Polacy biją rekordy w piciu

Do pełna
Jeszcze nigdy w historii Polacy nie pili tak dużo alkoholu jak w ostatnich latach. Smarzowski i Pilch mają rację: żyjemy „Pod Mocnym Aniołem”.
MK/Polityka

Pijemy dziś jeszcze więcej niż za komuny.
Ned Frisk/Corbis

Pijemy dziś jeszcze więcej niż za komuny.

Leszek Zych/Polityka

Marzena ze stacji benzynowej nowego filmu Smarzowskiego jeszcze nie widziała, ale wie, o co chodzi. Robotę wzięła, bo przy nocnych zmianach mogła łączyć pełen etat ze studiami. No i myślała, że w nocy poduczy się do zajęć.

Pierwsza prosta prawda brzmiała: tu się tankuje na okrągło, w dzień paliwo, w nocy piwo. Autorem prostej prawdy był kierownik zmiany, przez którego przemawiała sama mądrość życiowa. Fakt, o czytaniu można było zapomnieć. Tankujący przesuwali się jak na taśmie. Za to socjologię picia Marzena mogłaby już sama wykładać. Przestali ją dziwić dobrze ubrani klienci, wpadający zimą po whiskacza w samych kapciach. Wiedziała, że garści moniaków od pana Zdzisława za puszkę piwa nie trzeba przeliczać, bo będzie co do grosza – a jakby miało nie być, to uczciwie powie.

Połowę klientów stanowili młodzi i anonimowi; nomadzi alkoholowi, których szlak przeciął się w tym akurat miejscu.

Stacje benzynowe przejęły rolę socjalistycznych melin. Sprzedają non stop. Ale alkohol można dziś kupić wszędzie, średnio w mieście – w promieniu 100 m od domu, a w nocy – 200 m. Przez ostatnie ćwierć wieku prawie potroiła się i co roku rośnie liczba punktów sprzedaży. Pod koniec komuny było ich 55 tys., w 2012 r. już 152,5 tys. – jeden na 254 osoby.

Handel idzie, a my bijemy rekordy w piciu. Choć dzisiejsze oficjalne statystyki sprzedaży zaniżają rzeczywiste spożycie do ponad 9 l przeliczeniowego stuprocentowego spirytusu. W praktyce należy dodać kilka litrów z przemytu oraz nielegalnej rodzimej produkcji i sprzedaży – z 13 l spirytusu na głowę nie będziemy już w środku europejskich tabel, ale bliżej wierzchołka. Z badań WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) wynika, że Polska ma najwyższe spożycie nielegalnego alkoholu spośród wszystkich państw UE.

W kraju długo lekceważono te rzeki lewego alkoholu, aż pod koniec 2012 r. w Czechach wybuchła afera wódczana. Trefnym alkoholem śmiertelnie zatruło się tam 38 osób, w Polsce też było kilka zgonów. Gdy czeskie władze zaczęły sprawdzać każdą niemal butelkę, w osłupienie wprawiła wszystkich ilość sfałszowanego alkoholu, pochodzącego m.in. z Polski; naszym chemikom skutecznie udawało się neutralizować wszystkie substancje chemiczne, stosowane do skażania spirytusu technicznego. – Na ścianie wschodniej są całe wsie, w których sprzedaje się zaledwie kilkanaście butelek mocnych alkoholi rocznie. Właściciele wprost mówią, że więcej nie biorą, bo z lewizną cenowo nie wygrają – mówi przedstawiciel branży.

Ale najbardziej statystyki winduje piwo. Przez część pytanych Polaków w ogóle nieuważane za alkohol. Ankieterom mówią, że nie piją. A dwie rubryki dalej – że dwa piwka na dobranoc. Tego piwa idzie prawie 100 l rocznie na głowę. Trzy razy więcej niż w końcówce lat 80. Pijemy więc dziś jeszcze więcej niż za komuny.

Małpka z rana

Nawet jeśli zbiorowe odczucie jest takie, że się ucywilizowaliśmy, bo pijanych na ulicach mniej niż kiedyś. Przewrotnie, w wielkomiejskich biurowych środowiskach alkohol jest dziś tabu. Z kraju, w którym sowicie oblewało się każde biurowe urodziny, awansowaliśmy do grupy cywilizowanej – w pracy nie wypada i nie można. Za to szybką małpkę przed czy po pracy, czemu nie.

Nawet najlepsi językoznawcy mają problem z ustaleniem, jak to się stało, że na wódkę w małych buteleczkach mówi się w Polsce małpki. Słowo to pojawia się już u Gałczyńskiego pod koniec lat 40. Ale małpki największą karierę zrobiły w III RP. A konkretnie w 2009 r., kiedy do kraju przyszedł kryzys. Ich sprzedaż ciągle rośnie. Spece od marketingu uznali, że skoro Polaków stać na mniej, to trzeba im tego mniej sprzedawać jak najwięcej. Lider rynku Stock Polska Spółka z o.o. jako pierwszy poszedł w małpki na całego. Obecnie w tej formie sprzedaje 25 proc. całej produkcji. Wygrał nie tylko opakowaniem, ale też zawartością, bo wprowadził całą linię kolorowych wódek. Zaledwie trzydziestoparoprocentowe, słodkie i smakowe – cytrynówki, wiśniówki, żurawinówki, pig­wówki, ananasówki. Smakosze twierdzą, że ich walory smakowe są na poziomie ich ceny. Ale konsument je pokochał, bo okazały się na każdą kieszeń i każde gardło. Małpką leczy się kaca, podtrzymuje ciąg, poprawia humor przed spotkaniem, dodaje elementu baśniowego na spacerze.

Inaczej w weekendy, wtedy skuć się do nieprzytomności wypada jak najbardziej, byle we własnym gronie i dyskretnie. W ramach binge drinking (z ang. hulaszcze, pijackie picie) – zwykle z kolegami z pracy albo znajomymi.

Marcin, 34-latek, singiel, dobrze zarabiający pracownik międzynarodowej korporacji, spotyka się ze znajomymi prawie co piątek wieczorem w celu odreagowania stresu z całego tygodnia. Najpierw klub, po północy zmiana lokalu na mieszkanie kolegi bądź koleżanki. Z przystankiem na stacji benzynowej w celu zakupowym. Każdy kupuje dla siebie to, co będzie pił – taki zwyczaj. – Zajęcia odbywają się w grupie 56-osobowej, bo tak jest bezpieczniej – wyjaśnia Marcin. – Żeby jak Hendrix czy Janis Joplin nie udusić się własnymi wymiocinami. Albo żeby ktoś chwycił za kołnierz, zatrzymał, kiedy po trawce zechce się wyjść na miasto albo pospacerować po gzymsie. Nad ranem, po krótkiej drzemce, taryfa nach hause i do łóżka. – W sobotę można podleczyć się browarem – instruuje Marcin – ale nie więcej niż dwie butelki, no, góra trzy. W niedzielę dłuższy spacer, przebieżka albo godzina w fitness klubie. – No i w poniedziałek wymoczeni, ogoleni i odprasowani stajemy do nowych zadań – opowiada.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną