Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Rynek

Świat na głodzie naftowym. Skąd mamy ropę, skoro cieśnina Ormuz jest zamknięta?

Świat musi żyć na głodzie naftowym, jakiego jeszcze nigdy nie doznał: brakuje 10–13 mln baryłek ropy dziennie. Świat musi żyć na głodzie naftowym, jakiego jeszcze nigdy nie doznał: brakuje 10–13 mln baryłek ropy dziennie. Avigatorphotographer.gmail.com / Smarterpix
Światowy rynek ropy ulega dezintegracji, dzieląc się na azjatycki, amerykański i europejski. Musi się na nowo poukładać, bo nic w nim już nie wróci do normy. Póki co – zaciskanie pasa idzie opornie.

Mija drugi miesiąc, gdy świat musi żyć na głodzie naftowym, jakiego jeszcze nigdy nie doznał. Brakuje 10–13 mln baryłek ropy dziennie (według różnych szacunków), czyli kilkanaście procent światowego zapotrzebowania. Na razie nie przyjmujemy tego do wiadomości, bo braki surowca uzupełniane są z przedwojennych zapasów i strategicznych rezerw, uruchamianych przez zdesperowane rządy wielu państw. Ale zapasy się kończą. Co wtedy?

Zaciskanie pasa idzie opornie

Gospodarka światowa długo żyła w przekonaniu, że wyprawa Trumpa na Bliski Wschód, która doprowadziła do zablokowania cieśniny Ormuz, to tylko chwilowa perturbacja. Wszystko szybko minie i wrócimy do business as usual, czyli będzie jak było. Przecież niemożliwe, by ta „dziwna wojna” odcięła świat od głównego źródła zaopatrzenia w ropę, gaz i surowce petrochemiczne. Miesiąc, góra sześć tygodni, i wszystko wróci do normy. Dowodem na ten optymizm są ceny ropy w kontraktach terminowych oscylujące wokół 100 dol. za baryłkę w dostawach na czerwiec i lipiec. Drogo, ale da się jakoś żyć. W tym samym czasie trwa jednak walka o fizyczny surowiec, za który dziś trzeba płacić 130–140 dol., a niebawem pewnie i więcej. Zaciskanie pasa idzie opornie, bo ropa i produkty petrochemiczne niezbędne są w wielu gałęziach gospodarki. Na razie światowa konsumpcja zmalała o 1,7 mln baryłek dziennie.

Jeśli ktoś wierzył, że do czerwca czy lipca Ormuz zostanie odblokowany i wszystko wróci do normy, już widzi, że nie wróci. Nawet jeśli uda się wynegocjować jakiś amerykańsko-irański kompromis (oby!), świat będzie miał świadomość, że wszystko wisi na włosku. Bo po dwóch stronach barykady są dwie kompletnie nieprzewidywalne siły: Donald Trump po jednej, a po drugiej rosnący IRGC, czyli irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej.

Europa bez dostaw z Rosji i Bliskiego Wschodu

Dlatego światowy rynek ropy powoli ulega dezintegracji, dzieląc się na azjatycki, amerykański i europejski. Musi się na nowo poukładać, opracować logistykę, stworzyć nowe łańcuchy dostaw, dostosować do przerobu innych niż dotychczas gatunków ropy. Europa jest tu w szczególnie trudnej sytuacji, bo z jednej strony odcięła się od dostaw ropy i gazu z Rosji, by wspierać Ukrainę, a z drugiej została odcięta od dużej części dostaw z Bliskiego Wschodu. Dotyczy to także Polski, która w 2025 r. potrzebowała ok. 29 mln t ropy. Pochodziła ona w większości z trzech krajów: Arabii Saudyjskiej, Norwegii i Gujany. Najwięcej z Arabii Saudyjskiej – 13,5 mln t. Ropa dociera do Polski wyłącznie drogą morską przez Naftoport, który obsługuje nie tylko polskie rafinerie, ale też tłoczy ropę rurociągiem Przyjaźń do dwóch rafinerii we wschodnich Niemczech: Schwedt i Leuna.

Pod koniec marca PERN, właściciel Naftoportu, informował, że transporty ropy nadpływają planowo, ale żaden z rejonu Zatoki Perskiej. Saudyjczycy, którzy są współwłaścicielami Rafinerii Gdańskiej i głównym dostawcą ropy dla Orlenu, jakoś sobie radzą dzięki rurociągowi wschód–zachód przecinającemu Półwysep Arabski, którym są w stanie przetłoczyć 7 mln baryłek ropy dziennie do terminala w porcie Janbu nad Morzem Czerwonym, skąd przez Kanał Sueski może dopłynąć do Europy.

Dostawy gazu z USA docierają planowo

Nieco inaczej sprawa wygląda z gazem, który w formie skroplonej LNG importowaliśmy w ramach wieloletniego kontraktu z Kataru. Płynął do Polski przez cieśninę Ormuz, ale długo nie popłynie, nawet jeśli cieśnina zostanie odblokowana, bo instalacje gazowe w Katarze uległy poważnym zniszczeniom w irańskich atakach. Szczęśliwie naszym głównym dostawcą LNG są Stany Zjednoczone i stamtąd dostawy docierają planowo. Poza tym gaz płynie rurociągami z Morza Północnego, a także od innych dostawców poprzez gazociągi europejskie. Ale gaz potężnie zdrożał, a LNG szczególnie.

Co z paliwem lotniczym?

Polska importuje nie tylko surową ropę naftową, ale także gotowe paliwa, zwłaszcza olej napędowy. Import także płynie drogą morską do terminalu w Dębogórzu, który w marcu odebrał dwukrotnie więcej paliw niż w lutym. Jesteśmy więc w miarę bezpieczni, z naciskiem na „w miarę”. Bo poza olejem napędowym są jeszcze dziesiątki produktów naftowych, których bilans wygląda różnie. Zwłaszcza z paliwem lotniczym ma dziś problem cała Europa, bo 30–40 proc zapotrzebowania jest importowana, z czego ok. połowy z Bliskiego Wschodu. Komisja Europejska zapowiedziała plan awaryjny, który miałby zwiększyć to pokrycie do 70 proc. Jak tego dokona? Ma przedstawić pakiet środków w dziedzinie energii i transportu, w tym stworzenie „obserwatorium paliwowego” w celu monitorowania dostaw. Brzmi dziwnie po brukselsku. Może więc importować paliwo z USA? To nie takie proste, bo w USA paliwo lotnicze ma nieco inne parametry niż w UE. Apostolos Tzitzikostas, komisarz UE ds. zrównoważonego transportu i turystyki, uspokaja, że na razie nie ma sygnałów, poza wzrostem cen, że paliwa lotniczego może zabraknąć. Kolejny niepoprawny optymista.

Reklama

Czytaj także

null
Świat na zakręcie

Aleksander Kwaśniewski dla „Polityki”: Pracowałem z Clintonem i Bushem. Polityka Trumpa jest bezrozumna

Czy Polska powinna bezgranicznie wierzyć w amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa? Czy Rosja może kiedyś przestać zagrażać Europie? Jaka powinna być nasza polityka zagraniczna? Mówi o tym Aleksander Kwaśniewski w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz i Mateuszem Mazzinim w najnowszym odcinku „Świata na zakręcie”.

Agnieszka Lichnerowicz, Mateusz Mazzini
20.04.2026
Reklama