Proces wulkanizacji świata

Gang wulkana
Islandzki wulkan Eyafjoell w akcji. Maj 2010.
Forum

Islandzki wulkan Eyafjoell w akcji. Maj 2010.

Wulkan Mount Pelee na Martnice. W 1902 zabił 30 tys. osób w kilka minut.
Corbis

Wulkan Mount Pelee na Martnice. W 1902 zabił 30 tys. osób w kilka minut.

Wulkan Beernberg na wyspie Jan Mayen.
Forum

Wulkan Beernberg na wyspie Jan Mayen.

Niestety, z włoskiego obszaru wulkanicznego mamy jeszcze dwie znacznie gorsze wiadomości. Jedna nosi nazwę Marsili, druga Campi Flegrei.

Marsili (ok. 150 km na południe od Neapolu) jest podwodnym stożkiem wznoszącym się ok. 3 tys. m z dna Morza Tyrreńskiego. Jego szczyt znajduje się jakieś 300 m pod powierzchnią morza. Odkryto go dopiero pół wieku temu. Wiadomo, że jest aktywny, a jego konstrukcja jest zadziwiająco krucha. Zdaniem wulkanologów jest pod każdym względem gotowy do erupcji. Trudno przewidzieć inne następstwa – pewne jest, że wywoła gigantyczne tsunami, które spustoszy wybrzeża tej części Morza Śródziemnego.

Jeszcze większą zagadką jest coś, co nazywa się Campi Flegrei (można by to przetłumaczyć jako płonące pola) i jest praktycznie północno-zachodnim przedmieściem Neapolu. To kandydat na superwulkan Europy.

Superwulkany to dość nowy termin w klasyfikacji uwzględniającej siłę eksplozji. Na wzór skali Richtera, według której ocenia się skalę trzęsienia ziemi, stworzono VEI – Wulkaniczny Indeks Eksplozywności (Volcanic Explosivity Index). Ma on skalę logarytmiczną, to znaczy, że kolejny stopień wskazuje erupcję 10 razy silniejszą. Zero na tej skali to erupcje wulkanów hawajskich czy niektóre islandzkie. Najwyższy stopień – 8 (choć skala nie jest zamknięta od góry) – zarezerwowany jest dla superwulkanów.

Wybuch superwulkanu przeobraża środowisko w promieniu setek i tysięcy kilometrów, zmienia klimat Ziemi, jest w stanie zainicjować epokę lodowcową, doprowadzić do wymierania gatunków na wielką skalę. Takie erupcje znamy raczej z dość odległej historii geologicznej: wybuch wulkanu Toba na Sumatrze (74 tys. lat temu), Taupo na Nowej Zelandii (26,5 tys.), Yellowstone (640 tys.). W czasach historycznych do tego poziomu (stopień 7) zbliżyła się erupcja wulkanu Tambora w Indonezji (1815 r.), która spowodowała na półkuli północnej słynny rok bez lata, oraz wybuch Thery na Morzu Egejskim (3,5 tys. lat temu). Pinatubo (1991 r.) to na skali szóstka, a zeszłoroczny Eyjafjoell – czwórka.

Podneapolskie Campi Flegrei ma już w swojej przeszłości siódemkę (37 tys. lat temu), a wiele współczesnych zjawisk na tym terenie dowodzi niezwykłej podziemnej aktywności. Istnieje tu gigantyczna kaldera (pozostałość po dawnym kraterze) o średnicy 13 km, a w jej obrębie 24 mniejsze kratery. Nieustannie trzęsie się ziemia, ze szczelin wydobywają się gazy wulkaniczne i aktywne są zjawiska hydrotermalne. Raz po raz dochodzi do znacznych deformacji podłoża – w rejonie portu Pozzuoli grunt uniósł się w latach 80. o ok. 3 m. Wulkanolodzy obserwują to wszystko z dużym niepokojem.

Łuk Hefajstosa

Macki wulkanicznej mafii śródziemnomorskiej sięgają dalej na wschód. Powszechnie jest już dziś znana historia wyspy Thera (Santoryn). Wybuch, do którego doszło ok. 1500 lat p.n.e., zniszczył nie tylko wyspę (uważaną przez wielu za mityczną Atlantydę), ale doprowadził do upadku potęgę minojską na Krecie i otworzył pole dla rozkwitu kultury helleńskiej, będącej kolebką cywilizacji zachodniej. Był to wybuch mający wiele cech superwulkanu. Ciekawe, że to wydarzenie nie przechowało się w ludzkiej pamięci. Dowiedzieliśmy się o nim dopiero z badań w XX w. Ale prawdziwa niespodzianka wulkaniczna znajduje się jeszcze dalej na wschód.

Wyspa Nisyros, będąca wciąż czynnym wulkanem, jest nikłą pozostałością po kolosalnej erupcji superwulkanu sprzed 160 tys. lat w rejonie wyspy Kos. Skryta pod wodą kaldera ma ok. 15 km średnicy. Wszechobecne w tym rejonie pokłady pumeksu i tufów, będących niczym innym jak skamieniałym nagromadzeniem głównie popiołów wulkanicznych o wielkiej miąższości, są świadectwem ówczesnej katastrofy. Grecki łuk wulkaniczny rozciągający się przez Morze Egejskie z zachodu na wschód – od Zatoki Korynckiej, przez Therę, aż po wyspę Kos – jest wciąż aktywny.

Dalej na wschód, chociaż to już Azja, wcale nie jest lepiej. Turcja to kraina wygasłych wulkanów, z mitycznym Araratem. Wygasłych, ale wcale nie tak dawno – wiele było aktywnych jeszcze w czasach historycznych. Wulkanem jest też kaukaski Elbrus, który ostatnio dawał o sobie znać na początku naszej ery.

Niespodzianka w sercu Europy

Najmniej znany kandydat na superwulkan znajduje się właściwie w samym sercu Europy Zachodniej: 24 km od Koblencji i 37 km od Bonn, na zachodnim brzegu Renu – i ma postać malowniczego jeziora. Laacher See to dawny krater wulkaniczny, pozostałość po wielkiej (6 w skali VEI) eksplozji sprzed 12 900 lat.

Uważa się, że to za sprawą tego wybuchu ostatnia epoka lodowcowa przedłużyła się o ponad tysiąc lat, inicjując okres gwałtownego oziębienia, znany jako młodszy dryas. Ślady wybuchu w postaci pokładów tefry (popiołów oraz większych okruchów zastygłej lawy) spotyka się na dnie Morza Północnego i w Europie Środkowej.

Wulkan Laacher See, podobnie jak całe wulkaniczne góry Eifel, to pozostałość po próbie rozerwania kontynentu europejskiego wzdłuż doliny Renu, która miała się stać ryftem. Wulkany gór Eifel i francuskiej Owernii, a także dolnośląskie dymiły jeszcze w czasach, gdy homo sapiens obejmował te ziemie we władanie, w miarę wycofywania się lądolodu skandynawskiego. Wszystko to zostało wymazane z pamięci ludzkiej. Na przykład wulkaniczne pochodzenie stożków Owernii odkryto dopiero pod koniec XVIII w. Wcześniej uważano, że występujące tu skały to stosy żużlu pozostawione przez starożytnych metalurgów.

Czy Laacher See jest tylko zabytkiem przyrody, wygasłym wulkanem? Nie, kaldera wulkanu jest wciąż aktywna sejsmicznie, a z wód jeziora w kilku miejscach wydobywa się w sposób burzliwy dwutlenek węgla. Świadczy to o tym, że zbiornik magmy pod kalderą wciąż żyje. I może być źródłem bardzo niemiłej niespodzianki, nie tylko dla lotnictwa.

 

Pomysłowi okrutnicy

Pomysłowość ziemskich żywiołów w utrudnianiu życia homo sapiens jest wprost zdumiewająca. A wulkany wiodą w tym prym.

W listopadzie 1985 r. obudził się dość gwałtownie po 150-letniej drzemce andyjski wulkan Nevado del Ruiz. Ale mieszkańców odległego o 45 km miasteczka Armero nie zabiła ani lawa, ani popioły. Ponad 20 tys. ludzi zginęło wskutek powodzi. Erupcja spowodowała gwałtowne stopienie się pokrywy śniegowo-lodowej w górnych partiach wulkanu i potężna błotna fala starła miasteczko z powierzchni ziemi.

Inny los spotkał 30 tys. mieszkańców miasteczka St. Pierre na wyspie Martynika (Antyle) 8 maja 1902 r. – spłonęli w temperaturze ok. 1 tys. st., w okamgnieniu zamieniając się w popiół. To wybuch wulkanu Mount Pelee uwolnił z krateru chmurę rozżarzonych pyłów i gazów (zjawisko znane pod nazwą nuees ardentes), która z prędkością 190 km/godz. spłynęła ze stoków stożka wulkanicznego na miasto do tej chwili szczycącego się mianem Paryża Karaibów. Zupełnie inne zjawisko – tzw. zimny spływ popiołowy – zabiło ponad 5 tys. ludzi w 1919 r. na indonezyjskiej Jawie. To specjalność wulkanu Kelud. Japońskie wulkany zabijają lawinami gruzowymi. Unzen na wyspie Kiusiu ma na sumieniu 9,5 tys. ofiar w 1792 r., a Bandai-san z wyspy Honsiu – 460 osób w 1888 r.

Ok. 1400 lat p.n.e., za sprawą wulkanu na wyspie Thera (Santoryn), przestała istnieć najpotężniejsza cywilizacja regionu śródziemnomorskiego, cywilizacja minojska na Krecie. Ale znowu nie przyczyniła się do tego ani lawa, ani popioły, ani temperatura. To potężne tsunami zniszczyło flotę morską Krety, podstawę potęgi tego państwa. Dodajmy, że podczas erupcji Wezuwiusza w 79 r., kiedy popioły pogrzebały trzy miasta Kampanii (Pompeje, Herkulanum i Stabie), ich mieszkańców zabiły trujące gazy. W 1669 r. zburzona została Katania na Sycylii i zginęło 20 tys. mieszkańców. Zbrodnię tę przypisano Etnie, ale wszystko wskazuje na to, że było to trzęsienie ziemi. Wulkanizm i zjawiska sejsmiczne pozostają w bliskim związku. Pobudzają się nawzajem.

Zabijać potrafią nawet wulkany uśpione. A więc bez erupcji, niejako przez sen. Coś takiego wydarzyło się dwukrotnie w latach 80. ubiegłego wieku w Kamerunie. Z nieznanych powodów spod dna jezior ulokowanych w kraterach nieczynnych wulkanów wydobyły się ogromne ilości dwutlenku węgla, który jako cięższy od powietrza wypełnił pobliskie doliny, doprowadzając do śmierci okolicznych mieszkańców; w okolicach jeziora Nyos było to ok. 1700 osób, przy jeziorze Monoun – 37.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną