Czy dolar ma przyszłość

Dolary sprzedam, tanio
Kryzys finansowy osłabł, ryzyko kolejnych bankructw banków zmalało. I dolar znowu popada w niełaskę. Czy w roli rezerwowej waluty świata zastąpi go euro?
Dolar jest tym słabszy, im spokojniej na światowych rynkach finansowych
Chesi - Fotos CC/Flickr CC by SA

Dolar jest tym słabszy, im spokojniej na światowych rynkach finansowych

Główne powody słabości dolara są znane: Ameryka od lat żyje ponad stan. Doprowadziło to do gigantycznego deficytu budżetowego i handlowego USA. Dług rośnie bez opamiętania. George W. Bush, w przekonaniu, że można mieć i armaty, i masło, ciął podatki, finansując jednocześnie drogie wojny. Barack Obama odziedziczył na dokładkę głęboką recesję i kryzys systemu bankowego. Zaaplikował krajowi zastrzyk fiskalny na skalę bez precedensu, co gospodarce pomoże, ale kraj jeszcze bardziej zadłuży. W połowie 2009 r. dług rządu federalnego wyniósł 7,2 bln dol. i był o 1,9 bln wyższy niż rok wcześniej.

Podręczniki ekonomii powiadają, że musi to w końcu wywołać presję inflacyjną. Na razie oznak inflacji nie widać, choćby dlatego, że bezrobocie jest wysokie, naciski płacowe praktycznie żadne, a to właśnie koszty pracy mają największy wpływ na ogólny poziom cen. Tak czy owak, stan finansów Ameryki wydaje się opłakany, wiara w rychłą sanację mizerna, a to przekłada się na spadek zaufania do amerykańskiej waluty.

Krytyka dolara

Dolar jest tym słabszy, im spokojniej na światowych rynkach finansowych. I na odwrót: zielony umocnił się wtedy, gdy na rynkach panowała panika i samo przetrwanie systemu nie dla wszystkich było oczywiste. Wówczas, po raz kolejny, okazało się, że jak trwoga – to do dolara; że w nim (i w złocie) wciąż szukają schronienia przerażeni inwestorzy. Niemal tak jak za dawnych czasów, gdy reprezentował zdrową, najbardziej dynamiczną gospodarkę świata i mocarstwo niemające sobie równych.

Gdy tylko sytuacja odrobinę się unormowała, gdy znikło widmo totalnej katastrofy, a na giełdy wrócił umiarkowany optymizm, przypomniano sobie o amerykańskich deficytach, spirali długu i z nową siłą powróciła krytyka dolara, apele o jego zastąpienie jako rezerwowej waluty świata.

Tym razem za konstruowanie tego rodzaju projektów wzięli się nie tylko teoretycy finansów, ale politycy, szczególnie liderzy Chin i Rosji. Te dwa kraje maszerują na czele antydolarowego pochodu. Boją się, nie bez powodu, że pęczniejący dług Ameryki nadwyręża i tak kruchy globalny system monetarny.

W czerwcu w rosyjskim Jekaterynburgu odbył się pierwszy szczyt BRIC (pod tym szyldem kryją się nowo powstające potęgi gospodarcze: Brazylia – Rosja – Indie – Chiny). W komunikacie końcowym znalazło się stwierdzenie o „potrzebie bardziej zróżnicowanego międzynarodowego systemu monetarnego”. Premier Indii Manmohan Singh, zapytany, czy oznacza to wezwanie do poszukiwania alternatyw dla dolara, odpowiedział, że takie idee były rozważane, ale nie doprowadziły do konkretnych wniosków. Brazylijski prezydent Lula da Silva w wywiadzie dla „Le Monde” dodał, że zależność świata od dolara nie jest dobra. Również Rosja wspiera pomysł detronizacji dolara z powodów zarówno ekonomicznych, jak i politycznych. Na szczycie G8 latem we Włoszech prezydent Dmitrij Miedwiediew mówił o zastosowaniu w handlu światowym zarówno rubla, jak i waluty międzynarodowej.

Chiny, które trzymają w swych rezerwach ponad 2,3 bln dol., mają najwięcej do stracenia (gdy dolar się osłabia) i czują konieczność wyzwolenia się z dolarowej pułapki. Gubernator banku centralnego Chin Zhou Xiaochuan mówi często o potrzebie stworzenia nowej waluty ponadnarodowej. Wiosną odświeżył ideę SDR – Specjalnych Praw Ciągnienia (jednostki rozliczeniowej Międzynarodowego Funduszu Walutowego).

SDR wymyślono w końcu lat 60. w celu stabilizacji systemu walutowego, a do użytku weszły w 1970 r., ale wyłącznie w celach rozrachunkowych, głównie między bankami centralnymi. Początkowo wartość jednostki SDR miała swój odpowiednik w złocie (0,888671 g czystego kruszcu). Dlatego określano je jako papierowe złoto. Szybko jednak złoto zastąpił koszyk walut. Dziś są to cztery waluty: 44 proc. koszyka to dolar, 34 proc. euro, a po 11 proc. przypada na jena i funta brytyjskiego. SDR używa się jako jednostki obrachunkowej w MFW, ale wydaje się niepraktyczne do użytku w światowym handlu i finansach. Przyznawane są krajom członkowskim proporcjonalnie do ich wkładów do Funduszu.

Ostatnio prezydent Banku Światowego Robert Zoellick, do 2006 r. zastępca amerykańskiego sekretarza stanu, przyznał, że dolar zapewne napotka konkurencję jako waluta rezerwowa i Stany Zjednoczone popełniłyby błąd przyjmując za pewnik, że nic dolarowi w tej roli nie grozi. Podkreślił, że losy dolara zależeć będą od tego, czy USA uda się obniżyć dług bez podsycania inflacji i przywrócić do zdrowia system finansowy oraz sektor prywatny w całej gospodarce. Przyznał, że Unia Europejska stoi w obliczu podobnych problemów, co nie oznacza, że euro nie może być alternatywą dla dolara, gdyby ten pozostał słaby i chimeryczny.

Internacjonalizacja juana

Analitycy są przekonani, że za bombastycznymi wypowiedziami liderów Chin i Rosji kryją się ich obawy o wartość własnych rezerw dolarowych. Kondycja dolara przyprawia o gigantyczny ból głowy zwłaszcza Chińczyków. I będzie tak, dopóty głównym motorem wzrostu ich gospodarki pozostanie eksport przy jednoczesnym kurczowym utrzymywaniu własnej waluty (juan) na sztucznie zaniżonym kursie wobec dolara. Pekin zdaje się dziś rozumieć, że nadszedł czas na „internacjonalizację” chińskiej waluty. Dotychczas bowiem ponad 70 proc. wymiany handlowej Chin z zagranicą (która sięga 2,6 bln dol. rocznie) odbywa się w walucie amerykańskiej. Aby zmniejszyć tę zależność, w lipcu rozpoczął się pilotażowy program umów handlowych między Hongkongiem i pięcioma wielkimi miastami Chin, w tym Szanghajem, zawieranych w juanach. Ponadto chiński bank centralny podpisał dwustronne umowy z bankami centralnymi Południowej Korei, Hongkongu, Malezji, Indonezji, Białorusi i Argentyny o finansowaniu handlu w krajowych walutach. Główny ekonomista do spraw chińskich w brytyjskim HSBC (Hongkong Shanghai Banking Corporation) Qu Hongbin uważa, że internacjonalizacja juana będzie postępować szybko. W ciągu 3–5 lat połowa chińskiego handlu zagranicznego będzie rozliczana w walucie krajowej. Gdyby tak się stało, chińska waluta awansowałaby do trójki najczęściej używanych w handlu światowym.

Po to, aby juan mógł stać się alternatywą dla dolara, Chiny musiałyby wyeliminować ograniczenia w transferach kapitału, wprowadzić pełną wymienialność walut i zwiększyć płynność na swym rynku obligacji. Spełnienie wszystkich tych warunków, w opinii części ekspertów, potrwałoby co najmniej dziesięć lat. Inni są jeszcze ostrożniejsi, gdy idzie o kalendarze detronizacji dolara. Helmut Reisen, kierujący ośrodkiem badań w OECD, uważa, że jeśli trzymać się porównań uwzględniających parytet siły nabywczej, gospodarka Chin wyprzedzi gospodarkę USA ok. 2015 r. Według szacunków Goldman Sachs sprzed 6 lat, nastąpiłoby to dopiero w 2041 r.

Ponieważ USA to zdecydowanie największy rynek zbytu dla Azji, kraje tego kontynentu hamują aprecjację swych walut wobec dolara bardziej niż w stosunku do euro, jena czy funta szterlinga. Dylemat, w obliczu którego dziś stoją, to czy pozwolić swym walutom na większe wzmocnienie wobec dolara (co osłabi ich konkurencyjność na rynku amerykańskim), czy też trwać przy dotychczasowej polityce akumulacji rezerw dolarowych?

Same władze amerykańskie choć od czasu do czasu przebąkują, że zależy im na silnym dolarze, to na razie niewiele czynią w jego obronie. Słaby dolar ułatwia eksport amerykańskich towarów. Podnosi także wartość zagranicznych zysków firm amerykańskich, a więc wspiera ich giełdowe notowania.

Już sześć lat temu MFW alarmował, że bezprecedensowa skala amerykańskiego długu podważa stabilność globalnej gospodarki. Wtedy, przemawiając w Berlinie do światowego gremium bankowców i ekonomistów, Alan Greenspan, jako szef Urzędu Rezerw Federalnych, uspokajał zebranych. Twierdził, że wśród inwestorów zagranicznych nie brakuje chętnych do finansowania amerykańskiego deficytu, a gwałtowny spadek kursu dolara nie stwarza zagrożenia dla kondycji światowej gospodarki. Przyznał jednak, że taki obrót spraw nie może trwać wiecznie.

Mimo anemii dolar pozostaje główną rezerwową walutą świata. W myśl teorii, w walucie rezerwowej rozlicza się większość handlu międzynarodowego, ponieważ jest to waluta wiarygodna i stabilna, za którą stoi potęga ekonomiczna kraju emitującego. Kraj, którego waluta zyskuje taką pozycję, korzysta z wielu przywilejów, ale ma też obowiązki, choć niekoniecznie zapisane. Należą do nich względna stabilność wewnętrznej i zewnętrznej wartości waluty. Stabilność wewnętrzna to trzymanie w ryzach inflacji. Zewnętrzna natomiast odnosi się do utrzymywania w ryzach skali wahań kursowych. Uporczywe niespełnianie tych warunków z oczywistych względów zmniejsza gotowość innych krajów do lokowania swych rezerw w takiej walucie. I to właśnie teraz spotyka USA.

W październiku w brytyjskim dzienniku „The Independent” ukazała się wiadomość, że kraje GCC (Gulf Cooperation Countries: Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Kuwejt, Oman i Katar) negocjują z Chinami, Japonią, Francją i Rosją odstąpienie od dolara jako waluty obrotu ropą naftową. Wiadomość ta została szybko zdementowana zarówno przez kraje arabskie, jak i Rosję, choć trudno oczekiwać, aby OPEC potulnie godził się na utrzymanie cen na stałym poziomie w walucie, której wartość maleje. „Dolar jest jedyną walutą, w której możemy działać 24 godziny na dobę na pięciu kontynentach”, powiedział Fatih Birol, główny ekonomista Międzynarodowej Agencji Energetyki (IEA), laureat nagród zarówno Rosyjskiej Akademii Nauk, jak i Departamentu Energetyki USA za wkład w formułowanie polityki energetycznej.

Godni przeciwnicy

Dziś za alternatywę dla dolara uchodzić może wyłącznie euro. Przypomnijmy, że gdy rodziło się ono w styczniu 1999 r., było warte 1,18 dol. Potem kurs spadł do 84 centów w listopadzie 2000 r. i przez następne półtora roku wahał się w pobliżu 90 centów. Powodem była krzepka kondycja gospodarki amerykańskiej w stosunku do gospodarki strefy euro. Dopiero wiosną 2002 r., kiedy giełda amerykańska dostała mocno w kość, sentymenty Europejczyków raptownie się odwróciły, a kurs euro zaczął piąć się w górę (do 1,58 w lipcu 2008 r., patrz wykres).

Po to, aby radykalnie umocnić dolara, potrzeba albo poprawy w budżecie Ameryki i jej bilansie handlowym, albo też gwałtownej podwyżki stóp procentowych, co zwiększyłoby atrakcyjność lokat w amerykańskie obligacje. Jeśli w gospodarce USA nie pojawią się wyraźne oznaki inflacji albo nie nastąpi radykalna poprawa na rynku pracy, Fed stóp nie ruszy. A dolar nie straci swej pozycji, dopóki nie pojawi się wiarygodna alternatywa.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną