Humaniści są zmęczeni

Desperados 2.0
Narasta gniew młodych naukowców. Rozeźleni humaniści zapowiadają strajk na jesień. Ich zdaniem reforma systemu nauki, mimo szczytnych celów, zastąpiła tylko stare patologie nowymi.
Przemysław Biecek
Tadeusz Późniak/Polityka

Przemysław Biecek

Hanna Mamzer
Grzegorz Dembiński/Tam Tam

Hanna Mamzer

Adam Leszczyński
Karol Serewis/EAST NEWS

Adam Leszczyński

Tomasz Szlendak
Leszek Zych/Polityka

Tomasz Szlendak

Nie wiadomo, czy jesienią rzeczywiście dojdzie do strajku. Nie można jednak udawać, że problem dotyczy garstki frustratów. O opowieść o własnych losach i opinie poprosiliśmy laureatów programu „Zostańcie z nami!”, jaki POLITYKA realizuje od 2001 r. (obecnie funkcjonuje pod nazwą Nagród Naukowych POLITYKI). To grupa najwybitniejszych w swoich rocznikach młodych naukowców. Warto wsłuchać się w ich argumenty.

Adam Leszczyński jest adiunktem w Instytucie Studiów Politycznych PAN, placówce badawczej o kategorii A, ma tam pół etatu i otwarty przewód habilitacyjny: – Zarabiam 1350 zł brutto, jednak gdy obronię habilitację, stracę stałe zatrudnienie i zgodnie z nowym systemem czeka mnie praca na terminowych kontraktach. Ponieważ dr Leszczyński jest także wziętym publicystą, wiąże koniec z końcem. Ale nie wyobraża sobie, by mógł wyżyć z nauki, nawet gdyby miał w Instytucie pełny etat.

Może jednak przecież ubiegać się o granty – to one, zdobywane w systemie konkursowym, mają być podstawą utrzymania uczonych. – Właśnie zdobyłem grant w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki. Tyle tylko, że proponowana kwota została obcięta o 40 proc., termin rozstrzygnięcia konkursu przesunięto o kwartał, zanim podpiszę umowę i zobaczę pierwsze pieniądze, miną kolejne miesiące. Tak wygląda życie adiunkta, który osiągnął naukowy sukces – wszak zdobył w konkursie grant. O podobnym szczęściu może mówić mniej więcej jeden na pięciu aplikujących.

Rosyjska ruletka

Zwolennicy systemu twierdzą: konkursy o granty i brak stabilizacji etatowej wymuszają naukową aktywność i jakość. Adam Leszczyński mówi o rosyjskiej ruletce – zupełnie przypadkowym systemie, w którym akurat jakość zgłaszanych projektów nie jest wcale najważniejszym czynnikiem sukcesu. Opinię tę potwierdza prof. Tomasz Szlendak, dyrektor Instytutu Socjologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. I opowiada o swoistym paradoksie: – Pamiętam dokładnie swoją pierwszą pensję, jaką odebrałem jako asystent w 1997 r. 608,40 zł. Zostałem na uniwersytecie dzięki swojemu mistrzowi, prof. Januszowi Musze, który przekonał mnie, że warto, bym zacisnął zęby i poświęcił się nauce, a po doktoracie będzie już lepiej. Dziś mamy do czynienia z paradoksem – najlepiej żyje się w czasie studiów doktoranckich. Dopiero doktorat i awans na adiunkta oznacza materialną degradację.

Rzeczywiście, liczne programy wspierania najmłodszych naukowców powodują, że najbardziej obrotni potrafią wyciągać na stypendiach po 3–4 tys. zł miesięcznie. Adiunkt na uczelni zarabia 2600–2800 brutto. – Kwota przeznaczona na wspieranie młodych naukowców bywa wyższa niż pieniądze, jakie instytuty naszego wydziału dostają na tzw. działalność statutową. Słowem, opłaca się być młodym. Czy jednak warto być naukowcem, który myśli o regularnej karierze od magistra do profesora? – Kariera taka jest dziś zupełnie nieprzewidywalna – włącza się do dyskusji dr hab. Hanna Mamzer z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Ciężko mają nie tylko adiunkci, którzy muszą zrobić habilitację bez jakiejkolwiek stabilizacji zawodowej. Ale i habilitacja wcale nie otwiera bram do raju – pełnię umiarkowanego szczęścia zapewnia dopiero profesura, by się jednak jej dochrapać, trzeba m.in. wypromować trzech doktorów. – Dziś nie mam takiej szansy, czuję się, jakbym się znalazła w martwym punkcie.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną