Społeczeństwo

Zadymka

Co dalej z e-papierosami?

W Polsce e-papierosy pali już ponad milion osób. W Polsce e-papierosy pali już ponad milion osób. Bill O'Leary/The Washington Post / Getty Images
Elektroniczne papierosy pali już w Polsce ponad milion osób. Słownik Oxford Dictionary wyraz „vape” (znaczy tyle, co „zaciąganie się dymem i wypuszczanie go z ust”) uznał tymczasem za najpopularniejsze słowo 2014 roku.
E-papierosy na pewno są mniej szkodliwe od tradycyjnych.B. Boissonnet/BEW E-papierosy na pewno są mniej szkodliwe od tradycyjnych.
W niektórych krajach zakazano palenia e-papierosów w miejscach publicznych. W Polsce, zakaz taki obowiązuje w środkach komunikacji miejskiej w Warszawie, Wrocławiu i Krakowie.Michael Dorausch/Wikipedia W niektórych krajach zakazano palenia e-papierosów w miejscach publicznych. W Polsce, zakaz taki obowiązuje w środkach komunikacji miejskiej w Warszawie, Wrocławiu i Krakowie.

Słowem 2014 roku jest „vape” uznał prestiżowy Oxford Dictionary. W zeszłym roku zwyciężyło „selfie” (dla porównania: polskim słowem 2013 roku był wyraz „gender”).

„Vape” to czynność wdychania i wydychania dymu z elektronicznego papierosa. Informację o wyborze słowa roku poprzedziła dyskusja na temat powszechności e-papierosów: w samych Stanach Zjednoczonych liczba „dymiących” nastolatków potroiła się w ciągu zaledwie dwóch lat. 

Jak to o nas świadczy i co mówi o naszych czasach? Zastanawiają się publicyści. I czy „dymienie” można by uznać za polskie słowo roku? Poniżej tekst, który ukazał się w POLITYCE w czerwcu 2014 roku.

*

Elektroniczne papierosy pali już w Polsce ponad milion osób. Mimo to ich skład i jakość nie są kontrolowane ani nawet badane. Za to urzędnicy spieszą z zakazami. A za wszystkim stoją interesy koncernów tytoniowych i farmaceutycznych.

Do niedawna widok palacza wypuszczającego dym z czegoś w rodzaju dużego długopisu budził sensację. Dziś wapowanie (z ang. vapor – para) – czy z polska chmurzenie – opatrzyło się. I mimo że po endsy (z angielskiego: electronic nicotine delivery systems, elektroniczny system dostarczania nikotyny) sięga od siedmiu lat coraz więcej osób, wciąż więcej jest pytań niż odpowiedzi. Ministerstwo Zdrowia nie zleca żadnych badań, e-papierosy w świetle polskiego prawa nie różnią się niczym od np. latarki. Nie są żywnością, lekiem, suplementem diety ani produktem tytoniowym, więc do momentu wdrożenia dyrektywy unijnej stosuje się do nich ustawę o ogólnym bezpieczeństwie produktów – mówi Jan Bondar, rzecznik głównego inspektora sanitarnego. – W związku z tym z mocy prawa podpadają pod inspekcję handlową i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta, a inspekcja sanitarna nie ma żadnych podstaw, by interesować się ich składem. Choć trzeba uczciwie przyznać, że nie odbiegamy w tej kwestii od reszty świata. Tam podobnie – rządy i administracja albo nie robią nic, albo wprowadzają zakazy pod hasłem, że skoro nie wiadomo, jaki wpływ na zdrowie ma chmurzenie, na wszelki wypadek lepiej tego w ogóle zabronić.

W Australii, Hongkongu, Brazylii i Finlandii można posiadać e-papierosa na użytek własny, ale kupować go wolno tylko za granicą. W Holandii jest zakaz reklamy, w niektórych amerykańskich stanach nie wolno e-dymić w miejscach publicznych. W Polsce w kilku miastach (m.in. w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie) wprowadzono zakaz używania e-fajek w środkach komunikacji miejskiej.

Dopiero teraz zjawisko dostrzegła Unia Europejska, uchwalając w lutym tego roku dyrektywę regulującą podstawowe kwestie, jak np. maksymalna moc liquidów (płyny do e-papierosów zawierające nikotynę) czy niewłączanie e-papierosów do grupy leków. Mimo starań jednej z brytyjskich posłanek, lobbującej w imieniu koncernów farmaceutycznych, by je za lek uznać – z całym obciążającym bagażem prawnym. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) i amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków też na razie jedynie szykują się do zajęcia stanowiska. Ostrożność instytucji jest duża, ale też chodzi o naprawdę duże pieniądze. Publiczne – bo na wyroby tytoniowe jest akcyza, a można by liquidy do nich zakwalifikować. I prywatne – koncernów tytoniowych i farmaceutycznych, tracących miliardy z powodu e-papierosów.

Niebo i ziemia

Małgorzata, sekretarka profesora medycyny, przeszła na e-papierosa dwa lata temu, razem z szefem. Profesor, nałogowy palacz z kilkudziesięcioletnim stażem, przez tydzień studiował prace amerykańskich kolegów i uznał, że warto. Wcześniej przez 25 lat próbował rzucać nałóg wiele razy, wszelkimi dostępnymi metodami, łącznie z farmakoterapią, ale bezskutecznie. Teraz co prawda rzucili tylko klasyczne papierosy, ale profesor uspokaja: trują znacznie mniej. I – co podkreśla Małgorzata – nie śmierdzą. Więc już nawet nie czyta nowych doniesień o tym, że właśnie znaleziono w liquidach jakąś szkodliwą substancję. Bo – jak mówi profesor – nic nie przebije na wskroś przebadanej, uczciwie akcyzowanej, rakotwórczej chmury z prawdziwego peta.

Mimo że rządy i politycy niechętnie wydają pieniądze na badania naukowe, co nieco już udało się ustalić.

W tradycyjnym dymie papierosowym jest ponad 5,6 tys. różnych chemicznych związków, toksycznych i kancerogennych. I nie chodzi tylko o te, które powstają w procesie spalania, jak choćby rakotwórcze substancje smoliste, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne czy tlenek węgla, który powoduje przemianę hemoglobiny w karboksyhemoglobinę, utrudniając proces oddychania i funkcjonowanie układu sercowo-naczyniowego. Same papierosy są naszpikowane chemią, bo do tytoniu w procesie produkcyjnym dodawanych jest wiele trujących związków. Także takich, które sprawiają, że szybciej się od nikotyny uzależniamy, np. pochodne amoniaku zwiększają ilość dopaminy wydzielanej w mózgu palacza (tak działa nikotyna, to jest ten układ nagrody), a więc wzmacniają uzależnienie.

Aerozol, jaki wytwarza się z płynu stosowanego w e-papierosach, ma zaledwie kilka składników: nikotyna (silnie uzależniająca neurotoksyna, jednak nierakotwórcza, no i przede wszystkim obecna także w papierosach), woda, glikol propylenowy lub gliceryna albo mieszanina tych związków, a także od kilku do kilkunastu substancji zapachowo-smakowych, dopuszczonych atestem do stosowania w kosmetykach i artykułach spożywczych. – To jak niebo i ziemia – mówi prof. Andrzej Sobczak, który w Instytucie Medycyny Pracy i Zdrowia Środowiskowego w Sosnowcu oraz na Wydziale Farmaceutycznym Śląskiego Uniwersytetu Medycznego od pięciu lat bada, czy e-papierosy są bezpieczne.

Problem tylko w tym, że składniki liquidu podgrzewane są w elektronicznym papierosie do temperatury 200 st. C. – Mamy dowody wskazujące, iż w przypadku podgrzania gliceryny pojawiają się ślady formaldehydu, akroleiny i acetaldehydu, a zatem związków kancerogennych, toksycznych – mówi prof. Sobczak. – Jednakże ich stężenia, przynajmniej w niektórych liquidach, są minimalne, dziesięciokrotnie mniejsze niż progowe stężenie formaldehydu w powietrzu, przy którym ponad 50 proc. osób odczuwa podrażnienie błon śluzowych. Nie mówiąc już o tym, że w spalinach jest go kilka razy więcej.

Wiadomo, że szkodliwość płynów z zawartością gliceryny jest większa w tanich i niesprawdzonych modelach e-papierosów, które podgrzewają dym do bardzo wysokiej temperatury, uwalniając akroleinę. Wiele liquidów nie zawiera gliceryny, nośnikiem jest tylko glikol propylenowy. Ale o nich też nie można powiedzieć, że są w 100 proc. bezpieczne, chociaż glikol stosowany jest w produktach spożywczych, farmaceutycznych oraz kosmetycznych, a nawet w inhalatorach przepisywanych pacjentom po operacjach płuc. – Jednak lek używamy tylko przez kilka tygodni – mówi prof. Sobczak. – Po prostu nie wiemy, jak zareagują płuca na dawki glikolu serwowane non stop przez wiele lat. Naukową wiedzę na ten temat będziemy mieć za jakieś 10 lat.

Reasumując: nie można twierdzić, że e-papierosy są bezpieczne. Z dużym prawdopodobieństwem natomiast, że są zdecydowanie mniej szkodliwe od tradycyjnych.

Fakty i mity

To, czego wciąż nie wiemy, to jakie skutki długofalowe przyniesie inhalowanie aerozolu z e-papierosów. Od kilku lat badają to włoscy naukowcy pod kierunkiem prof. Riccardo Polosy z Uniwersytetu w Katanii i na razie nie stwierdzili efektów ubocznych, poza krótkotrwałym kaszlem i suchością w gardle. Dr Konstantinos Farsalinos z University Hospital Gathuisberg w Belgii bada natomiast, jak e-papierosy oddziałują na układ krążenia. Nie stwierdził różnic w zakresie parametrów hemodynamicznych między osobami niepalącymi a użytkownikami e-papierosów. O wiele gorzej natomiast wypadają palacze tradycyjnych papierosów.

Ponieważ mało jest badań, nie ma też regulacji i norm. Na temat e-palenia gęsto za to od plotek i niesprawdzonych informacji. Mirosław Dworniczak, dr chemii, po godzinach guru polskich e-palaczy, na swoim blogu StaryChemik cytuje najbardziej absurdalną – o tym, że e-palaczom zbiera się woda w płucach (niby z tej wdychanej pary), którą w szpitalu trzeba odsysać. Ale są i mniej absurdalne, jak np. informacja pochodząca od rzecznika Ministerstwa Zdrowia, cytowanego przez media, o badaniach niemieckich uczonych, którzy w powietrzu wydychanym przez e-palaczy znaleźli m.in. aceton, formaldehyd czy izopren. – Związki te w podobnych ilościach znajdują się też w powietrzu wydychanym przez zdrowe osoby, które nie paliły i nie używały e-papierosów. Podejrzewany o rakotwórczość formaldehyd jest jednym z naturalnych metabolitów w organizmie człowieka – rozprawia się na blogu z tym alarmującym doniesieniem Dworniczak.

Przeciwnicy e-papierosów, którzy chcą zakazać ich używania w miejscach publicznych, wciąż analizują, co jest w wydychanej przez e-palaczy parze. A więc: śladowe ilości nikotyny. Zbyt małe co prawda, by spowodować uzależnienie osoby przebywającej w tym samym pomieszczeniu, ale lepiej na zimne dmuchać. Igor Radziewicz-Winnicki, wiceminister zdrowia, zauważa, że w parze wydychanej przez e-palaczy znajduje się niewchłonięta nikotyna, glikol lub inne substancje pomocnicze o nie do końca poznanym wpływie na zdrowie. Jednym słowem – plwocina. Ponadto, zdaniem wiceministra, inhalacja może ułatwiać rozprzestrzenianie się drobnoustrojów chorobotwórczych, a ryzyko jest z pewnością większe w przypadku używania tych wyrobów w zamkniętych pomieszczeniach. Już w 1942 r. odkryto jednak (i opublikowano wyniki badań w Rockefeller University Press), że glikol propylenowy, rozpylony w powietrzu, sterylizuje powietrze, zabijając pneumokoki, staphylokoki oraz inne mikroorganizmy, łącznie z wirusem grypy.

Kilka tygodni temu pojawiła się informacja o znalezieniu w jednym z liquidów (nie podano producenta) toksycznego i kancerogennego arsenu. Odkrycia dokonał sanepid przy okazji przesiewowego badania. – Być może to incydentalne zanieczyszczenie, bo nie ma żadnego technologicznego uzasadnienia dla obecności związków arsenu w płynie do e-papierosów – mówi prof. dr hab. Jan K. Ludwicki z Zakładu Toksykologii i Oceny Ryzyka Narodowego Instytutu Zdrowia, który opiniował wynik badania. – Ale nie wiemy tego na pewno, bo nie ma żadnego systematycznego monitoringu zanieczyszczeń płynów do e-papierosów.

A nie ma go, bo nie ma regulacji. Ciężko jest kontrolować coś, co nie podlega żadnym przepisom. Na rynku mamy mnóstwo garażowych firm produkujących liquidy ze sprowadzanych z Chin najtańszych, źle oczyszczonych komponentów, które najczęściej trafiają do sprzedaży na aukcjach internetowych.

Chiny to zresztą druga ojczyzna e-papierosów. Twórcą prototypu, powstałego w 1963 r., był co prawda Amerykanin, ale żaden z koncernów tytoniowych nie zainteresował się jego wynalazkiem. Palenie było cool, marlboro reklamował zdrowy kowboj i nikt nie mówił o szkodliwości, dopóki trzech kolejnych aktorów wcielających się w postać Marlboro Mana nie zmarło na raka. Dokładnie 40 lat po amerykańskiej premierze podobny model zbudował chiński farmaceuta Hon Lik i zarejestrował go w chińskim urzędzie patentowym. Ten właśnie uznawany jest dziś powszechnie za prototyp. Pierwszą firmą, która w 2004 r. rozpoczęła seryjną produkcję e-papierosów, był chiński RUYAN Group Ltd. Dziś większość e-papierosów i akcesoriów oraz liquidów i płynów do ich produkcji dalej pochodzi z Chin.

Zdrowie i niezdrowe chwyty

Jak miałyby wyglądać regulacje? W lutym tego roku, gdy temat podjęła Komisja Europejska, mało brakowało, by włączono e-papierosy do grupy leków i poddano je restrykcyjnym normom obowiązującym w tym sektorze, z wymuszeniem na producentach robienia badań na własny koszt. Bardzo byłoby to na rękę farmaceutycznym gigantom, zaniepokojonym stratami, jakie ponoszą w związku z e-papierosowym biznesem. Od kilku lat mocno spada bowiem sprzedaż tak zwanych produktów NRT (Nicotine Replacement Therapy – czyli pomagających zastąpić nikotynę z papierosów). Dziś ten rynek jest wart ponad 520 mln euro.

Gdyby Parlament Europejski zaakceptował proponowaną przez Komisję Europejską rezolucję, e-rynek z łatwością przejęłyby wielkie farmaceutyczne koncerny. W konsekwencji wzrosłaby cena (badania, atesty itp.), tymczasem dziś niski koszt jest niewątpliwym atutem e-palenia. Paczka tradycyjnych papierosów z banderolą kosztuje w Polsce od 11 do 14 zł, tych z przemytu (na które w czasach kryzysu przerzuciło się bardzo wielu rodaków) – ok. 7 zł, a cena płynnej dawki nikotyny, odpowiadającej paczce analogów, to zaledwie 2–2,50 zł.

Na razie Parlament Europejski zdecydował, że e-papierosy będą podlegały ustawodawstwu o ogólnym bezpieczeństwie produktów. Tymczasem w Polsce trwają prace nad nowelizacją ustawy nikotynowej. – Chcemy e-papierosy potraktować w sposób zbliżony do produktów tytoniowych – mówi wiceminister Radziewicz-Winnicki. – Przede wszystkim zakazać reklamy i sprzedaży nieletnim oraz zakazać używania w miejscach publicznych, tak by chronić osoby postronne przed wdychaniem szkodliwych substancji. Ponadto planujemy utworzyć mechanizmy umożliwiające stały monitoring jakości, składu i źródła pochodzenia wykorzystywanych w e-papierosach liquidów.

Ministerstwo nie spieszy się jednak z nowelizacją. Być może urzędnicy czekają na wynik kolejnej batalii, jaka rozegra się już w październiku? Tym razem na arenie Światowej Organizacji Zdrowia podczas Konwencji Ramowej WHO o Ograniczeniu Użycia Tytoniu. Jak wynika z przecieków, WHO chce uznać e-papierosy za zagrożenie dla zdrowia publicznego i zmierza do zakazu ich używania.

Kilka tygodni temu ponad 50 naukowców z 15 krajów zaapelowało do WHO o rozwagę. Ich zdaniem pogrzebie to rynek e-papierosów i wzmocni rynek tradycyjnych produktów tytoniowych. Niektórzy z nich zastanawiają się wręcz, czy za pomysłem WHO nie stoją wielkie koncerny. Bo jest o co walczyć: na świecie pali 1,3 mld ludzi, w tym ok. 8,7 mln Polaków, jednak rynek tradycyjnych papierosów się kurczy. Dziś wydaje się, że to kwestia lat, kiedy na całym świecie uprawa tytoniu zostanie po prostu zakazana.

Koncerny debiutują więc w rolach producentów liquidów. W grudniu 2012 r. British American Tobacco, potem Imperial Tobacco. Tymczasem Philip Morris, jeden z największych koncernów tytoniowych świata, zapowiedział wydanie 680 mln dol. na budowę nowej fabryki we Włoszech, gdzie ruszy produkcja „papierosów o obniżonej szkodliwości dla zdrowia”, w których tytoń nie będzie palony, a podgrzewany jak nikotyna w e-papierosach.

Tymczasem e-palacze organizują się i próbują walczyć o swoje prawa. W Warszawie 28 czerwca rusza pierwsze w historii Światowe Forum Nikotynowe. Finansowane – co podkreślają organizatorzy – ze składek uczestników. E-palacze z kilkunastu krajów będą się tam zapewne dopominać o wolność wyboru e-papierosów. Niespełna rok temu powstała też European Free Vaping Initiative – Europejska Inicjatywa Swobodnego Chmurzenia. Cel: zebranie miliona podpisów w całej Europie pod wnioskiem o osobny unijny projekt prawny dotyczący używania e-papierosów.

Polityka 25.2014 (2963) z dnia 15.06.2014; Społeczeństwo; s. 35
Oryginalny tytuł tekstu: "Zadymka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Służba zdrowia nie taka publiczna. Leczymy się za własne

Przeciętna polska rodzina wydała w ostatnim miesiącu z własnej kieszeni na leczenie aż 557 zł. Z odpłatnej pomocy lekarskiej nie skorzystało w tym czasie tylko mniej niż co trzecie gospodarstwo domowe.

Joanna Solska
25.02.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną