Jak warszawianki chowały powstańców

Kobiety w mieście umarłych
Szukałam dokumentów. Niektórzy w ogóle byli bez dokumentów, przy niektórych była butelka z nazwiskiem i wtedy było łatwo zidentyfikować ciało. To kobiety zajmowały się pochówkiem ciał znajdujących się pod gruzami Warszawy.
Ekshumacje co krok. Dla ludzi z zewnątrz to, co działo się wówczas w Warszawie i okolicach, było nie do pojęcia.
Stanisław Urbanowicz/CAF/PAP

Ekshumacje co krok. Dla ludzi z zewnątrz to, co działo się wówczas w Warszawie i okolicach, było nie do pojęcia.

Powstańczy grób na Czerniakowie.
Wikipedia

Powstańczy grób na Czerniakowie.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA październiku 2013 r.

1 listopada 1944 r. wysiedlona po powstaniu lewobrzeżna Warszawa była wielkim cmentarzem. Pierwsze zaczęły wracać kobiety, które tuż po wojnie stanowiły ponad 60 proc. mieszkańców miasta. To one pochowały tysiące wydobytych spod gruzów ciał.

Kiedy ustały mrozy, pod koniec lutego 1945 r., nad ruinami lewobrzeżnej Warszawy zaczął unosić się mdły, słodkawy odór rozkładających się zwłok. Trupy były wszędzie: w ulicznych mogiłach, ruinach domów i kanałach. Widok zwłok był wówczas codziennością. „Teren ogrodu uniwersytetu, na lewo od bramy, leżą zwłoki kobiety w pełnym rozkładzie”; „W mieszkaniu dozorcy na parterze zwęglone zwłoki noworodka”; „W sieni klatki od podwórza zwęglone kości oraz zwłoki jednej osoby”; „W narożnym sklepie, przysypane gruzem, widoczne zwłoki NN” – to cytaty z kilku lustracji przeprowadzonych na początku 1945 r. przez pracownice Polskiego Czerwonego Krzyża.

Referat Ekshumacyjny przy Zarządzie Miejskim oszacował liczbę znajdujących się na terenie miasta zwłok na 200 tys.; w lewobrzeżnej części trupów było 10-krotnie więcej niż żywych. Jednak Warszawa zaludniała się szybko i do marca liczba jej mieszkańców wzrosła o ponad 100 tys. Ludzie wracali czasem wyłącznie po to, by odnaleźć i pogrzebać ciała swoich bliskich. Wśród nich było wiele kobiet żołnierek AK, którym udało się uniknąć wywózki do Niemiec. Często tylko one wiedziały, gdzie zostali pochowani towarzysze broni.

20-letnia Urszula Katarzyńska, w powstaniu łączniczka w Brygadzie Dywersji Broda 53, po przyjeździe z Kielc odnowiła konspiracyjne znajomości: „Nawiązałam z powrotem kontakt z zośkowcami, z Hanką Borkiewicz. Ponieważ przy mnie zginął Szczerba (Jerzy Berowski, oficer sztabu Brygady – przyp. aut.), to uważałam, że trzeba... Ekshumowaliśmy Szczerbę z podwórka przy Okrąg 2. Dostałam dwóch zośkowców. Chłopcy mieli tylko krótką saperkę, a wózek był na dwóch kółkach, z dyszlem. Wykopaliśmy zwłoki, bo na szczęście krzyżyk, który postawiliśmy – porucznik Szczerba – tam był. We trójkę, przez Żoliborz, usiłowaliśmy jechać na Powązki. Jak jechaliśmy przez gruzy, złamał się nam dyszel i musieliśmy pchać. Trwało to prawie cały dzień, ale wszystko spełniliśmy”.

Bezcenne butelki

Partyzanckie ekshumacje były jednak kroplą w morzu. Tymczasem wiosenne roztopy i deszcze spowodowały, że sytuacja zaczęła grozić wybuchem epidemii. Skutki byłyby nieobliczalne – w mieście brakowało lekarzy, lekarstw i miejsc w szpitalach. Władze stanęły przed dramatycznym problemem: czy jak najszybciej pozbyć się zwłok, by zapobiec sanitarnej katastrofie, czy rozpocząć ekshumacje dopiero, gdy więcej warszawiaków wróci do stolicy? Zwolennicy radykalnych środków nawoływali, by nie czekać i jak najszybciej grzebać ciała w masowych grobach. Okazało się jednak, że na istniejących cmentarzach nie ma tyle miejsca. Wówczas pojawił się pomysł palenia zwłok.

Wywołał on powszechne oburzenie, ponieważ taką metodę stosowali Niemcy, którzy już od maja 1943 r. palili wszystkie ciała ofiar masowych egzekucji, a w czasie powstania również zabitych cywilów i żołnierzy AK. Ostatecznie przyjęta została kompromisowa propozycja PCK, by stwarzające największe zagrożenie szczątki przenieść w kilka tymczasowych miejsc, m.in. do Ogrodu Krasińskich i w okolice placu Trzech Krzyży, skąd miałyby zostać zabrane w momencie, gdy zostaną przygotowane odpowiednie kwatery na cmentarzach. Wydobywane zwłoki należało zidentyfikować lub opisać. Miały zająć się tym ochotniczki PCK. Zadanie, którego się podjęły, wymagało niesamowitej siły i odporności: dwudziestokilkuletnie kobiety musiały pilnować, by robotnicy nie okradali zwłok, a poszukujące ciał swoich bliskich rodziny nie przekładały tabliczek identyfikacyjnych w inne miejsca. Początkowo nie miały do tej pracy żadnego wyposażenia, nawet rękawic. Ochotniczka PCK Janina Żelazowska pisała wówczas: „Mając do pomocy rękawice, koperty, nożyce i pomoc wyszkolonego robotnika protokolantka może zidentyfikować do 20 zwłok dziennie. W parku Krasińskich musiała identyfikować do 150 zwłok bez żadnej pomocy”.

Jak wyglądała ta praca, wspominała 23-letnia wówczas Janina Rożecka. „Miałam dziesięciu robotników, którzy wykopali olbrzymi dół i znosili mi zwłoki z domów, z ruin albo prowizorycznych grobów. Musiałam opisywać to wszystko. Szukałam dokumentów. Niektórzy w ogóle byli bez dokumentów, przy niektórych była butelka z nazwiskiem i wtedy było łatwo zidentyfikować ciało. Potem zalewało się wszystko wapnem lasowanym” – wspominała po latach.

Butelki były powszechnie stosowanym w czasie powstania sposobem oznaczania zwłok. Zajmowali się tym m.in. przenoszący pocztę polową harcerze. Jednym z nich był 12-letni wówczas Andrzej Korgol, który dobrze pamiętał tę pracę: „W butelkę, ćwiartkę przeważnie, kładło się dane o tej osobie, lakowało główkę i kładło nieboszczykowi pod pachę przed zakopaniem”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj