Nauka

Czy każde „E” w jedzeniu szkodzi zdrowiu?

Czy każde „E” w jedzeniu szkodzi zdrowiu?

W raporcie NIK zauważono, że u najmłodszych dzieci podaż azotynów (E249 i E250) jako dodatku konserwującego, wraz z przetworzonymi produktami mięsnymi, może prowadzić do przekraczania ich dziennego dopuszczalnego spożycia o 60 proc. W raporcie NIK zauważono, że u najmłodszych dzieci podaż azotynów (E249 i E250) jako dodatku konserwującego, wraz z przetworzonymi produktami mięsnymi, może prowadzić do przekraczania ich dziennego dopuszczalnego spożycia o 60 proc. Fikri Rasyid / Unsplash
Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport, z którego wynika, że przeciętny polski konsument spożywa w ciągu roku 2 kg dodatków do żywności oznaczonych różnego rodzaju „E”. Konsumenci nie powinni jednak wpadać w histerię.

Raport NIK może wystraszyć konsumentów, bo rodzi się z niego wizja żywności „nafaszerowanej” mnóstwem bliżej nieokreślonych – nazywanych literą „E” i oznaczonych numerem – substancji. Czy to oznacza, że konsumenci powinni wpadać w histerię? Nie, a przynajmniej nie zawsze. Wiele z dodatków z tzw. listy „E” to w rzeczywistości nie tylko substancje występujące naturalnie, ale też takie, które nie stanowią zagrożenia dla zdrowia. Np. pod kryptonimem E308 kryje się witamina E, E508 to zwykły chlorek potasu, a E300 to po prostu witamina C. Zachęcam do czytania etykiet produktów i sprawdzania, co oznaczają poszczególne skróty – w dobie internetu to naprawdę bardzo proste.

Przewodnia, tak chętnie cytowana przez media i wywołująca panikę, informacja raportu o średnio 2 kg spożywanych rocznie dodatków nic nie wnosi do oceny ryzyka zdrowotnego, bo jest zbyt ogólna. Poza tym ilość ta rozkłada się na ledwie nieco ponad 5 g dziennie, tyle co łyżeczka cukru. Wreszcie, kontrowersyjne jest samo źródło tej informacji, bowiem okazuje się, że NIK zaczerpnął ją z budzącej wątpliwości merytoryczne strony internetowej. Szacowanie ilości spożywanych dodatków powinno być oparte na jasno określonych metodach naukowych i uwzględniać rzetelne dane. Sensacyjny ton raportu NIK jest dla mnie sporym zaskoczeniem.

Kontrola żywności do poprawki

Niemniej Najwyższa Izba Kontroli zwraca uwagę na kilka bardzo istotnych kwestii. Po pierwsze, okazuje się, że służba powołana, by stać na straży praw konsumenta, nie posiada technicznych możliwości kontrolowania większości z ponad 200 dodatków, których zawartość w żywności podlega prawnym ograniczeniom. To musi ulec zmianie.

NIK zwraca też uwagę na ten sam problem, na który zwracam uwagę studentom dietetyki w kwestii zanieczyszczeń żywności. Otóż fakt, że zawartość poszczególnego dodatku nie przekracza jego ustalonej normy, nie jest zawsze równoznaczny z tym, że ilość danej substancji pochodząca ze wszystkich źródeł w diecie nie przekroczy jej dziennych akceptowalnych poziomów. Często jest niestety przeciwnie. A w takiej sytuacji normy maksymalnych poziomów poszczególnych substancji powinny być tworzone przy uwzględnieniu przeciętnych nawyków żywieniowych danej populacji.

W raporcie zauważono, że u najmłodszych dzieci podaż azotynów (E249 i E250) jako dodatku konserwującego, wraz z przetworzonymi produktami mięsnymi, może prowadzić do przekraczania ich dziennego dopuszczalnego spożycia o 60 proc. To też wskazówka dla rodziców, żeby ograniczać spożycie takich produktów przez dzieci. Reakcje azotynów z wolnymi aminami mogą bowiem prowadzić do powstawania nitrozoamin o wykazanym działaniu rakotwórczym.

Raport NIK to wskazówka dla instytucji

W raporcie NIK zwrócono również uwagę na potencjalne interakcje między poszczególnymi dodatkami. Jak zauważono, witamina C (czyli E300) w określonych warunkach może wchodzić w reakcję z benzoesanem sodu (E211), uwalniając rakotwórczy benzen. Problem ten, który dotyczył przede wszystkim wybranych napojów gazowanych, został dostrzeżony przez instytucje unijne już w 2006 r. Dzięki monitoringowi zawartości benzenu w tych produktach i współpracy z przemysłem zmniejszono zawartość tych dodatków w napojach, tak by zawartość benzenu nie przekraczała dopuszczalnego poziomu 1 ug/L, który jest 10-krotnie niższy od rekomendacji Światowej Organizacji Zdrowia.

Sam fakt, że Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) dokonuje ponownej oceny substancji z listy „E”, o czym mowa w raporcie NIK, nie jest jednoznaczny z tym, że są one niebezpieczne. EFSA dokonuje takich reewaluacji zawsze, gdy pojawiają się nowe badania naukowe – jest to zatem dowód na to, że instytucja ta trzyma rękę na pulsie i czuwa nad bezpieczeństwem konsumentów.

Raport NIK powinien przede wszystkim być adresowany do instytucji mających monitorować zawartość dodatków do żywności – ich ważnym zadaniem na przyszłość jest poszerzenie zakresu analiz – a także do instytucji zajmujących się ustalaniem norm, tak by uwzględniały również średnią podaż produktów w diecie danej populacji. Natomiast dla konsumentów powinien stać się motywacją do czytania etykiet i szukania merytorycznych informacji o składnikach zawartych w żywności.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Nasz Wszechświat – jeden z wielu...

Kosmos wydaje się dostrojony w taki sposób, by mogło w nim pojawić się życie. Klucz do zrozumienia, dlaczego tak jest, może być ukryty na zewnątrz Wszechświata.

Michał Różyczka
16.04.2019
Reklama