Jak wypełnić ubytki polskiej stomatologii

Mądrości na ząb
Stan uzębienia Polaków wskazuje na dość swobodne podejście do higieny. Dziury w zębach spowodowane są jednak głównie tym, że system ich leczenia też jest dziurawy.
Próchnica u najmłodszych pokoleń jest w Polsce galopująca.
Alan Powdrill/Getty Images

Próchnica u najmłodszych pokoleń jest w Polsce galopująca.

Nowe technologie stomatologiczne jeszcze dekadę temu wydawały się rodem z kosmosu.
Daniel Zgombic/Getty Images

Nowe technologie stomatologiczne jeszcze dekadę temu wydawały się rodem z kosmosu.

Niektórzy są w stanie wydać na nowy uśmiech 50-100 tys. zł.
seprimoris/PantherMedia

Niektórzy są w stanie wydać na nowy uśmiech 50-100 tys. zł.

Wystarczyły dwa dni, by stan uzębienia Polaków stał się tematem politycznym. Najpierw rzecznik praw dziecka zaalarmował publicznie premier Ewę Kopacz, że próchnica w najmłodszym pokoleniu jest galopująca, nadszedł więc czas, „by podjąć działania kompleksowe, które pozwolą zobaczyć światełko w tunelu”.

WHO już od jakiegoś czasu wytyka nam rozmiar epidemii próchnicy, zwłaszcza wśród dzieci: ma ją już 60 proc. trzylatków! Podczas kampanii wyborczej takie apele są dla władzy krępujące. Polska patrzy i słucha, więc kancelaria pani premier ma 30 dni, by szczegółowo odpowiedzieć na pismo rzecznika.

Natychmiast odezwali się włodarze miast – Torunia, Wałbrzycha i Myślenic – którzy próbują coś robić na własną rękę. Na rzecz zębów rezygnują z innych programów profilaktycznych (otyłość i wady postawy muszą zaczekać na lepsze czasy), zdobywają zagraniczne fundusze na finansowanie przeglądów u dzieci. Robert Biedroń, prezydent Słupska, którego media pokochały za wdzięk, z jakim podejmuje się rzeczy niemożliwych, w porannym programie TVN24 oświadczył, że stomatolodzy do szkół wrócić muszą i zrobi wszystko, by tak się wkrótce stało.

Rynek

Zęby w Polsce Ludowej były również sprawą polityczną. Wprawdzie nie taką jak gruźlica czy choroby weneryczne, na które według partii zapadali tylko nieszczęśliwi obywatele na zgniłym Zachodzie, ale lud pracujący miast i wsi nie miał prawa mieć także szczerbatego uśmiechu. Odczuł to Jacek Snopkiewicz w POLITYCE w 1967 r., kiedy cenzura długo wstrzymywała jego artykuł zatytułowany „Z zębami do kowala czy dentysty?”. Autor, wychodząc od opisu tragicznej sytuacji w uzębieniu („Na wsi 85 proc. dzieci choruje na próchnicę, co drugi pacjent zgłaszający się tam do dentysty ma jeden lub kilka zębów do usunięcia”), krytykował system, w którym władza wstrzymywała etaty dla stomatologów, skutkiem czego na pracę w samej stolicy czekało 250 dentystów.

Przez 48 lat wskaźniki próchnicy nawet nie drgnęły, za to liczba gabinetów stomatologicznych w dużych miastach jest ogromna. Problem w tym, że są to tylko duże miasta, gdzie jest bogata klientela, a w mniejszych i na wsiach lekarzy nadal brakuje.

Po 1990 r. to właśnie stomatologię, obok aptek, najszybciej udało się sprywatyzować, więc decydenci z ulgą uznali, że zęby obywateli to już nie problem państwa. Z czasem usługi dentystyczne nabrały wręcz charakteru dóbr konsumpcyjnych, a nie medycznych. Nowoczesne aparaty na zębach, implanty, wybielacze, płyny do płukania, feeria kolorowych szczoteczek w sklepach i dziesiątki superpast – to wszystko ma się kojarzyć z elegancją, atrakcyjnością, wysokim statusem. Aparat ortodontyczny stał się czymś modnym.

Nowe technologie podbijające rynek jeszcze dekadę temu wydawały się rodem z kosmosu: leczenie ozonem, wybielanie laserem, podgrzewane wypełnienia, mosty na włóknach szklanych, „implanty w 24 godziny”, szczoteczki soniczne (porównanie z astronautyką nie jest na wyrost, skoro producent zachęca, że taką szczotkę docenili inżynierowie NASA).

Na fotelach dentystycznych – którym zmieniono dla niepoznaki nazwę na unity, bo to dziś stanowiska z jeżdżącymi nad głową wysięgnikami, lampami i kamerami – pacjent może się poczuć jak na wygodnej leżance first class w samolocie luksusowej linii. Właściciele gabinetów prześcigają się w zachętach, w których nawet nie zająkną się o próchnicy, bo wolą motywować Polaków chwytliwymi hasłami o ładniejszym wyglądzie.

To oferta dla wąskiej grupy ulegającej modzie dentyzmu – nowego zjawiska, któremu od pewnego czasu przygląda się lekarz stomatologii Marcin Krufczyk, założyciel portalu dentysta.eu. – Nawet 10 proc. naszych pacjentów szuka dziś za wszelką cenę nowych sposobów, żeby mieć zęby bielsze i równiejsze – mówi. Rekordziści są w stanie wydać na nowy uśmiech 50100 tys. zł, a przeciętnie płacą 25 tys. Wybierają gabinety, które specjalizują się w stomatologii estetycznej, gdzie można zęby wybielić, wyrównać, przedłużyć, zmienić ich kształt lub wymienić na nowe, zrobione z porcelany lub cyrkonu.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną