Społeczeństwo

Prawo do jazdy

Kursy na prawo jazdy niepotrzebne. Sami uczmy się jeździć

W nowym systemie odsetek egzaminów zakończonych pomyślnie jest niewielki. W nowym systemie odsetek egzaminów zakończonych pomyślnie jest niewielki. Marcin Łukaszewicz / Forum
Jacek Balkan, znany dziennikarz motoryzacyjny Radia TOK FM, proponuje radykalną zmianę w kursach na prawo jazdy: nakładamy na prywatne samochody znak „L” i uczymy się nawzajem.
Na naukę tego, co najważniejsze, czyli bezpiecznej, płynnej jazdy w realnym świecie zostaje niewiele czasu.M. Lasyk/Reporter Na naukę tego, co najważniejsze, czyli bezpiecznej, płynnej jazdy w realnym świecie zostaje niewiele czasu.
Jacek Balkan – dziennikarz motoryzacyjny.Archiwum prywatne Jacek Balkan – dziennikarz motoryzacyjny.

Kilkanaście lat temu egzamin na prawo jazdy doskonale ćwiczył pamięć. By pomyślnie przejść część teoretyczną, wystarczyło przeanalizować bazę pytań i w zależności od wylosowanego zestawu, zaznaczyć kratki w odpowiedniej kolejności A, C, B, A itd. Plac manewrowy wymagał tylko nieco umiejętności, za to dużo więcej sprytu. Podczas parkowania prostopadłego trzeba było zacząć kręcić kierownicą w chwili, gdy kij od szczotki włożony w otwór wyznaczającego miejsce pachołka pojawił się z lewej strony tylnej szyby. Gdy pojawił się w miejscu mocowania wycieraczki, wystarczyło wyprostować koła, by po chwili wyruszyć z egzaminatorem „na miasto”.

Nie przekraczaj dozwolonej prędkości, nie jedź lewym pasem, jeśli prawy jest wolny. Przepuszczaj tych, którzy mają pierwszeństwo, i nie hamuj zbyt gwałtownie, powtarzał przed egzaminem instruktor. Udało się, dwa tygodnie później odebrałem kartonik ze swoim zdjęciem. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że owszem, znam przepisy, potrafię płynnie ruszyć bez zdławienia silnika, ale czy naprawdę potrafię jeździć? Każde nowe miejsce wymagało zastanowienia, co zrobić, by przejechać bezpiecznie. Często trwało to nieco dłużej niż cierpliwość innych kierowców, trąbienie wzmagało niepokój i skłaniało do ryzykownych manewrów. Nie spotkałem też ani jednego miejsca parkingowego ograniczonego drogowym pachołkiem i wystającym z niego kijem. Własny samochód odebrałem chwilę po zdobyciu uprawnień, jednak umiejętność prawidłowej oceny odległości czy jeszcze ważniejszej koncentracji na tym, co w danej chwili ważne na drodze, pojawiła się dopiero po kilku miesiącach bardzo ostrożnej, niepewnej jazdy. Kurs doskonale przygotował mnie do zdania egzaminu, ale bardzo słabo do bezpiecznego i płynnego poruszania się po mieście. O trasie i próbach wyprzedzenia ciężarówki z naczepą nawet nie wspomnę.

Po kilkunastu latach i dwóch milionach kilometrów przejechanych bez wypadku zdarza mi się czasem zająć miejsce pasażera w samochodzie kierowanym przez osobę, która chwilę wcześniej odebrała uprawnienia. Krótkim przejażdżkom towarzyszy najczęściej paraliżujący strach. Moje wyprostowane nogi szukają z przyzwyczajenia hamulców, prawą ręką, trzymaną na kolanie jestem gotowy w każdej chwili dosięgnąć kierownicy. Lewą dyskretnie, by nie wywoływać dodatkowego stresu, opieram obok hamulca ręcznego.

Po trwającym kilka miesięcy kursie, uzupełnionym najczęściej o kilka czy też kilkanaście dodatkowo płatnych godzin przeznaczonych na jazdy doszkalające, aspirujący kierowca potrafi zaskakująco niewiele. Zwłaszcza bez instruktora na prawym fotelu.

W latach 90., zanim kandydat na kierowcę został dopuszczony do egzaminu, musiał ukończyć dwa kursy. Teoria nie była obowiązkowa i sprowadzała się do formalności. Wystarczyła deklaracja, że sami się wszystkiego nauczyliśmy. Baza pytań była przecież ogólnodostępna, w dodatku podzielona na zestawy. Ukończenie trwającego 20 godzin kursu praktycznego było niezbędne, ale przynajmniej w połowie składało się z ćwiczenia sposobów uniknięcia pułapek na placu manewrowym. Nie na prawdziwej drodze, ale w sztucznie wykreowanym świecie wymalowanych linii i plastikowych pachołków. Wiadomo było, że egzaminatorzy mieli swoje ulubione tricki, za pomocą których najłatwiej kursanta oblać. Ten system dostarczał ośrodkom egzaminacyjnym sporych pieniędzy, bo wielu kandydatów kilka, a czasem kilkanaście razy oblewało egzamin praktyczny bez wyjeżdżania na ulicę. Na naukę tego, co najważniejsze, czyli bezpiecznej, płynnej jazdy w realnym świecie zostawało niewiele czasu.

Skręt tylko w prawo

Mieliśmy wiele lat, by radykalnie zmienić system szkolenia kierowców, a zmarnowaliśmy go na wprowadzanie kosmetycznych zmian. Nauka przepisów to dziś 30 godzin nudnych i monotonnych wykładów uzupełnionych o podstawowe zagadnienia związane z samochodową mechaniką i równie iluzorycznym kursem pierwszej pomocy. Nauka jazdy trwa co prawda 30 godzin, jednak przynajmniej połowa odbywa się na placu manewrowym. Szkoły jazdy zdobywają nowych klientów niemal wyłącznie niską ceną, a ostra konkurencja wymusza daleko idące oszczędności. Podczas godziny spędzonej na placu manewrowym samochód zużyje nieco ponad litr paliwa, na mieście cztery albo i pięć razy więcej. Średnia cena kursu w Warszawie to 1100 zł, równowartość czterech zatankowanych do pełna zbiorników benzyny, wystarczających do przejechania po mieście maksymalnie 2200 km. Wychodzi 70 km na jedną godzinę szkolenia, ale gdzie wydatki na wynajęcie sali wykładowej i placu manewrowego, wynagrodzenie instruktorów i amortyzację pojazdów, podatki i świadczenia, o minimalnym chociaż zysku nie wspominając? Stworzyliśmy kolejną piękną fikcję lepszego, bardziej skutecznego szkolenia kierowców i dziwimy się, że tak trudno zdać egzamin. Nieprzypadkowo na kilka miesięcy przed wyznaczoną datą wprowadzenia nowych przepisów Wojewódzkie Ośrodki Ruchu Drogowego (WORD) przeżywały oblężenie, każdy próbował zrobić prawo jazdy po staremu.

System szkolenia każdego roku wypuszcza na nasze drogi dziesiątki tysięcy osób znających przepisy, jednak tylko pod warunkiem, że te przedstawione są w formie graficznej na ekranie komputera, a pod pytaniem umieszczone są przykładowe odpowiedzi. Teoria wyuczona na pamięć i zabałaganiona całą masą idiotycznych, czasem podchwytliwych pytań, często nawet dla zawodowych kierowców nielogicznych, wydaje się oderwana od rzeczywistości i słabo powiązana z następnym, praktycznym egzaminem.

No bo jak inaczej wytłumaczyć obecność na drogach osób, które panicznie boją się skrętu w lewo albo wjeżdżania na rondo? Jak wytłumaczyć fakt, że uprawnienia dostają osoby, które potrzebują dłuższej chwili na przypomnienie sobie, która ręka jest prawa, a która lewa?

W nowym systemie odsetek egzaminów zakończonych pomyślnie jest niewielki. Kandydaci nagminnie oblewają część teoretyczną, która jest dziś przeprowadzana w szybszym tempie i bez możliwości cofnięcia się i poprawienia błędnej odpowiedzi. W efekcie dramatycznie spadła nie tylko liczba osób zdających, ale także rozpoczynających kurs na prawo jazdy. Zahamowany został naturalny proces zdobywania kwalifikacji coraz bardziej niezbędnych w dzisiejszym świecie. Umiejętność prowadzenia pojazdu mechanicznego jest dziś przecież życiową koniecznością tak jak umiejętność czytania, pisania czy obsługi komputera.

Obowiązujące od 19 stycznia 2013 r. przepisy spowodowały, że zamiast kilkuset pytań w puli przygotowanej przez dwie różne instytucje, jest ich kilka razy więcej. Czy pytania w nim zawarte są podchwytliwe, utajnione czy też ogólnie dostępne, wreszcie czy pochodzą z jednej czy może dwóch baz, nie ma większego znaczenia dla jakości wyszkolenia.

W dodatku prawidłowa odpowiedź w zależności od stopnia istotności jest różnie punktowana. Bezbłędne rozwiązanie testu daje w sumie 72 pkt, minimum niezbędne do zaliczenia wymaga aż 68 pkt, co nawet teraz, po ponad pół roku od wprowadzenia zmian, jest dla większości przystępujących do egzaminu zbyt trudne. Fatalne statystyki może wkrótce się poprawią. Jednak nie ma co liczyć na bardziej sensowne, logiczne i znajdujące odzwierciedlenie w często spotykanych na drodze sytuacjach pytania. Zamiast gruntowej reformy, wymuszającej na ośrodkach szkolenia i samych kursantach zupełnie inne podejście do problemu, zostanie obniżona do 64 pkt dolna granica zdawalności.

Egzamin praktyczny trwający kilkadziesiąt minut i odbywający się na łatwej do przewidzenia trasie, składający się z tych samych, niezbędnych do zaliczenia elementów, na razie się nie zmieni. A młody kierowca, zaraz po otrzymaniu prawa jazdy będzie, niestety, tak samo niedouczony jak kilkanaście lat temu. Doświadczenie zacznie zdobywać metodą prób i błędów, często do końca życia utrwalając złe nawyki, na które nikt w trakcie kursu czy egzaminu nie zwrócił uwagi.

Zostawmy jednak w spokoju Wojewódzkie Ośrodki Ruchu Drogowego i obydwa państwowe egzaminy. Nie ma też co liczyć na szkoły jazdy, przynajmniej dopóki decydującym o jej wyborze kryterium będzie cena kursu, ewentualnie „zdawalność”, a nie to, co najważniejsze, czyli jakość zdobytych umiejętności, przekładających się później na bezpieczne i płynne zachowanie na drodze.

Tata z literką L

Zamiast co rusz zmieniać przepisy i podwyższać bezsensowne wymagania, weźmy przykład z innych ­krajów i zlikwidujmy wreszcie tę absurdalną barierę, uniemożliwiającą porządne przygotowanie młodego kierowcy. Bo ten pierwsze szlify powinien zdobywać w samochodzie któregoś z rodziców, pod jego czujnym okiem.

Tak się zresztą najczęściej dzieje, tyle że odbywa się to na placach manewrowych lub drogach gruntowych, na których można poćwiczyć co najwyżej płynne ruszanie, hamowanie i kilka podstawowych manewrów parkingowych. Wjazd na drogę publiczną, nawet późnym wieczorem, gdy ruch jest już niewielki, wiąże się ze sporym ryzykiem, a w razie policyjnej kontroli z dużymi kłopotami. Zmieńmy to. Ostrożnie, pod pewnymi warunkami, ze szczególną troską o bezpieczeństwo.

Pozwólmy najbliższym podzielić się doświadczeniem, niech przygotują ubiegających się o prawo jazdy do kursu, jeśli chcą, nawet do egzaminu. System ten doskonale działa choćby w Wielkiej Brytanii, gdzie instruktorem może być każdy, pod warunkiem ukończenia 21 roku życia i posiadania prawa jazdy przynajmniej od trzech lat. Problem odpowiedzialności za ewentualne popełnione szkody rozwiązuje dopisanie kursanta do polisy ubezpieczeniowej, a uwagę pozostałych kierowców zwracają obowiązkowe, czerwone tablice z literką L, zamontowane z przodu i tyłu prywatnego auta, służącego w tym momencie do nauki jazdy.

Jestem w stanie wyobrazić sobie argumenty przeciwników takiego rozwiązania. Posiadający uprawnienia rodzic czy współmałżonek może przecież popełniać na drodze błędy, popadać w rutynę, z czego nawet nie zdaje sobie sprawy. Owszem, jednak wydaje się to mniejszym złem niż profesjonalny kurs poświęcony, tak jak jest obecnie, jedynie uzyskaniu uprawnień, a nie zdobyciu doświadczenia.

W odróżnieniu od Wielkiej Brytanii nie powinniśmy z niego w ogóle rezygnować choćby po to, by instruktor zamiast tracić czas na naukę ruszania, mógł to co złe wyłapać i odpowiednio skorygować. Zwykły samochód nie jest co prawda wyposażony w dodatkowy zestaw pedałów, jednak jestem przekonany, że nikt, choćby z troski o bezpieczeństwo, nie wyjedzie na ulicę bez stuprocentowej pewności, że starający się o uprawnienia nie pomyli gazu z hamulcem (a chodzi głównie o to).

Po kilkudziesięciu czy nawet kilkuset godzinach spędzonych za kierownicą, kurs przygotowujący do egzaminu będzie mógł być krótszy, przez co za te same pieniądze będzie już wyglądał zupełnie inaczej. Skończy się marnowanie czasu na podstawowe manewry i pozbawione sensu przewracanie pachołków. Będzie można pojechać na trasę szybkiego ruchu, zwrócić uwagę na niebezpieczne miejsca i pojeździć nie tylko po terenie, na którym odbywa się egzamin, ale przede wszystkim tam, gdzie przyszły kierowca mieszka, uczy się lub pracuje.

Elki przestaną paraliżować ruch w najbliższych okolicach ośrodków egzaminacyjnych, rozjadą się po całym mieście, być może wyjadą też poza teren zabudowany i oswoją z wyższymi prędkościami, rowerzystami poruszającymi się skrajem jezdni czy ciężarówkami, które czasem naprawdę trudno bezpiecznie wyprzedzić. Zmiana, choć radykalna, przyniesie dużo dobrego. Młodzi kierowcy będą lepiej wyszkoleni i przygotowani. Opiekunowie, przejmując część odpowiedzialności za ich postępy, w trosce o bezpieczeństwo i własny samochód chętniej zerkną do kodeksu drogowego, uaktualnią swoją wiedzę i jestem przekonany, że sami sporo się przy tym nauczą. Może, skoro instruktor powinien świecić przykładem, zaczną jeździć nieco uważniej i bardziej ostrożnie?

Jacek Balkan – dziennikarz motoryzacyjny. Współprowadzi wraz z Sławomirem Paruszewskim „Codzienny Magazyn Motoryzacyjny” w Radiu TOK FM. Jest autorem książki „Operacja Dakar. Kulisy najbardziej morderczego rajdu świata”.

Polityka 38.2013 (2925) z dnia 17.09.2013; Kraj; s. 19
Oryginalny tytuł tekstu: "Prawo do jazdy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną