Społeczeństwo

Wygwizdów

Opowieść wigilijna o sołtysie geju, jego mężu i wielkim gejowskim weselu

Łukasz Włodarczyk z mężem Łukasz Włodarczyk z mężem Łukasz Włodarczyk / Facebook
O rewolucji można byłoby mówić, gdyby 32–letni Łukasz, sołtys Bobrowników, biolog i ekolog, żył z drugim Łukaszem, technikiem agrobiznesu, lat 28, na kocią łapę. Na szczęście nie jest rewolucyjnie. Był ślub, rodzina jest prawidłowa.

W Bobrownikach pod Słupskiem wieje. Przewraca stary słup telekomunikacyjny. Wciska pod stertę cegieł w poniemieckiej gorzelni strzępek ogłoszenia o spotkaniu z nowym sołtysem. Wypłukuje treść. Oszczędza adres: Club Milano. Ten sam, w którym kilka tygodni temu sołtys Łukasz Włodarczyk urządził swoje wielkie, gejowskie wesele. Z zupą dyniową i pizzą. Przebojami Zenona Martyniuka i Pet Shop Boys. Rzucaniem peruką zamiast welonem. No i tortem bezowo-wiśniowym z napisem „Łukasz i Łukasz”. Ktoś z Polski centralnej powie, że w Bobrownikach wieje nowe. Ale dla mieszkańców to tylko wiatr – norma na terenach nadmorskich i poniemieckich. Zasiedlonych przez tych zza Buga i tamtych z Akcji Wisła. 

Był ślub, rodzina jest prawidłowa

O rewolucji można byłoby mówić, gdyby 32–letni Łukasz, sołtys Bobrowników, biolog i ekolog, żył z drugim Łukaszem, technikiem agrobiznesu, lat 28, na kocią łapę. Albo gdyby obaj, zamiast prowadzić firmę ogrodniczą, siedzieli z założonymi rękami. Czy – nie daj Boże – Łukasz został przyniesiony w teczce przez polityków, a nie wybrany przez 34 na 35 głosujących. Albo – tak jak radny gminny, który musiał zrezygnować, bo wyniósł się do Słupska – gdyby chciał zarządzać wsią na odległość.

Na szczęście nie jest rewolucyjnie. Był ślub, rodzina jest prawidłowa.

Chłopaki, jak mówi się w Bobrownikach o Łukaszu i jego mężu, najpierw mieszkali z babcią Łukasza. Ona na dole starego poniemieckiego domu z widokiem na siedemnastowieczny pałac przerobiony na siedzibę holenderskiej firmy Farm Frites. Oni na strychu, z widokiem na niebo. Kiedy ktoś o nich pytał, babcia mówiła, że może i żyją jak chłop z chłopem, ale radzą sobie lepiej niż chłop z babą. Wystarczało. Nikt nie chciał wiedzieć więcej.

Po jej śmierci wyremontowali dom. Odsłonili stare cegły, dobudowali oranżerię, obok obrazu z jeleniem na rykowisku powiesili plazmę. Nowoczesną kanapę zestawili z wianowymi, ciężkimi meblami Łukasza, drobiazgami przywiezionymi przez drugiego Łukasza z rodzinnego Tarnowa. Zrobili kominek przypominający piec chlebowy z Podlasia. Stawiają na nim drobiazgi: dwa identyczne kubki z wąsami (prezent ślubny), storczyk żywy (jako ogrodnicy ciętych nie lubią), biografię prezydenta Słupska Roberta Biedronia „Pod prąd”.

Dlaczego Biedroń nie zalegalizował swojego związku?

W Bobrownikach, kwadrans drogi od Słupska, gejostwo prezydenta tego miasta się nie liczy. Ważne, że Biedroń nie wchodzi w spiski z partiami politycznymi. Nie świeci gołym tyłkiem na Love Parade. I mówi z szacunkiem o legendarnym słupskim księdzu Janie Giriatowiczu. A ten zawsze pamięta o prezydencie w ramach swojego pogotowia modlitewnego.

Jednego w Bobrownikach nie mogą zrozumieć: dlaczego prezydent do tej pory nie zalegalizował swojego związku z prawnikiem Krzysztofem Śmiszkiem? I to po 13 latach? Wystarczyłoby przecież, żeby, jak ich sołtys (od czterech lat z drugim Łukaszem), skontaktował się z internetowym wolontariuszem od homoślubów w Szkocji. Pod jego dyktando mógłby zebrać wszystkie dokumenty, czyli akt urodzenia i zaświadczenie o stanie cywilnym. Potem wpłaciłby do ratusza w Edynburgu 225 funtów. I fru na samolot. Warto się pospieszyć – mówią w Bobrownikach – dopóki Polska w Unii. Potem nie wiadomo, skąd zawieje, i szansa na małżeństwo przejdzie bokiem. Nie chodzi o dokument, ale o dowód – jakkolwiek to staroświecko zabrzmi – poważnych zamiarów.

Jeden zza Buga, a inny z Akcji Wisła

Papier nie jest ważny w Bobrownikach, bo na wygwizdów – jak się tu mówi – pod Słupskiem historia przywiała tysiące ludzi bez dokumentów.

Choć nie było zapisane, że jeden zza Buga, a inny z Akcji Wisła, do końca lat 80. porządek z historią robili tylko różni nawiani, własnymi rękami. Najczęściej na zabawach w remizach albo tuż po wypłacie w pierwszej w Polsce i długo jedynej pizzerii w Słupsku.

A potem wszystko się skończyło, rozsypało, aby w innych konfiguracjach złożyć na nowo. Polacy żenili się z Ukrainkami, Bojkowie z Dolinianami, Polki z Łemkami. Plemiona zeszły na drugi plan. Zaczęło się życie, czyli pamięć o tym, kto komu jak pomógł, a kto jak zaszkodził. I znów historia przywiała nowe problemy. Wraz ze zmianą systemu upadł zatrudniający wszystkich PGR. Ziemię zajęli Holendrzy i zrobili ze swojskiego wygwizdowa królestwo ziemniaka, który trafia – w formie mrożonych frytek – do McDonaldów w całej Polsce.

Dzięki Holendrom niektórym się udało. Dostali pracę, kontrahentów, dobrodziei. Innych, bez ziemi i szczęścia, rzuca dalej: na budowy do Niemiec, zmywak do Anglii czy do przetwórni rybnych w Norwegii. Zarabiają na remonty domów nieodnawianych od końca drugiej wojny, nowe elektryczne bramy wjazdowe, trampoliny dla dzieci. Część nadal żyje między państwami. Część wróciła. Widać ich na pokopkach, festynach, dożynkach. Zapełniają kościół w Damnicy podczas corocznych koncertów wigilijnych. Na wygwizdowie nie mówią o tym jak w Polsce centralnej: patriotyzm lokalny. Nikt nie używa słów władza, suweren, rozliczenia. Wystarcza: zasiedzenie. I przyzwoitość.

Cechy sołtysa idealnego

Wójt Damnicy, pod którą podlegają Bobrowniki, wymienia pięć cech sołtysa idealnego. Zdrowy rozsądek. Zaangażowanie. Znajomość natury ludzkiej. Ugodowość. Umiejętność łączenia ponad podziałami. Zdaniem wójta sołtys Łukasz Włodarczyk wszystkie te cechy posiada. I ma jeszcze jedną: nie jest roszczeniowy.

Bobrowniki objął po schorowanej poprzedniczce. Zastał rozgrzebane inwestycje i skromny budżet. Zrobił, co się dało, najlepiej jak można. Tak długo dzwonił do telekomunikacji, aż elektrycy wymienili powalony przez wichurę stary, drewniany słup. Dopilnował, żeby przed jesiennymi roztopami brukarze dociągnęli i załatali w jednym miejscu chodnik do przystanku.

Kobiety się cieszą, że mogą jechać do urzędu albo na zumbę w czystych butach. Szansa, że mężczyźni idąc chodnikiem na mecz Polonez Bobrowniki kontra Rowokół Smołdzino, w nic nie wdepną, też wzrosła, bo Łukasz zaczął prowadzić chałupniczy monitoring. Przy okazji codziennego biegania robi zdjęcia okolicy. Fotografuje porzucone worki ze śmieciami, wrzuca na FB sołectwa. Ktoś protestuje przeciwko takiej inwigilacji, ale większość jest zadowolona. I odpowiada na apele idące via FB. Czyli w czynie społecznym stawia grille na placu zabaw. Aby było ładniej, przesadza tuje, puszcza wzdłuż ogrodzeń winobluszcz, w starych oponach robi rabaty.

Dla rozwoju osobistego korzysta z zaproszenia sołtysa na musical o wykluczonych „Szepty serc”, zgłasza się na wspólny wyjazd na gminną wigilię do szkoły w Damnicy. A kiedy Łukasz wrzuca na FB apel o zbieranie ozdób choinkowych (pan Kazik, leśniczy z Lipna, daje za darmo drzewka), zamienia wygwizdów w rozświetlone Chicago z filmu „Kevin sam w domu”.

To nie komedia familijna

Ktoś z Polski centralnej powie, że życie na wygwizdowie nie może być komedią familijną. Tu nie zdarzy się happy end. Czyli po ogólnopolskim coming-oucie Łukasz jako samorządowiec straci na wiarygodności. Club Milano – do tej pory powiatowa mekka disco polo słynna z darmowych zestawów startowych gorzka żołądkowa plus napój – splajtuje przez zorganizowanie wielkiego gejowskiego wesela. Polonez Bobrowniki spadnie na dno tabeli A klasy, a tulipanowce amerykańskie zasadzone przez sołtysa na placu zabaw zostaną wyrwane z korzeniami przez bojówki narodowców.

Ale na wygwizdowie tak to nie działa. Kiedy informacja o sołtysie i jego mężu pojawiła się na Pudelku, uczniowie Łukasza (akurat miał zastępstwo za nauczyciela biologii w jednej ze szkół w Słupsku) pogratulowali mu odwagi. Na wieść o ślubie pani sekretarz i wójt gminy złożyli młodej parze serdeczne życzenia wszystkiego dobrego na nowej drodze życia. A kiedy Łukasz wpadł do pizzerii Damnianek (w pobliskim Damnie), usłyszał, że mieszkańcy chcieliby, żeby wystartował w lutowych wyborach uzupełniających do rady gminy.

Koło tej samej pizzerii miał jedyną w swoim życiu – jak mówi – przygodę homofobiczną. Na jego widok jeden z zawianych rzucił do drugiego: chowaj dupę. Ale to było jeszcze przed ślubem w Edynburgu i wielkim, gejowskim weselem. Teraz wszyscy w Bobrownikach wiedzą, że chłopaki traktują się poważnie. Dlatego wypadałoby traktować ich tak samo.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną