Trauma rodzin ze Złocieńca

Już bez Karoliny
Kiedy odprowadzał żonę i wnuczkę do autokaru przed wycieczką do Hiszpanii, widział, że usiadły na fotelach po stronie, która uderzyła w przęsło wiaduktu. Jeśli nie zmieniły tych miejsc w drodze powrotnej, mogło być źle.
Rodzina cierpi po Karolince, ale żyją wdzięcznością dla wszystkich, którzy pomagali
Stanisław Ciok/Polityka

Rodzina cierpi po Karolince, ale żyją wdzięcznością dla wszystkich, którzy pomagali

Ich dziadkowie przyjechali tu kiedyś z wiosek pod Baranowiczami, z drewnianych chałup, pokazywanych teraz w skansenach. I pozbawieni sąsiedzkich więzi z dziada pradziada krzepili się rodzinami w swoich murowanych nagle domach z ubikacjami w środku.

Nie budowali nowych, bo Niemiec wróci i zabierze. Rozgrabili pałac, w którym stały jeszcze ciepłe meble, bo niczyj, bo pałac był kiedyś dziedzica i słowo „nasz” zupełnie do niego nie pasowało.

Dopiero w latach 70. obudzili się, zbudowali wodociągi, przychodnię lekarską, most, przedszkole, dom towarowy, hotel i osiedle bloków.

Ale prawdziwe przebudzenie dopadło wnuków. Jeżdżą do Niemca, który miał tym z Baranowicz zabierać, jeżdżą za inne zagranice, dobierają kredyty do zarobków i stawiają domy, aż się kurzy. Są już wreszcie u siebie. Ale krzepienie się rodzinne, psychiczne, przetrwało.

Gdy okazało się, że Lech Zborowski stracił wnuczkę Karolinę, a jego żona Maria z obitymi płucami, mózg na szczęście nieuszkodzony, leży w szpitalu w śpiączce, on, siostry, szwagrowie i ojciec dziewczynki pojechali do Niemiec do bratowej.

Przed wyjazdem telefonowali do różnych instytucji, żeby się dowiedzieć, co z Marią i Karoliną. Do znajomego w Berlinie. Czy Maria, pracownica nadleśnictwa, i jej wnuczka żyją? Bo Lech miał najgorsze myśli.

Siostry dzwonią do Berlina, do znajomych. Pojechali na wycieczkę ludzie przeważnie w sile wieku, było tylko jedno dziecko, Karolina. Miała przy sobie pompę infuzyjną. Parę lat temu zachorowała na cukrzycę i rodzice, Anna i Grzegorz, kupili ją za 20 tys., bo od Owsiaka dostać się nie dało. 14-latka z tą pompą, łatwo rozpoznawalna, nie można ludzi tak trzymać w niepewności, co z nią? Znajomi oddzwaniają. Dowiedzieli się, że dziecko zginęło na miejscu. Maria jest w szpitalu. To raczej pewne.

Równi w czekaniu

Teraz pojechały do Niemiec dwa autokary. Z rodzinami – psycholodzy, księża z zakonu zmartwychwstańców ze Złotowa i lekarze. Rodziny wzięły z sobą świeże ubrania, bo te, które tamci mieli z sobą, z pewnością poszarpane, rozwleczone. Niektórzy wzięli je już niepotrzebnie.

Nie było wiadomo – żyją czy nie, ranni czy wyszli bez szwanku. Można na zdrowy rozum od takiej niepewności zwariować, ale w nadleśnictwie mówią, że tak było lepiej, bo wszyscy byli równi w czekaniu. To w końcu tylko przypadek, że tamten usiadł po prawej, a mój po lewej, śmiertelnej stronie autokaru, więc dlaczego ja?

Ksiądz proboszcz, zmartwychwstaniec, też mówi, że niepewność była dobra po to, żeby pomóc przez ten czas rodzinom przyjąć moment tragiczny, wskazując, że jest on wszakże przejściem tylko do obcowania z Bogiem. Choć po ziemsku biorąc ksiądz proboszcz wie, co się wtedy przeżywa, jeszcze nie był księdzem, gdy umarła jego młodziutka siostra na raka płuc, potem ojciec na serce. Rodziny o tym cierpieniu księdza wiedzą i to podnosi znaczenie jego posługi.

Nauczycielka z miejscowej szkoły Jadwiga Grugel, nie z rodzin, mówi, że śmierć pojedyncza na drodze nie jest widać medialna. 40 innych osób zginęło w ten weekend na drogach, i co? Nic bardziej samotnego i opuszczonego niż jeden zabity na asfalcie, ani do niego przyjedzie premier, ani ministrowie, żadnej zapomogi i kirów na masztach: leży ciało na asfalcie, czarny wór, zero psychologa. Czy na przykład szwagierka Ryszarda Gołębiowskiego z nadleśnictwa w Złocieńcu (sama miednica połamana w kilku miejscach) miałaby szansę, że Polacy zapłacą za bardzo drogą operację w Niemczech? A tak – dyrektor Lasów Państwowych odbył w Warszawie stosowne rozmowy, po których niemieccy lekarze dostali zapewnienie, że pieniądze będą, a ranna ma być zoperowana. I jest nadzieja, że nie zostanie inwalidką.

Obcy towarzyszący

Rodzina strasznie to przeżywała, ale może mieć w przeżyciach wsparcie: psycholodzy, których nadleśnictwo zaangażowało i dało zakwaterowanie, spieszą z pomocą na każdy sygnał. Cała ich grupa – ze Szczecina, Wierzchowa, Drawska i samego Złocieńca – policyjni, pożarniczy, z więzienia, z Ośrodka Pomocy Rodzinie, z poradni psychologiczno-wychowawczych.

Teraz przywołuje się psychologów do dużych katastrof i rodziny uznają to za oczywiste. Przy starszych, jeszcze niedawnych, w wypadku spalonych maturzystów z Białegostoku na przykład, specjalnie się do nich nie udawano. Pomagali trochę w załatwianiu spraw rodzin, siedzieli i czekali. W Złocieńcu do psychologów ludzie się zwracają. Kilku dyżuruje non stop w budynku nadleśnictwa. Rodziny przychodzą do nich jakby do siebie – mówi pracownica ośrodka opieki społecznej, nie krępują się, chcą. Jakby w traumie nie wystarczał już wyłącznie, jak dotąd, ksiądz i inni członkowie rodziny. Żeby obcy fachowiec nie pocieszał jak bliscy, że trzeba żyć dalej, trzymaj się. Żeby towarzyszył.

W podręcznikach psychologii twierdzi się, że obcy towarzyszący może pomóc bardziej niż bliski, sam też w traumie. Ocalałym w katastrofie w Stanach psychologowie rozdali karteczki z prośbą, żeby włożyli je do portfeli. Po roku okazało się, że są one bardzo zniszczone, tak często do nich zaglądano: nie bój się, nie wariujesz, to, co się z tobą dzieje, to normalne objawy po tym, co przeżyłeś. Nie bój się: strach i ból będzie się zmniejszał. Banalne rady, które w panice, załamaniu i depresji są jak objawienie. Nie musi się nawet niczego mówić, wyjawia Artur Madera, psycholog z Drawska, ale być obok, na zawołanie, odnaleźć moment, w którym trzeba wziąć za rękę, popatrzeć, uścisnąć, jeśli ktoś tego będzie chciał. Jak i w chwili śmierci własnej i w każdym zawaleniu się świata, od zawsze.

Takie zaręczyny

Telefonuje chłopak, jego rodzice zginęli. Trzeba do niego jechać. Może to ten, o którym w mieście powiada się, że groził samobójstwem po śmierci rodziców. Psychologowie nie powiedzą.

Przychodzi do psychologa stary człowiek. Syn z żoną leżą w szpitalu. Nie radzi sobie psychicznie, ale pilnuje leśniczówki. Nadleśnictwo jest zdziesiątkowane. Przyjechali koledzy z nadleśnictw sąsiednich do pomocy, ktoś szefuje, bo ich własny szef wyszedł co prawda z katastrofy bez szwanku, żona także, ale siedzi w domu, nie jest w stanie pracować, boi się, że przyjdzie do biura i się rozklei.

Lech Zborowski do Hiszpanii z żoną nie pojechał. Emeryt, dawniej pracownik tartaku, ma własne jeziorko, domek nad drugim, państwowym, wędkowanie, po co mu ciężka droga autokarem i ta Hiszpania. I dzięki Bogu jest przez to cudem ocalony, bo siedziałby przecież, gdyby pojechał, obok żony Marii na miejscu Karoliny, a mogły jechać tylko dwie osoby z rodziny. Wnuczka w tym właśnie dniu kończyła 14 lat, oczko w głowie całej rodziny. Maria uwielbia działkę, sadzi prawie same drzewa i krzewy ozdobne, ale pojechała, bo wycieczka była nagrodą od niej za bardzo dobre stopnie w szkole dla wnuczki. Karolina aż płakała z radości, że jedzie.

Dwa małżeństwa i tak zginęły. Państwo M. zostawili czwórkę dzieci, na szczęście już duże, córka studiuje, pozostali jeszcze w szkołach. Państwo K. także nie żyją. On, pułkownik po czterdziestce z szansą na karierę w wojsku, żona z nadleśnictwa, dwoje dzieci, syn w wieku licealnym, córka studentka, bo z dzieci leśników, kto żyw studiuje, ale wydziały leśne rzadko.

Stan stabilny

Zginął też młody podleśniczy z dziewczyną, zaprosił ją na wycieczkę, i takie mieli zaręczyny. I drugi podleśniczy z partnerką. Połowa z leśniczówek, aż sześć, zostało osieroconych. Za jakiś czas nadleśnictwo poszuka dla rodzin pustostanów i lokali przejściowych w swych zasobach, pomoże w kredytach, a na miejsce umarłych zjadą nowi leśniczy z rodzinami, taka kolej rzeczy.

Parę rodzin odmówiło zasiłków z ośrodka pomocy społecznej. Nie będą brać, mają swój honor. Jak katastrofy katastrofami, o czymś takim nie słyszałam, żeby ktoś nie brał, jak dają. Ale od swoich z nadleśnictwa przyjmą, już się uruchomiły nie najgorsze wypłaty z funduszy socjalnych.

Inni leśniczy spieszą do pomocy w leśniczówkach bez gospodarzy. Bo zaczęły się kradzieże drzewa w niepilnowanych lasach.

Lech Zborowski chce opowiedzieć o wdzięczności dla wszystkich, którzy są pomocni, a już szczególnie dla Niemców. Gdy tylko autokar z rodzinami przyjechał na miejsce, czekały samochody z asystą policyjnych motocykli, żeby rodziny rozwieźć do szpitali. Tłumacz mówił przez mikrofon, ale najpierw zapytał, czy chcą, bo jeśli nie, on mikrofon wyłączy, cóż za uważanie.

W szpitalu czekał szwedzki stół, kanapki, napoje. Jeśli ktoś sobie życzy. Nie byli głodni, więc później też będzie poczęstunek. Dyrektorka szpitala objęła ich i zaczęła płakać. Oni też. Cały czas z nimi była aż do ich wyjścia ze szpitala. Czego potrzebują, czego sobie życzą?

Pokazali zdjęcie Karoliny do identyfikacji. Ciała nie widzieli, choć i niepoharatane. Ale i tak, kiedy wróci do domu, przełożą ją do białej trumny, tak się chowa dzieci. Z Niemiec przyszła wiadomość: Marię lekarze wybudzili ze śpiączki, jeszcze nieprzytomna, ale stan stabilny. Przeżyje.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną