wielu pokoleń. Andrzej słyszał, że jego prapradziadek Stanisław był tutaj dość znanym rzemieślnikiem. W 2010 roku postanowił dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Alicja przeczuwała, czym to pachnie. Kilka lat wcześniej podjęła się przygotowania drzewa genealogicznego swojej rodziny. Na każdym kroku rozbijała się o nieprzychylność. Brylowali w niej księża, których akta parafialne to klucz do rodzinnej historii. Daty i miejsca urodzenia, chrztu, ślubu, zgonu, imiona rodziców czy dzieci – skarbnica wiedzy, strzeżona przez duchownych jak przepis na jakiś magiczny wywar. – Na początku prosiliśmy księży, żeby poszukali informacji, których potrzebowaliśmy. Zazwyczaj odpowiadali, że nic nie znaleźli, a tak naprawdę chyba wcale nie szukali, no może rzucili tylko okiem. Szło jak po grudzie – wspomina małżeństwo. – Zaczęliśmy w końcu prosić o udostępnienie nam archiwów, abyśmy mogli sami poszukać, ale odmawiali. Tłumaczyli się ochroną danych osobowych i tego typu rzeczami. Wreszcie znaleźliśmy sposób: mówiliśmy, że ochrona danych nie dotyczy osób, które zmarły dawno temu, oraz członków rodzin, przedstawialiśmy nawet stosowne paragrafy. Niechętnie, ale zaczęli się godzić na nasze wizyty w kancelariach. Od razu ruszyło.

Drzewo rodzinne Andrzeja było gotowe dwa lata temu. Przez pięć lat Ryglowie nauczyli się sprawnie poruszać po świecie wiekowych dokumentów. – Jeśli ktoś nie wie, jak szukać, może się szybko zniechęcić. Daty bywają pomylone nawet o kilka lat, a pismo jest zazwyczaj nieczytelne, zwłaszcza jeśli notowano po łacinie lub rosyjsku – mówi Alicja. – My znamy oba języki i potrafimy rozszyfrować zapisy, nawet jeśli ktoś je nabazgrał. Nie znamy niemieckiego, ale księgi prowadzone po niemiecku były z kolei bardzo staranne i bez problemu można odczytać, co jest napisane, a następnie przetłumaczyć.

Małżeństwo przetarło sobie ścieżki w wielu parafiach, co znacznie ułatwia sprawę. Niestety, niektórzy księża konsekwentnie ich ignorują, a co gorsza, nie ma na nich mocnych. – Jedną z najstarszych podkarpackich parafii rządzi proboszcz, który zawsze nam mówi: napiszcie mail. Wysłaliśmy ich już całą masę, ale odpowiedzi nigdy nie otrzymaliśmy.

Polowanie na cmentarzu

Przeszukiwanie zakurzonych ksiąg weszło Ryglom w krew. Uzbrojeni w patent na sprawne wyłuskiwanie informacji, podjęli się sporządzenia inwentarza osób pochowanych na starym cmentarzu w Krośnie. To jeden z największych zabytków w mieście. Na oko znajduje się tu kilkaset nagrobków – 300, może 400. – Gdy przeglądaliśmy księgi, okazało się, że nazwisk osób pogrzebanych na nekropolii są dosłownie tysiące. To, co widać na powierzchni, to zaledwie niewielka część. Naliczyliśmy około 15 tys. pochówków! Każdy mieszkaniec z krośnieńskimi korzeniami ma tutaj kogoś. Historia tego miasta zaczyna się na cmentarzu – twierdzą.

W spisie pochowanych wciąż jest jednak sporo białych plam. Alicji i Andrzejowi nie daje to spokoju, dlatego braki w dokumentacji starają się uzupełnić w inny sposób. Najlepszym jest odwiedzanie nekropoli w okolicach Wszystkich Świętych. – Można powiedzieć, że „polujemy” na rodziny, znajomych lub po prostu opiekunów grobów. Tak udało nam się ustalić sporo pochowanych w nich osób, o których nie wiedzieliśmy. Czasami wystarczy jakiś trop, powiedzmy nazwisko osoby, która może wiedzieć coś więcej. W ten sposób dowiedzieliśmy się na przykład, że ostatni pogrzeb odbył się na cmentarzu wcale nie w 1954 roku, jak podają oficjalne źródła, ale cztery lata później – wymieniają jeden z największych sukcesów swoich „cmentarnych śledztw”.

Aż ciarki przechodzą

Niejaka pani P. w ciągu trzech dni pochowała męża i wszystkie dzieci. Pociechy zmarły na anginę, mąż zaraził się od nich. W innej rodzinie trójka dziewczynek zatruła się śmiertelnie wilczymi jagodami. A twarzyczka ze skrzydełkami na nagrobku małej Francuzki to autentyczny pośmiertny odlew jej buzi.

To zaledwie trzy przykłady historii, na które małżeństwo trafiło w czasie poszukiwań. – Czasami aż nas ciarki przechodzą, ale to miłe uczucie. Czujemy się jak detektywi, którzy rozwiązują tajemnice sprzed lat – porównują. – Inny rodzaj satysfakcji czujemy wtedy, gdy ktoś poprosił nas o pomoc w dowiedzeniu się czegoś o grobie bliskich. Ustaliliśmy na przykład, że pradziadek jednego z mieszkańców pochodził z bliźniaków, albo poznaliśmy dane wszystkich 11 osób pochowanych w grobowcu rodzinnym S. Gdy im to mówiliśmy, czuliśmy, że i ich przeszył dreszcz.

Koszmar historyków

Pocztą pantoflową detektywi wyrobili sobie w Krośnie bardzo dobrą markę. Codziennie dostają telefony i wiadomości z prośbą o pogrzebanie w historii i odkurzenie pamięci o czyichś przodkach. – Udało nam się już stworzyć kilka drzew rodzinnych, w tym jednej z naprawdę wielkimi tradycjami, herbowej – nie kryją dumy. – Robimy to bezpłatnie, dla przyjemności, tak się relaksujemy po pracy. Cóż, każdy ma jakieś hobby, my mamy takie. Wracamy z pracy i od razu sprawdzamy skrzynkę. Zdarza się, że jak nas coś bardzo wciągnie, to siedzimy nawet do 4 nad ranem, korespondując z osobami zza oceanu. U nich jest wtedy dzień – uśmiechają się.

Czas polegania wyłącznie na księgach parafialnych to czas przeszły. W mieszkaniu Alicji i Andrzeja piętrzą się m.in. czasopisma z pierwszej połowy XX wieku, czarno-białe zdjęcia oraz nadgryzione zębem czasu protokoły pierwszych w Krośnie zawodów żużlowych, które Andrzej odziedziczył po dziadkach. Ryglowie objeździli także wszystkie miejscowe archiwa, fotografując co ciekawsze znaleziska. Wreszcie wykupili dostęp do niemieckich baz danych, w których pozostały informacje z czasów zaborów i okupacji. Ze zgromadzonych materiałów wyłania się obraz kompletnie nieznanego Krosna. – Ciekawostek było tak dużo i tak interesujących, że nie mogliśmy zachować ich dla siebie lub wyłącznie dla osób, które zleciły nam poszukiwania. Na początku roku założyliśmy na Facebooku stronę zatytułowaną „Genealogia Krośnian”, na której zaczęliśmy publikować zdjęcia, wycinki prasowe, fragmenty kronik szkolnych czy różnorakich aktów i uchwał. Wszystkie dotyczyły mieszkańców Krosna, bo interesują nas przede wszystkim ludzie. Wydarzenia, fakty czy dzieje budynków zostawiamy historykom – zawężają obszar swojej działalności.

Zalecają jednak ostrożność w obdarzaniu zaufaniem nawet największych naukowych autorytetów. – Gdy bierzemy do ręki książkę opartą na badaniach, wydaje nam się, że autor naprawdę się przyłożył do pracy i rzetelnie ją napisał. Niestety, mamy wrażenie, że wiele publikacji zrobiono po łebkach, napisano w nich bzdury, których można było przy odrobinie chęci uniknąć. Przykładem jest historia sportu żużlowego w Krośnie, zwłaszcza początki, przełom lat 50. i 60., gdzie roi się od błędów, a do dokumentów można było bez większego trudu dotrzeć – opowiadają. – Gdy znajdujemy jakiś błąd, niepodważalny, bo mamy na to dowody, próbujemy kontaktować się z autorem książki lub artykułu. Bywa różnie, generalnie historycy nie przepadają za nami.

Zamiast smartfonów i polityki

Zaglądam na stronę. Ciekawostki pogrupowane są w albumy: w jednym skany czarno-białych zdjęć, w kolejnym wiekowe mapy i plany, w następnym fotografie portretowe zasłużonych krośnian – byłych urzędników, artystów czy lekarzy. Jest nawet album, do którego trafiły zdjęcia osób „do rozpoznania”, bo być może ktoś z internautów będzie wiedział, kim były. Otwieram jeszcze inny album: „Z dawnej kroniki policyjnej”. – Mieliśmy w rodzinie przodka, który pracował przed wojną jako policjant i lubował się w zbieraniu wycinków z prasy dotyczących zdarzeń kryminalnych – wyjaśniają. Moją uwagę przyciąga jeden z nagłówków: „Ranny pies policyjny zatrzymał bandytę. Walka policji z włamywaczami w kopalni nafty pod Krosnem”. To relacja z rewolwerowej wymiany ognia, która miała miejsce w Równym k. Krosna w marcu 1939 roku. Od gradu kul padło dwóch z trzech przestępców, a rannemu trzeciemu udało się zbiec. „Za uciekającym puścił się w pogoń pies policyjny, który pomimo iż został dwukrotnie ranny, nie puścił przytrzymanego bandyty aż do ujęcia go przez posterunkowych” – czytam. Wciągająca lektura, od razu otwieram następną, a potem jeszcze jedną.

Po co? Odpowiedź jest strasznie błaha – uprzedzają małżonkowie. – Chcemy, żeby historia nie zginęła. Poza tym Melchior Wańkowicz napisał kiedyś, że „nie poda ręki nikomu, kto nie wie, jak jego prababka z domu”. Coś w tym jest. Czy ludzie znają chociaż imiona swoich prababek? Jeśli nie, chcielibyśmy, żeby spróbowali to ustalić. Okazja jest dobra. Są święta, zamiast patrzeć w smartfony czy dyskutować o polityce, porozmawiajmy o swoich przodkach.

Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama