Rachel Carson była matką ekologii i doprowadziła do śmierci milionów ludzi

Zbawienna trucizna
Czy Rachel Carson, prekursorka ruchów ekologicznych, ma na sumieniu tyle samo ofiar, co Hitler i Stalin?
Panika wywołana książką pt. „Milcząca wiosna” doprowadziła do zakazu stosowania DDT w USA począwszy od 1972 r.
Wikipedia

Panika wywołana książką pt. „Milcząca wiosna” doprowadziła do zakazu stosowania DDT w USA począwszy od 1972 r.

Rachel Carson zaczynała jako biolożka w amerykańskim Biurze ds. Połowów.
BEW

Rachel Carson zaczynała jako biolożka w amerykańskim Biurze ds. Połowów.

DDT powróciło, bo stosowane z umiarem skutecznie zwalcza komary roznoszące malarię. Na fot.: opryski w RPA.
EPA/PAP

DDT powróciło, bo stosowane z umiarem skutecznie zwalcza komary roznoszące malarię. Na fot.: opryski w RPA.

[Artykuł ukazał się w POLITYCE 2 lutego 2012 roku]

Drobnej postury, od młodości samotniczka, bardzo nieśmiała podczas wystąpień publicznych. Z wykształcenia biolog, a po studiach wieloletnia pracowniczka agencji noszącej dziś nazwę Służba Połowu i Dzikiej Przyrody Stanów Zjednoczonych. Zmarła na raka piersi w 1964 r., nie dożywszy swoich 57 urodzin.

Czy kogoś takiego można porównywać do tyranów splamionych krwią milionów ofiar? Tym bardziej że narzędziem zbrodni byłaby jedynie jej książka „The Silent Spring” (Milcząca wiosna) z 1962 r., poświęcona ochronie środowiska.

Absurd? A jednak, Carson porównują do krwawych dyktatorów całkiem poważni ludzie. Czym zatem zasłużyła sobie na tak ciężkie oskarżenia i czy jest w nich choć ziarnko prawdy?

Kim była Rachel Carson?

Rachel Carson wybrała na studiach anglistykę, ale po pewnym czasie zmieniła zdanie i przerzuciła się na biologię. Naukę uniwersytecką skończyła z wyróżnieniem i pewnie napisałaby doktorat, gdyby śmierć ojca nie zmusiła jej do poszukiwania pracy. Znalazła ją w Biurze ds. Połowów. Zabłysnęła tam jednak nie dzięki talentom naukowym, ale serii audycji dla publicznego radia na temat badań mórz. Zaczęła też pisać artykuły do lokalnych gazet.

Pewnego dnia przygotowała esej o morskiej przyrodzie, mający być broszurą Biura. Gdy jej szef przeczytał tekst, polecił wysłać go do znanego miesięcznika „The Atlantic”, żeby taka perełka nie zmarnowała się w urzędowym pisemku. Redaktorzy „The Atlantic” w pełni zgodzili się z tą entuzjastyczną oceną i wydrukowali artykuł.

Na kilka lat przed II wojną światową Carson została zatrudniona na pełnym etacie biologa morskiego. Ale właściwie nie zajmowała się badaniami naukowymi, tylko popularyzacją prac prowadzonych przez Biuro – czyli, jak byśmy dziś powiedzieli, pełniła funkcję rzecznika prasowego i działu PR. Pod koniec lat 40. XX w. zaczęła pisać popularnonaukowe książki prezentujące świat morskiej przyrody. Robiła to tak świetnie, że „The Sea Around Us” (Morze wokół nas) sprzedało się w setkach tysięcy egzemplarzy i przez 86 tygodni utrzymywało na czołowych miejscach listy bestsellerów „The New York Times”.

Kolejne książki – również poświęcone popularyzacji wiedzy o morzach i ich mieszkańcach – także okazały się wielkim sukcesem. Carson stała się bardzo zamożną kobietą i mogła, porzuciwszy dotychczasową pracę, poświęcić się wyłącznie pisarstwu.

Dokładnie 50 lat temu, pod koniec września 1962 r., na półki amerykańskich księgarń trafiło jej kolejne dzieło, czyniąc z autorki jedną z najbardziej podziwianych, a jednocześnie najostrzej krytykowanych osób na świecie. Nosiło tytuł „The Silent Spring” i nie opisywało cudów morza. Wręcz przeciwnie.

Już pierwszy rozdział książki, zatytułowany „Bajka o przyszłości”, mógł wywołać u czytelnika lekkie przerażenie – autorka pisała w nim o amerykańskim miasteczku, którego mieszkańcy chorują na raka, nie ma w nim małych dzieci, a wiosną panuje przerażająca cisza. Żaden ptak nie wypełnia bowiem swoim śpiewem pierwszych ciepłych, wiosennych dni.

Czarna wizja przyszłości ze środkami ochrony roślin i pestycydami

Miejscowość była wprawdzie fikcyjna, ale zdaniem Carson tak miały za chwilę wyglądać miasteczka i wsie nie tylko w Ameryce. Wszystko za sprawą przyzwolenia na trucie środkami chemicznymi ludzi i przyrody. „Milcząca wiosna”, której roboczy tytuł brzmiał „Man Against the Earth” (Człowiek przeciwko Ziemi), była wielkim oskarżeniem przemysłu chemicznego, rolników i naukowców o stosowanie coraz większych ilości syntetycznych pestycydów, czyli niewystępujących naturalnie substancji chemicznych używanych do ochrony roślin przed owadami, infekcjami grzybicznymi czy chwastami.

Pięćset nowych chemikaliów co roku wchodzi do użycia, a natura nie jest w stanie się do nich przystosować. Narusza to równowagę. Dlatego znaleźliśmy się na krawędzi zagłady, o czym świadczy spadek populacji ptaków, m.in. rudzików i amerykańskich orłów. Za chwilę trzeba więc będzie zmienić godło USA, bo znajdujący się na nim ptak zniknie z amerykańskiej ziemi – pisała Carson. Zatruciu ulegną również gleby oraz wody, ale w końcu i człowiek zapłaci za to straszliwą cenę.

Bo pierwszy raz w historii ludzkości każdy z nas, od momentu poczęcia do ostatniego dnia życia, ma kontakt z wszechobecnymi chemikaliami toksycznymi. Efekt tego jest zaś taki, że ludzie coraz częściej chorują na nowotwory, czego dowodzą statystyki.

To był szok dla amerykańskich czytelników. Dlatego „Milczącą wiosnę” uważa się dziś m.in. za kamień węgielny ruchów zielonych, takich jak Greenpeace. Ale przede wszystkim popularna pisarka zainteresowała szeroką publiczność kwestią ochrony środowiska naturalnego – od Johna Smitha (czyli amerykańskiego Jana Kowalskiego) z małej mieściny na środkowym zachodzie USA po prezydenta Johna Kennedy’ego, który polecił sprawdzić, czy katastroficzna wizja Carson opiera się na faktach.

Pod naciskiem mediów i opinii publicznej użycie pestycydów zostało poddane znacznie bardziej wnikliwej kontroli, a firmy chemiczne od tej pory musiały jeszcze bardziej skrupulatnie testować nowe substancje, zanim zostały dopuszczone do użycia. Na konto amerykańskiej pisarki zalicza się też powstanie Environmental Protection Agency (EPA), Agencji Ochrony Środowiska. Co więcej, książka Carson miała dać silny impuls do rozwoju całej gałęzi nauki – toksykologii środowiskowej.

DDT - trucizna czy lekarstwo?

Skąd zatem wzięły się porównania jej autorki do Hitlera, Stalina czy Pol Pota? Otóż Amerykanka jednym z głównych negatywnych bohaterów „Milczącej wiosny” uczyniła DDT – substancję chemiczną, której właściwości owadobójcze odkrył Szwajcar Paul Müller, za co otrzymał w 1948 r. Nagrodę Nobla. Według Carson to głównie DDT miało odpowiadać m.in. za spadek populacji ptaków oraz wzrost liczby nowotworów. I za sprawą amerykańskiej pisarki pozostaje do dziś synonimem zabójczej trucizny oraz wielkiej pomyłki nauki.

O ile Carson miała rację, krytykując bezsensowne używanie dużych ilości DDT do oprysków upraw w rolnictwie, o tyle jego wpływ na środowisko naturalne i zdrowie człowieka został przez nią odmalowany w zdecydowanie zbyt ciemnych barwach.

Oto podstawowe konkluzje płynące z wielu badań: DDT rozsądnie używane nie stanowi poważnego zagrożenia ani dla człowieka, ani dla przyrody. Jego użycie miało bardzo niewielki negatywny (jeśli w ogóle) wpływ na populacje ptaków, w tym amerykańskiego orła, która zresztą wcale nie spadała w okresie prowadzenia największych oprysków w USA (do czego jeszcze za chwilę wrócimy). DDT jest też wprawdzie podejrzewane o sprzyjanie powstawaniu niektórych nowotworów, ale dane są bardzo niejednoznaczne, a te sugerujące taki związek pochodzą z eksperymentów, podczas których używano ogromnych dawek tej substancji.

Sfrustrowany czarną legendą DDT prof. J. Gordon Edwards, znany entomolog, przyrodnik i wykładowca biologii w San Jose State University, zjadał co tydzień łyżkę tej substancji (niekiedy robił to publicznie). Tymczasem zmarł na atak serca podczas wspinaczki górskiej w wieku 84 lat. To oczywiście jedynie anegdota, ale potwierdziły ją badania przeprowadzone z udziałem 24 ochotników, którzy przez prawie dwa lata codziennie połykali 35 mg DDT i którym nie wyrządziło ono szkody.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj