Czy opodatkowanie umów studentów i uczniów jest dobrym pomysłem?
Rząd chce oskładkowania umów o pracę studentów i uczniów. Czy to na pewno taki zły pomysł?
Jeśli pomysł oskładkowania umów o pracę studentów i uczniów ujrzy światło dzienne, to pewnie wywoła falę sprzeciwu.
Faustin Tuyambaze/StockSnap.io

Jeśli pomysł oskładkowania umów o pracę studentów i uczniów ujrzy światło dzienne, to pewnie wywoła falę sprzeciwu.

Jeśli pomysł oskładkowania umów o pracę studentów i uczniów ujrzy światło dzienne, to pewnie wywoła falę sprzeciwu. Tymczasem to wcale nie jest takie głupie rozwiązanie.

Media donoszą, że rząd opodatkuje studentów i uczniów. Z jednej strony mamy studentów, którzy obawiają się, że z oskładkowaną umową zleceniem trudniej im będzie zarobić i zdobyć doświadczenie potrzebne do wejścia na rynek pracy. Z drugiej żarłoczne państwo, które chce za wszelką cenę załatać dziurę w ZUS. Z trzeciej zaś psioczących na pomysł pracodawców (mają w tym swój interes) oraz dziwnie mętnych związkowców z „Solidarności”.

Czytając, można odnieść wrażenie, że ubezpieczenie, które przysługuje dziś uczniom i studentom do 26. roku życia, bierze się znikąd. Ale to nie jest prawda.

Skąd się bierze darmowe ubezpieczenie studentów?

W kapitalistycznej gospodarce nie ma pieniędzy znikąd. Akurat w tym wypadku brakującą składkę dokłada państwo. A czym jest państwo? To nasze podatki plus deficyt budżetowy. Obecny system wygląda więc tak: polskie państwo dotuje pracownika do 26. roku życia. Z punktu widzenia pracodawcy to sytuacja idealna. Zwłaszcza że od stycznia 2016 r. ozusowana została część śmieciówek i o taniego pracownika coraz trudniej. Uczniowie szkół ponadpodstawowych, a zwłaszcza studenci, to spory rezerwuar siły roboczej, bo jest ich ok. 1,5 miliona, choć oczywiście nie wszyscy z nich pracują.

Żeby było choć tak, że brak składek po stronie pracodawcy skutkuje wyższymi sumami po stronie młodych pracowników. Ale niestety nie. Bo jednocześnie ostatnie lata to prawdziwy wysyp plagi „darmowych staży”, czyli mówiąc inaczej: zwyczajnego wyzysku młodego, niedoświadczonego i pełnego dobrej woli pracownika. Często taka firma bierze na trzymiesięczny próbny staż dwóch studentów. Obu mówi, że z tej dwójki wybierze jednego i zatrudni na stałe, a po okresie ostrej rywalizacji firma rozstaje się z obydwoma kandydatami i bierze sobie dwóch kolejnych.

Jest jeszcze jeden argument przeciwko zupełnemu zwalnianiu młodych pracowników (i ich pracodawców, bo przecież to oni płacą) z obowiązkowej składki. To tworzenie mylnego przekonania, że składka to jakiś dziwaczny ciężar wymyślony przez złego fiskusa. Tymczasem może dużo lepiej by było od samego początku zaznajamiać pracownika z obowiązkiem płacenia podatków (składka zdrowotna czy ZUS to też podatek), bo to on jest źródłem, z którego państwo wypłaca emerytury i świadczy szereg usług publicznych obywateli. Nie ma co wmawiać młodym ludziom, że ich to nie dotyczy. 

Pole manewru jest oczywiście szerokie. Można rozważyć jakiś rodzaj składki preferencyjnej albo rosnącej w miarę zdobywania doświadczenia. Jednak pryncypialne mówienie „ręce precz od pracy młodych” jest niepotrzebnym uprzywilejowaniem biznesu i grozi wychowywaniem obywateli, którzy nie potrafią zauważyć niczego więcej poza czubkiem własnego nosa.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną