Zawodowe dylematy młodych i ich rodziców

Jest kim być
Ponad połowa Polaków sądzi, że ich dzieci będą miały gorzej niż oni sami. Narasta przeświadczenie, że trafny wybór szkoły, studiów, zawodu, rozsądne pokierowanie losem dziecka jest prawie niemożliwe. Jakby już nie było kim być, do czego aspirować. Czy na pewno?
Mirosław Gryń/Polityka

Mirosław Gryń/Polityka

Mirosław Gryń/Polityka

Państwo B., plantatorzy truskawek z Podlasia, więcej, potentaci w truskawkach, tak w nich uparcie się specjalizowali, tak żarłocznie wbijali w rynek polski i europejski, tak po nocach dokształcali internetowo i w ogrodnictwie, i w biznesie, tak – słowem – przy tych truskawkach harowali przez 30 lat od świtu do nocy, a w sezonie całodobowo, żeby synowie mieli lepiej. Kupili mieszkanie w Warszawie. Starszy syn, planowany na sukcesora profesjonalistę, poszedł na zarządzanie, rzucił po licencjacie, uznał, że po nic mu ta wiedza przy truskawkach, a w ogóle to nie jest pewny, czy chce wracać do truskawek. Snuje się po Warszawie, mieszkanie jest, wracać nie chce, zrobił kurs baristy czy kogoś takiego, dorabia po knajpach. Młodszy skończył prawo i politologię, od roku praktykuje w kancelarii z renomą; obiecano mu właśnie 1 tys. zł miesięcznie na umowę-zlecenie.

Państwo Z., pracownicy korporacyjni, płakali z dumy, gdy jedynaczka dostała się na prestiżowe międzywydziałowe studia humanistyczne. Skończyła sześć lat temu. Pracowała dotychczas przez rok na zastępstwie na uczelni. Pisze doktorat. Chwilowo nie pisze: epizod depresyjny.

Państwo W., stomatolodzy, radzili synowi medycynę, ale marzył o karierze naukowej – wybrał chemię. Doktoryzuje się. Ma 28 lat i od jesieni pierwszy dochód: 500 zł (stypendium). Pani M., właścicielka niewielkiego sklepu w centrum handlowym, jest przygotowana na sakramentalne w naszej rodzinno-biesiadnej tradycji pytanie, które na pewno padnie przy świątecznym stole (wujkowie i babcie, kuzyni i przyjaciele): no to jak tam młodzież? Powie, że syn po informatyce dostał pracę w międzynarodowej korporacji zajmującej się handlem książkami. Nie doda, że jest magazynierem.

Tysiące Polaków mają dziś kłopot z odpowiedzią na pytanie o dorastające czy całkiem dorosłe dzieci. Nie jest bowiem tak, jak marzyli. A odwiecznym marzeniem rodziców, ba, biologicznym wręcz sensem rodzicielstwa jest to, by dziecko miało lepiej niż oni. By powieliło ich pozycję albo wskoczyło na drabinie społecznej choć oczko wyżej. W tegorocznych badaniach waszyngtońskiego instytutu PEW, przeprowadzonych w 43 krajach świata, otarliśmy się o rekord rodzicielskiego pesymizmu: 53 proc. Polaków przewiduje, że ich dzieci będą miały gorzej niż oni sami.

Ta frustracja to bardzo poważna sprawa. Warto wziąć ją pod uwagę, skoro poszukujemy teraz psychospołecznych wyjaśnień dla tegorocznej gwałtownej zmiany politycznej; skoro pytamy, gdzie i dlaczego w naszym społeczeństwie nagromadziło się rozczarowanie, zawód, powszechne poczucie niespełnienia. Awans – dowodzą socjologowie – nie tylko dostarcza ludziom satysfakcji i zaspokaja poczucie własnej wartości, ale też czyni zwolennikami istniejącego ładu, systemu politycznego, rządu. Nasza kultura jest ekstremalnie prorodzinna, przesiąknięta przekonaniem, że rodzice powinni poświęcać się dla dzieci (jak dowodzą międzynarodowe badania, konkurentami są tu dla nas tylko mieszkańcy krajów arabskich). Więc przeświadczenie, że dzieci nie będą kimś lepszym niż my, że buksują w miejscu, to szczególnie gorzka dla nas pigułka.

Przez minione ćwierć wieku potrzeba zapewnienia dzieciom awansu odzywała się w Polsce z taką gwałtownością, że aż budziło to niepokój psychologów. Nigdy wcześniej młodzież nie była tak doinwestowana od wczesnego dzieciństwa, obwożona po zajęciach dodatkowych, słana do prywatnych szkół i na wielokierunkowe studia, projektowana do karier i sukcesów. No i coś pęka. Wciąż troje na każde czworo matek i ojców, i w wielkim mieście, i na wsi, pragnie dyplomu dla swoich dzieci (GUS). Wciąż 61 proc. Polaków w wieku 20–24 lat studiuje. Lecz jednocześnie 60 proc. ogółu Polaków już nie wierzy w moc dyplomu na rynku pracy (CBOS).

Młodzi zachowują się osobliwie, jakby według zasady: wszystko jedno, kim będę, i tak nie będę nikim szczególnym (może wybitnym baristą). Wśród kandydatów na UW rekordzista aplikował na 33 kierunki, w tym na: międzyobszarowe studia matematyczno-przyrodnicze, chemię, energetykę jądrową i historię sztuki. Narasta frustracja i przeświadczenie, że nie sposób dziś dokonać trafnego wyboru, właściwie pokierować losem dzieci. Jakby już nie było kim być.

Czy ten fatalizm jest uzasadniony? Dane statystyczne przekonują, że nie jest aż tak źle. Z badań losów absolwentów, prowadzonych na większych polskich uczelniach (UW, UJ, PW, SGH), wynika, że 80 proc. mężczyzn i 70 proc. kobiet już w pół roku od ukończenia studiów zdobywa pracę, a połowa – nawet etatową. Że bezrobocie wśród absolwentów wyższych uczelni jest o połowę niższe niż wśród tych, którzy poprzestali na LO (44 proc.), nie mówiąc już o zasadniczych szkołach zawodowych (połowa).

Owszem, po takich kierunkach, jak ekonomia, pedagogika, teoria marketingu i handlu, politologia czy socjologia („ranking” Ministerstwa Pracy), zwłaszcza z dyplomami słabszych, niepublicznych uczelni, trudno znaleźć pracę zgodną z kwalifikacjami, ale wciąż znacznie łatwiej niż bez dyplomu. (Inna sprawa, czy w grę naprawdę wchodzą potwierdzone papierem kwalifikacje). Zarobki też nie przedstawiają się tragicznie. Mediana pierwszej płacy po SGH to 4,2 tys. zł brutto, a po UJ – 2,8 tys. zł brutto (Sedlak&Sedlak).

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną