Przeciążenie, złe warunki pracy, a nawet zastraszanie. Dino milczy, związkowcy będą strajkować
Gdzie jest Tomasz Biernacki? To pytanie zadają związkowcy z OPZZ Konfederacja Pracy, próbując sprowokować jednego z najbogatszych Polaków, który ma ponad 50 proc. akcji sieci handlowej Dino. Ta prowokacja z pewnością się nie uda, bo chociaż o Biernackim wiadomo bardzo niewiele, jedno nie ulega wątpliwości: twórca Dino ceni prywatność. I to w stopniu ekstremalnym – nie tylko nie wypowiada się publicznie, ale niedostępne są nawet jego zdjęcia. Ta cisza była również przez lata strategią rozwoju Dino. Strategią bardzo udaną – chociaż Dino ma już ponad 3 tys. sklepów i zatrudnia blisko 55 tys. osób (więcej wśród sieci handlowych pracuje tylko w Biedronce), do niedawna sieci udawało się uniknąć zainteresowania mediów. Rosła po cichu, koncentrując się na mniejszych miejscowościach i nie wchodząc w zwarcia z konkurentami. Dino w reklamach nie porównuje się do Biedronki czy Lidla, nie krzyczy, że jest najtańsze, nie ma nawet aplikacji lojalnościowej, od której coraz częściej uzależnione są ceny promocyjne. Właśnie za ten spokój i przejrzyste zasady wielu klientów ceni tę sieć.
Rozwój kosztem pracowników? Lista zarzutów jest długa
Jednak związkowcy wskazują, że ten imponujący rozwój odbywa się kosztem pracowników – słabo wynagradzanych, przeciążonych obowiązkami, a nawet inwigilowanych. Lista żądań związków jest długa: podwyżki dla każdego zatrudnionego o 900 zł, utworzenie Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych (aż trudno uwierzyć, że w tak dużej firmie dotąd nie powstał), poprawa warunków pracy (zwłaszcza w okresie zimowym, gdy w niektórych sklepach są bardzo niskie temperatury), koniec nielegalnego monitorowania pracowników czy uzupełnienie braków kadrowych. Po wielu tygodniach nieudanych negocjacji z pracodawcą OPZZ Konfederacja Pracy organizuje w sobotę dwugodzinny strajk ostrzegawczy – między godz. 12 a 14.
Czy klienci z tego powodu nie zrobią zakupów? Związkowcy twierdzą, że menedżerowie Dino zastraszają pracowników i sugerują, że udział w strajku będzie nielegalny. Protest okaże się testem skuteczności związków. Ich słabość to brak współpracy – do protestu OPZZ Konfederacja Pracy nie przyłączy się działająca również w Dino Solidarność, chociaż ona też ma wiele zarzutów wobec sieci. Dotąd akcje protestacyjne w działających u nas sieciach handlowych (np. Kauflandzie) miały raczej symboliczny charakter. Zdecydowana większość pracowników tej branży nie jest zrzeszona w związkach. W przypadku Dino dochodzi jeszcze dodatkowy element działający na niekorzyść protestujących – wiele sklepów znajduje się w małych miastach i na wsiach, gdzie trudno byłoby znaleźć podobne zatrudnienie. Zatem tym łatwiej menedżerom zniechęcić pracowników do udziału w strajku.
Czytaj także: Daj no Dino! Mamy tu internetowy samograj, memy piszą się same
Siecią Dino interesuje się PIP
Jednak OPZZ Konfederacja Pracy i tak odniosła już spory sukces. Dzięki różnym medialnym akcjom (jak wizyta posła Adriana Zandberga w jednym z wyziębionych sklepów) udało jej się tak nagłośnić problemy w Dino, że siecią zainteresowała się Państwowa Inspekcja Pracy. Prowadzi ona postępowania – zarówno w sprawie warunków pracy, jak i dyscyplinarnego zwolnienia działaczki związkowej. Głos zabrała nawet ministra rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, która skierowała wczoraj wniosek do Głównego Inspektora Pracy o wszczęcie kontroli w Dino po doniesieniach o zastraszaniu pracowników planujących protestować. Tymczasem jeszcze niedawno część polityków, jak kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek, chwaliła się robieniem zakupów w tej, jak chętnie podkreślali, polskiej sieci.
Większościowy właściciel Dino liczy pewnie, że skala strajku będzie niewielka, a klienci go nie zauważą. Jednak Tomasz Biernacki ma też inne problemy – z zarządu Dino w tym roku odeszły już dwie osoby. Inwestorzy byli rozczarowani ubiegłorocznymi wynikami sieci mimo zysku przekraczającego 1,5 mld zł. Sądzili, że Dino będzie rozwijać się jeszcze szybciej i zarabiać jeszcze więcej. Akcje spółki na warszawskiej giełdzie w ciągu ostatniego roku potaniały o jedną trzecią. Jednak Dino pozostaje na razie wierne swojej strategii ciszy – nie komentuje żądań związkowców ani ich zarzutów, nie odpowiada na pytania dziennikarzy, nie odnosi się do wyników kontroli inspekcji pracy. Chce najwyraźniej przeczekać medialną i polityczną burzę, licząc, że to tylko chwilowe zamieszanie. Czy się nie przeliczy?