Nauka

Wielkie kłucie

Kwestionowanie sensowności szczepień stało się modne

Zacięta rywalizacja między naukowcami przyczyniła się do rozkwitu bakteriologii. Zacięta rywalizacja między naukowcami przyczyniła się do rozkwitu bakteriologii. gisne / PantherMedia
Warto przypomnieć historię szczepień i wagę odkryć w tej dziedzinie.

[Tekst został opublikowany 25 sierpnia 2015 roku w tygodniku POLITYKA]

Jest szczepionka na ebolę, stuprocentowo skuteczna! Jednozdaniowe komunikaty obiegły na początku sierpnia cały świat. Wywołały zainteresowanie nawet tam, gdzie nikt nigdy z powodu tego wirusa nie zachorował ani pewnie w przyszłości nie zachoruje. Ebola, jedna z gorączek krwotocznych wybuchających w Afryce, nie przenosi się drogą kropelkową, więc choć zakażenia są przeważnie śmiertelne, dość łatwo je kontrolować w krajach ze sprawnym systemem opieki medycznej. Potrzeba tylko odpowiedniej higieny i dyscypliny, o co akurat w krajach dręczonych biedą i wojnami najtrudniej.

A co potrzebne było naukowcom, aby zaledwie w ciągu 10 miesięcy uzyskać nową szczepionkę? Z pewnością trochę szczęścia. Na początku tego roku mało kto wierzył, że uda się zakończyć badania tak obiecującym wynikiem. Eksperymentalny preparat testowany w Gwinei zapewnił wysoką odporność na zakażenia i choć z czasem ta skuteczność pewnie spadnie, sukces powitano z ulgą. Podczas ostatniej epidemii eboli, która od 2014 r. ogarnęła zachodnią Afrykę, zmarło ponad 11 tys. ludzi. WHO deklaruje, że nowa broń w walce z tą zarazą pozwoli kontrolować jej wybuchy w przyszłości.

Hazardziści, szantażyści

Jeszcze 140 lat temu mało kto wierzył, że bakterie lub wirusy mogą być przyczyną chorób. Nie mógł się pogodzić z ich istnieniem nawet Rudolf Virchow, znakomity patolog zgłębiający podłoże rozmaitych schorzeń. „Czy ktoś widział w powietrzu ślady życia?” – wykpiwano teorię zarazków, a wśród wątpiących wielu było uznanych lekarzy. Wierzyli w fałszywy dogmat samoistnego powstawania chorób. Epidemie nie były oczywiście niczym niezwykłym – występowały częściej niż w naszych czasach – ale ich przyczyn upatrywano raczej w stanie gleby, zgniłym powietrzu, zjawiskach nadprzyrodzonych.

Ignacy Semmelweis, który jako pierwszy w 1847 r. powiązał gorączkę połogową z brudnymi rękami lekarzy (którzy w ten sposób przenosili bakterie z prosektorium na oddział rodzących kobiet), zmarł w szpitalu psychiatrycznym udręczony brakiem akceptacji dla swoich poglądów. Sam nie miał co prawda pojęcia o chorobotwórczych drobnoustrojach, ale czuł podświadomie to, czego inni w ogóle nie chcieli zrozumieć: że choroby mogą być związane z brakiem higieny.

Kilkanaście lat później był już o tym przekonany Ludwik Pasteur. W wieku 25 lat obronił doktorat z fizyki i był profesorem chemii na Uniwersytecie w Strasburgu, potem w Lille, a na końcu w Paryżu. Laureat odznaczeń państwowych, zdobywca nagród, członek francuskiej Akademii Nauk. Przy takim uznaniu brak wykształcenia medycznego, który wytykano mu odkąd zainteresował się bakteriologią, musiał go uwierać, ale w obecności medyków zawsze wypowiadał się uprzejmie i z szacunkiem: „Gdybym miał zaszczyt być chirurgiem, nigdy nie dotknąłbym ciała pacjenta jakimkolwiek instrumentem bez uprzedniego włożenia go do gotowanej wody”.

Pasteur obstawał przy swoich hipotezach nawet wtedy, gdy brakowało mu dowodów na ich poparcie. Bezwarunkowo wierzył w obecność niewidocznych zarazków i – nazywany przez żonę tyranem czystości – dawał przykład innym, jak się przed nimi chronić (nie znosił podawania ręki przy powitaniu, przed każdym posiłkiem starannie wycierał swój talerz, sztućce i kieliszek).

Z tej walki o antyseptykę i higienę mocno wtedy drwiono. Jednym z nielicznych po właściwej stronie był niemiecki lekarz i bakteriolog Robert Koch. W odróżnieniu od Pasteura był przykładem solidnego, wytrwałego badacza, który najpierw gromadził dowody, analizował i jedynie gdy miał absolutną pewność, ogłaszał swoją hipotezę. Ale z prowincjonalnego lekarza dopiero wyrastał na naukowca międzynarodowego formatu. Gdy służył w lazarecie podczas wojny francusko-pruskiej, przełożeni z uporem twierdzili, że zakażenia ran u żołnierzy nie są konsekwencją zgubnego działania bakterii, lecz wynikają z „wewnętrznych mechanizmów komórkowych”. Sprzeciwiał się tej koncepcji, ale niczego nie wskórał. Żyłkę badacza odkrył w sobie dopiero, gdy pracował w Wolsztynie. Do gabinetu, gdzie przyjmował pacjentów, wstawił mikroskop, pod którym oglądał niewidoczny dla innych świat.

O tych wielkich dwóch postaciach, które zmieniły medycynę, można przeczytać w świeżo wydanej przez Znak Literanova książce Thomasa Goetza „Cudowny lek” (w tłumaczeniu Rafała Śmietany). Tytuł trochę zawęża przedstawioną fabułę, gdyż odnosi się do poszukiwań remedium na gruźlicę – chorobę uznawaną w czasach Pasteura i Kocha za nie do pokonania. Trzeba było najpierw odkryć jej źródło, do czego przyczyniła się ostra rywalizacja między Francuzem i Niemcem.

Luz i pewność siebie

Co pozostawił po sobie Ludwik Pasteur? Nie tylko metody chroniące wino od zepsucia (jak łatwo się domyślić, pasteryzacja wzięła nazwę od swojego odkrywcy), ale również szczepionki przeciwko cholerze drobiu, wąglikowi i wściekliźnie. Robert Koch odkrył w tym czasie cykl życiowy laseczek wąglika, prątki gruźlicy, przecinkowca cholery. Był młodszy od francuskiego rywala o 21 lat, ale to tamten mógł czuć się zawstydzony, że naukowa epopeja niemieckiego uczonego rozpoczęła się w prowizorycznym laboratorium.

Jak pisze Goetz, mniej więcej wtedy, gdy w 1878 r. Pasteur przygotowywał przemówienie do francuskich akademików poświęcone swojej przełomowej „teorii zarazków”, usłyszał pierwszy raz o Kochu i jego pracy na temat laseczek wąglika. Epidemie tej choroby powodowały wówczas olbrzymie straty w europejskim rolnictwie – nazywano ją na wsiach „czarną zarazą”, ponieważ uśmiercała zwierzęta w ciągu kilku godzin. Dla hodowców była więc katastrofą, a w dodatku przenosiła się również na ludzi, którzy nie znając jej przyczyny, kompletnie nie wiedzieli, jak się chronić. Koch dzięki swojemu mikroskopowi mógł zobaczyć laseczki wąglika, ale także zaczął je pierwszy hodować. Aby udowodnić ich zakaźność, wprowadzał je do organizmu zdrowych zwierząt, co wywoływało tę samą chorobę.

„Właśnie na coś takiego czekali zwolennicy teorii zarazków” – pisze Thomas Goetz. Czekał więc również Pasteur, zazdrosny, że precyzyjny eksperyment przeprowadził mało znany lekarz z prowincji i do tego Niemiec (po wojnie francusko-pruskiej Pasteur na każdym kroku manifestował swoją niechęć wobec Niemców, odesłał otrzymany wcześniej dyplom doktora honoris causa uniwersytetowi w Bonn, a w jednym z listów napisał: „Każde z moich badań będzie opatrzone mottem „Nienawiść do Prus, zemsta, zemsta!”).

I oto wyrósł mu rywal, którego musiał tolerować, gdyż przy powszechnej dezaprobacie dla wygłaszanych hipotez o chorobotwórczości zarazków potrzebny był każdy sojusznik. Nastawienie Roberta Kocha do francuskiego uczonego było zresztą równie chłodne. Odkąd Pasteur zajął się pracą nad poszukiwaniami kryjówek wąglika w środowisku naturalnym, a także nad szczepionką, Robert Koch uznał, że wkroczył na teren już wcześniej zajęty przez niego. Obydwaj nie szczędzili sobie złośliwości w polemikach naukowych. Ludwik Pasteur w swoich artykułach rozmyślnie nie powoływał się na osiągnięcia Kocha, a nazwę nadaną przez Niemca laseczkom wąglika (Bacillus anthracis) zastępował z uporem bacteridią. Ten odpłacał mu pięknym za nadobne: „Czytałem doniesienia o eksperymencie Pasteura, szkoda, że nie mogę ich czytać w oryginale po francusku”.

Ta wzajemna niechęć była jednak paliwem współzawodnictwa, które przynosiło nie byle jakie efekty. Do bezpośredniej konfrontacji doszło w Egipcie, przy okazji ustalania przyczyn epidemii cholery w 1883 r. Pasteur co prawda pozostał w Paryżu, lecz wysłał do Aleksandrii swoich najzdolniejszych asystentów. Koch na miejscu nadzorował prace, które szybko przerodziły się w wyścig zakończony jego ostatecznym zwycięstwem. Francuzi musieli skrócić badania po nagłej śmierci, właśnie na cholerę, jednego ze swoich badaczy, zaś Koch przeniósł się wtedy do Kalkuty, gdzie ostatecznie udało mu się wykryć patogen będący od dawna sprawcą tak wielu nieszczęść.

Szczepionka na ignorancję

Zacięta rywalizacja między naukowcami przyczyniła się do rozkwitu bakteriologii. Koch ulepszył technikę badań, ustalił przyczyny ważnych chorób, Pasteur dzierżył prymat w dziedzinie opracowywania nowych szczepionek. Zostawili po sobie wielu uczniów, którzy na przełomie XIX i XX w. nadal rozwijali mikrobiologię, bo przecież wiele zostało jeszcze do odkrycia: pałeczki dżumy, laseczki tężca, krętki wywołujące kiłę... Lista chorobotwórczych drobnoustrojów nigdy nie została zamknięta, podobnie jak wciąż będą trwać poszukiwania sposobów ich neutralizacji. Wynalezienie szczepionki na polio w 1955 r. również w dużej mierze zawdzięczamy rywalizacji badaczy – Hilarego Koprowskiego, Jonasa Salka i Alberta Sabina.

I gdy wydawało się, że 50 lat później nikt nie zakwestionuje teorii zarazków ani nie podważy zasadności skierowanych przeciwko nim szczepień, pojawiły się ruchy zaprzeczające wszystkim tym osiągnięciom. Jakby chciano cofnąć medycynę do połowy XIX w., nie zważając na to, że przez ponad 150 lat osiągnięcia Kocha i Pasteura przyniosły światu tak wiele korzyści.

Kiedy obydwaj prezentowali rewolucyjną koncepcję bakteryjnego podłoża chorób, nauka znajdowała się jeszcze na początku drogi – jak barwnie ujmuje to w swojej książce Thomas Goetz – „wciąż zabłąkana na manowcach przedzarazkowej teraźniejszości”. Gdy jednak tylko ludzie zrozumieli, jaką wartość mają szczepienia przeciwko wąglikowi i cholerze drobiu, zaczęto natychmiast nazywać Pasteura dobroczyńcą ludzkości. Jego szczepionki, pierwsze po stu latach od zainicjowania tej metody przez Edwarda Jennera (w 1796 r. mógł tylko intuicyjnie pojmować znaczenie szczepień przeciw ospie), były czymś więcej niż zwykłym odkryciem naukowym. Pasteur znalazł sposób na powstrzymanie chorób dziesiątkujących ludzi i stada zwierząt, czym zasłużył sobie na miano bohatera Francji, zaraz obok Napoleona i generała de Gaulle’a.

Czy współcześni odkrywcy mogą liczyć na identyczne uznanie? Ostatnie spektakularne osiągnięcie w wakcynologii odnotowano w 2006 r., kiedy pojawiła się szczepionka na wirusa brodawczaka ludzkiego, wywołującego u kobiet raka szyjki macicy (na ostateczne zwycięstwo nad ebolą musimy zaczekać przynajmniej do chwili potwierdzenia wstępnych wyników badań). Od odkrycia związku między zarazkiem a śmiertelną chorobą upłynęły w tym wypadku 22 lata, choć wydawać by się mogło, że na przełomie XX i XXI w. zajmie to dużo mniej czasu. Naukowiec, który powiązał zakażenie wirusem HPV z rakiem, przez długie lata musiał przekonywać lekarzy do swoich racji. Prof. Harald zur Hausen swoją hipotezą nie był w stanie zainteresować nawet koncernów farmaceutycznych, a mimo uhonorowania Nagrodą Nobla w 2008 r., jego szczepionkę co rusz spotyka fala potępienia niekoniecznie kompetentnych krytyków.

Ostatnio wypowiedział się na jej temat na łamach dziennika „Rzeczpospolita” Tomasz Terlikowski. W krótkim, choć dramatycznym felietonie, pod oburzającym tytułem „Szczepionkowy zamordyzm”, autor nie tylko sprzeciwia się finansowaniu szczepień przeciwko wirusowi brodawczaka, ale wręcz straszy nimi, przyrównując do trucizny. Zdawałoby się, że są jakieś granice absurdu, jednak na froncie wojny zabobonnych ruchów antyszczepionkowych z nowoczesną medycyną już wszystkie zostały przekroczone. Gdy Terlikowski pisze, że „najskuteczniejszą metodą walki z HPV i wywoływanym przez niego rakiem szyjki macicy jest promowanie wierności małżeńskiej i całkowitej monogamii”, to przypomina w tym mędrców Kościoła z końca XVIII w., którzy zakazywali szczepień przeciwko ospie, nazywając je zbrodnią przeciwko prawu boskiemu. Wśród duchowieństwa dominował bowiem pogląd, że wynalazek Jennera nie powinien ograniczać woli Boga, a zakażenie zdrowych ludzi paskudnym materiałem zwierzęcym było przecież niezgodne z wolą boską.

Gdy niedawno zakończono w Gwinei badania kliniczne eksperymentalnej szczepionki przeciwko eboli, sukces w dużej mierze zawdzięczano temu, że do podawania preparatu udało się zatrudnić miejscowy personel. Lekarze obcokrajowcy nie wzbudziliby takiego zaufania tubylców i z programu zaszczepienia ponad 4 tys. ludzi musiano by się wycofać. Gdyby redaktor Terlikowski przestał zajmować się edukacją medyczną, na której się nie zna, i przeniósł z rodziną do Afryki ogarniętej strachem przed wybuchem gorączki krwotocznej, prawdopodobnie też nie miałby zaufania do nikogo, kto zaproponowałby nową szczepionkę. Choć może, wobec realnego zagrożenia, zmieniłby swoje nastawienie? Wszyscy przeciwnicy Jennera, Pasteura, Kocha i ich następców zawsze tak czynili, gdy sami lub ktoś z ich bliskich zapadał na chorobę zakaźną.

Polityka 35.2015 (3024) z dnia 25.08.2015; Nauka ; s. 66
Oryginalny tytuł tekstu: "Wielkie kłucie"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Młodzi: monogamia to tylko jedna z opcji

Amelia chętnie słucha, gdy jej chłopak opowiada, jak mu się udała randka z drugą dziewczyną. Dla coraz większej liczby młodych monogamia przestaje być normą. Staje się tylko jedną z opcji.

Norbert Frątczak
11.10.2021
Reklama