Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Rynek

Przeciążenie, złe warunki pracy, a nawet zastraszanie. Dino milczy, związkowcy będą strajkować

Sklep Dino w Chodowie Sklep Dino w Chodowie Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
Strajk w jednej z największych sieci handlowych w Polsce już jutro. Jednak bardziej niż protestujących Dino powinno się bać zainteresowania ze strony polityków i inspekcji pracy.

Gdzie jest Tomasz Biernacki? To pytanie zadają związkowcy z OPZZ Konfederacja Pracy, próbując sprowokować jednego z najbogatszych Polaków, który ma ponad 50 proc. akcji sieci handlowej Dino. Ta prowokacja z pewnością się nie uda, bo chociaż o Biernackim wiadomo bardzo niewiele, jedno nie ulega wątpliwości: twórca Dino ceni prywatność. I to w stopniu ekstremalnym – nie tylko nie wypowiada się publicznie, ale niedostępne są nawet jego zdjęcia. Ta cisza była również przez lata strategią rozwoju Dino. Strategią bardzo udaną – chociaż Dino ma już ponad 3 tys. sklepów i zatrudnia blisko 55 tys. osób (więcej wśród sieci handlowych pracuje tylko w Biedronce), do niedawna sieci udawało się uniknąć zainteresowania mediów. Rosła po cichu, koncentrując się na mniejszych miejscowościach i nie wchodząc w zwarcia z konkurentami. Dino w reklamach nie porównuje się do Biedronki czy Lidla, nie krzyczy, że jest najtańsze, nie ma nawet aplikacji lojalnościowej, od której coraz częściej uzależnione są ceny promocyjne. Właśnie za ten spokój i przejrzyste zasady wielu klientów ceni tę sieć.

Rozwój kosztem pracowników? Lista zarzutów jest długa

Jednak związkowcy wskazują, że ten imponujący rozwój odbywa się kosztem pracowników – słabo wynagradzanych, przeciążonych obowiązkami, a nawet inwigilowanych. Lista żądań związków jest długa: podwyżki dla każdego zatrudnionego o 900 zł, utworzenie Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych (aż trudno uwierzyć, że w tak dużej firmie dotąd nie powstał), poprawa warunków pracy (zwłaszcza w okresie zimowym, gdy w niektórych sklepach są bardzo niskie temperatury), koniec nielegalnego monitorowania pracowników czy uzupełnienie braków kadrowych. Po wielu tygodniach nieudanych negocjacji z pracodawcą OPZZ Konfederacja Pracy organizuje w sobotę dwugodzinny strajk ostrzegawczy – między godz. 12 a 14.

Czy klienci z tego powodu nie zrobią zakupów? Związkowcy twierdzą, że menedżerowie Dino zastraszają pracowników i sugerują, że udział w strajku będzie nielegalny. Protest okaże się testem skuteczności związków. Ich słabość to brak współpracy – do protestu OPZZ Konfederacja Pracy nie przyłączy się działająca również w Dino Solidarność, chociaż ona też ma wiele zarzutów wobec sieci. Dotąd akcje protestacyjne w działających u nas sieciach handlowych (np. Kauflandzie) miały raczej symboliczny charakter. Zdecydowana większość pracowników tej branży nie jest zrzeszona w związkach. W przypadku Dino dochodzi jeszcze dodatkowy element działający na niekorzyść protestujących – wiele sklepów znajduje się w małych miastach i na wsiach, gdzie trudno byłoby znaleźć podobne zatrudnienie. Zatem tym łatwiej menedżerom zniechęcić pracowników do udziału w strajku.

Czytaj także: Daj no Dino! Mamy tu internetowy samograj, memy piszą się same

Siecią Dino interesuje się PIP

Jednak OPZZ Konfederacja Pracy i tak odniosła już spory sukces. Dzięki różnym medialnym akcjom (jak wizyta posła Adriana Zandberga w jednym z wyziębionych sklepów) udało jej się tak nagłośnić problemy w Dino, że siecią zainteresowała się Państwowa Inspekcja Pracy. Prowadzi ona postępowania – zarówno w sprawie warunków pracy, jak i dyscyplinarnego zwolnienia działaczki związkowej. Głos zabrała nawet ministra rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, która skierowała wczoraj wniosek do Głównego Inspektora Pracy o wszczęcie kontroli w Dino po doniesieniach o zastraszaniu pracowników planujących protestować. Tymczasem jeszcze niedawno część polityków, jak kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek, chwaliła się robieniem zakupów w tej, jak chętnie podkreślali, polskiej sieci.

Większościowy właściciel Dino liczy pewnie, że skala strajku będzie niewielka, a klienci go nie zauważą. Jednak Tomasz Biernacki ma też inne problemy – z zarządu Dino w tym roku odeszły już dwie osoby. Inwestorzy byli rozczarowani ubiegłorocznymi wynikami sieci mimo zysku przekraczającego 1,5 mld zł. Sądzili, że Dino będzie rozwijać się jeszcze szybciej i zarabiać jeszcze więcej. Akcje spółki na warszawskiej giełdzie w ciągu ostatniego roku potaniały o jedną trzecią. Jednak Dino pozostaje na razie wierne swojej strategii ciszy – nie komentuje żądań związkowców ani ich zarzutów, nie odpowiada na pytania dziennikarzy, nie odnosi się do wyników kontroli inspekcji pracy. Chce najwyraźniej przeczekać medialną i polityczną burzę, licząc, że to tylko chwilowe zamieszanie. Czy się nie przeliczy?

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Polak sprzedaje broń Ukrainie. „To nie były łatwe pieniądze. Trochę rozdałem za darmo”

Pomyślałem: „Przyszła wojna, przyszły standardy”. Ale było to dosyć naiwne myślenie – mówi Piotr Sapieżyński, prezes firmy Alfa sprzedającej broń Ukrainie.

Juliusz Ćwieluch, Paweł Reszka
09.04.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną