Gdyby medycyna nie miała żadnej skutecznej broni w walce z chorobą, i tak lekarze byliby potrzebni jako pocieszyciele – pisał na początku ubiegłego stulecia Władysław Biegański, pierwszy w Polsce socjolog medycyny. Można zapytać: jeśli współczesna sztuka leczenia dysponuje już wyrafinowanymi metodami ratowania zdrowia, potrafi manipulować ludzkim genomem i wymieniać zużyte narządy, to czy lekarze-pocieszyciele są jeszcze potrzebni?
O najważniejszą cechę uczniów Hipokratesa i Asklepiosa zawsze się spierano: czy powinna nią być rzemieślnicza sprawność, umiejętność stawiania trafnej diagnozy i wybór skutecznego leczenia, czy może ważniejsza jest umiejętność nawiązania kontaktu z chorym, empatia?
Odpowiedź wydaje się prosta: dla chorego dobrym lekarzem jest tylko ten, który jak najszybciej przywróci mu zdrowie. Na nic najbardziej nawet opiekuńczy medyk, jeśli nie będzie miał właściwych kompetencji. Spór o to, czy medycyna potrzebuje jeszcze humanistów – gdy samym słowem prawie nikt już nie musi leczyć, bo w zasięgu ręki ma urządzenia i metody naprawdę przynoszące ulgę w cierpieniu – wydaje się więc przesądzony. A jednak w wielkich fabrykach, jakimi stały się szpitale, chorzy wciąż oczekują od personelu otuchy. Spodziewają się – jak mówił na Zamku Królewskim, podczas sympozjum „Medycyna u progu XXI w.”, wybitny lekarz i farmakolog prof. Ryszard Gryglewski – odtworzenia mikrokosmosu, w którym czuli się bezpieczni i szczęśliwi. Liczą też, że lekarz dopomoże im w pogodzeniu się z odmienioną rzeczywistością.
Uczyń, by moi chorzy mieli zaufanie do mnie i do sztuki mojej
A lekarze? Skarżą się, że nikt ich nie uczył, jak rozmawiać z pacjentami. Owszem, mniej więcej w połowie studiów przychodzi moment na naukę zbierania wywiadu.