Rozmowa z Agnieszką Jagiełło-Gruszfeld, lekarzem onkologiem

Nieodwracalna utrata spokoju
Zawód onkologa narzuca codzienne myślenie o śmierci, a w konsekwencji człowiek dosyć wcześnie odpowiada sobie na najważniejsze pytania. Jedno z nich dotyczy tego, jak niedaleko sięgają jego możliwości - mówi Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.
Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld
Tadeusz Późniak/Polityka

Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld

Martyna Bunda: – Zawsze daje pani pacjentom numer prywatnej komórki?

Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld: – Tak czuję się spokojniej. O dziwo, ludzie go nie nadużywają. A ja wiem, że jeśli pojawią się powikłania po leczeniu, to pacjent, zanim zrobi coś głupiego, zadzwoni do mnie. Zaczęłam go zapisywać chorym po tym, jak umarła mi pacjentka, samotna matka kilkunastoletniej córki. Miała bardzo duże szanse na wyleczenie, chemioterapia podawana była jedynie uzupełniająco, ale po niej pojawiło się powikłanie. Lekarz internista nie rozpoznał gorączki neutropenicznej. Zrobił jej badania, zobaczył, że nie ma białych krwinek. Powiedział córce, że to od raka i matka musi umrzeć. I umarła. Choć można ją było wyciągnąć z tego powikłania.

Czuła pani złość na tamtego lekarza? Szukała go pani?

Czułam złość głównie na siebie. Wśród lekarzy rodzinnych tamten nie był wyjątkiem, większość nie ma pojęcia o onkologii. Po tej śmierci zaczęłam organizować szkolenia dla lekarzy rodzinnych. Niestety, na dłuższą metę nie dało się tego robić bez pieniędzy. Lekarze nie bardzo chcieli w tym uczestniczyć, chyba że w sobotę, bo w tygodniu nie miał ich kto zastąpić. A jeśli w sobotę, to miało być w jakimś fajnym miejscu, po części rekreacyjnie. Żeby mieli poczucie, że jednak odpoczywają. To kosztuje.

Została pani ukarana przez sąd za nieodpowiedzialne podejście do pracy, bo ordynując pacjentom niestandardowe i drogie leki, w kilkunastu przypadkach spóźniła się pani z przesłaniem dokumentów do NFZ.

Fundusz odmówił zapłaty szpitalowi, a szpital uznał, że to ja, ordynator onkologii, mam wyrównać tę stratę. A także zwrócić za pacjentów, za których fundusz zapłacić nie chciał, bo widocznie uznał, że droga, nowoczesna terapia, którą zastosowałam, nie była uzasadniona – tylko o kilka miesięcy przedłużała życie chorym. W sumie 90 tys. zł. Ani przez moment nie sądziłam, że mogę przegrać ten proces. Moje pokolenie wychowano w przeświadczeniu, że środki finansowe to jest rzecz drugorzędna, nie rozmawia się o nich, a już na pewno w kontekście wyceniania czyjegoś życia. Nigdy nie nauczyłam się negocjować własnej pensji. Ale sąd nie wziął pod uwagę kontekstu. Zasądził ode mnie 9 tys. zł plus koszty procesowe (choć w uzasadnieniu zaznaczył, że część winy ponosi szpital i NFZ – przyp. red.).

Dlaczego nie odwołała się pani od wyroku?

Nie miałam na wpis sądowy, czyli 10 proc. kwoty, o którą toczył się spór.

Czy dziś tamtych pacjentów, za których fundusz nie zgodził się zapłacić, leczyłaby pani inaczej?

Leczyłabym ich tak samo jak wtedy. W onkologii, jeśli choroba jest bardzo zaawansowana, przedłużenie komuś życia o sześć miesięcy bywa wielkim osiągnięciem, nawet jeśli z bardziej oddalonej perspektywy wydanie na to kilkudziesięciu tysięcy złotych uzna się za nieopłacalne. W moim pojęciu tylko pacjent może zdecydować, ile to jest dla niego pół roku i czy chce o te pół roku zawalczyć. Brak działania ze strony lekarza również jest formą działania, do którego nie ma on prawa. Na tym polega jego odpowiedzialność.

Co można zrobić z sześcioma miesiącami życia?

Ci, którzy mają małe dzieci, walczą o każdy dzień. Bo oznacza szansę, żeby przekazać dziecku coś jeszcze, wlać w nie jeszcze trochę miłości, na zapas. Ale miałam też matkę czworga dzieci, z którą walczyłyśmy o równo pięć miesięcy: najstarsza córka miała wtedy skończyć 18 lat i młodsze dzieci nie musiałyby pójść do domu dziecka. Wywalczyłyśmy siedem.

A nie korciło pani, żeby wybrać konformizm? Przecież tak łatwo sobie zracjonalizować: nie pani podejmuje decyzję, ale urzędnicy z funduszu.

Zaniechanie to zawsze będzie moja decyzja. Miałam raz w życiu zawodowym moment zawahania i ten raz mi wystarczy. Nie wiem, czy można było tę pacjentkę uratować, nie wiem, na jak długo, ale jedyna szansa, jaką miała, nie została wykorzystana. To była inteligentna, piękna 30-letnia dziewczyna, psychiatra z wykształcenia. Z rakiem piersi. Akurat wtedy pojawiła się możliwość leczenia herceptyną, we Francji już tę metodę stosowano, ale w Polsce nikt tak nie robił. Zaczęłam rozmawiać z kolegami, wypytywać, radzić się. To był luty. A w maju, gdy podjęłam decyzję, że będziemy próbować, ta pacjentka miała już przerzuty do wątroby i było za późno. Byłam wtedy konsultantem wojewódzkim. Napisałam o tym przypadku listy do wszystkich kolegów onkologów, żeby podejmując podobne decyzje, pamiętali o moim przykładzie.

W ramach pokuty?

Pewnie trochę. W Biblii, którą czytywałam częściej już jako bezrobotna lekarka onkolog w depresji i z procesem na karku, jest przypowieść o torturowaniu pierwszych chrześcijan. Człowiek, który był świadkiem takiego zamęczenia innego człowieka, wyrzucał Bogu: jak mogłeś na to pozwolić. A Bóg mu opowiedział: jak to, przecież wysłałem tam ciebie. Staram się tak żyć. Często to zresztą jest odruch.

Spotyka pani w pracy ludzi, którzy nie chcą, żeby im pomagać?

Jakieś 10–15 proc. pacjentów świadomie nie decyduje się na leczenie.

Złości to panią?

Już nie. Kiedyś się złościłam: jak to, ja się angażuję, a oni się poddają. Aż zdałam sobie sprawę, że nie mam do tego prawa. Ktoś żył, tak jak chciał, nie czuje, że ma coś jeszcze do zrobienia, nie zostawia za sobą niezałatwionych spraw i nie ma małych dzieci. Mieć do niego pretensję byłoby egoizmem lekarza, przejawem jego zawodowej ambicji. Zrozumiałam to, gdy moja mama, też lekarka, podjęła podobny wybór. Nowotwór był wyjątkowo złośliwy, walka mogła przedłużyć mamie życie o kilka miesięcy. Przeczytała sobie wszystko na ten temat i zdecydowała, że nie chce, żeby jej wychodziły włosy. Przestała pracować w kwietniu, w czerwcu zmarła, z dużym spokojem. Z czasem zrozumiałam, że podjęła najlepszą decyzję.

Co mówi pani człowiekowi, który nie chce się leczyć?

Że go rozumiem. Czasem, że podziwiam. Że jeszcze może zmienić zdanie, musi tylko pamiętać, że za miesiąc choroba będzie już w innym punkcie.

Ludzie są gotowi na prawdę o swoim stanie zdrowia?

Nie są. Nieliczna grupa mówi od progu, że oczekuje szczerości, i tak jest dużo łatwiej prowadzić leczenie. Ale większość nie chce prawdy. Zdarzało mi się musieć powiedzieć, że choroba na tym etapie jest już nieuleczalna, ale możemy szukać sposobów, by pacjent mógł jak najwięcej i najdłużej korzystać z życia, które mu zostało. I wówczas wkraczała rodzina: zabijam ich bliskiego, odbieram mu nadzieję, to przeze mnie on już nie chce się leczyć. Nie dziwię się takim reakcjom bliskich. Przyjmuję, staram się potem jakoś odreagować. Boli tylko, jeśli koledzy lekarze reagują podobnie. Jak kolega onkolog, który chciał, abym jego mamie zrobiła chemię po kryjomu na innym oddziale, ryzykując jej bezpieczeństwo. Pacjentka uważała to za wstyd, że matka lekarza ma raka. Chciała to ukryć za wszelką cenę. Jej syn bardzo emocjonalnie wtedy zareagował na moją odmowę.

A jakie są pierwsze reakcje chorych?

Zwykle jest charakterystyczna śmiertelna powaga rodziny i bezradność chorego. W potocznym pojęciu tylko tak wypada. Niestety, nawet jeśli z nowotworem udaje się szybko uporać, to owa bezradność zostaje człowiekowi na całe życie. W Krakowie po latach przebadano osoby, które w dzieciństwie i wczesnej młodości zachorowały na nowotwór. Okazało się, że aż 70 proc. z nich nie założyło rodzin i nie podjęło pracy! To jest prawdziwa porażka medycyny. Staram się więc za wszelką cenę wytrącić człowieka z takiej bezradności.

Nie myślała pani nigdy o zmianie zawodu?

Myślałam. Ale już po tygodniu bez pacjentów zaczynałam czuć się nieswojo.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną