Zabójcy z sąsiedztwa

Sąsiedzi
Kasia ma 15 lat. Wygląda na dziecko. Piotr, który porwał ją spod szkoły, wcześniej zaczepiał jedenastolatki. Prokurator uznał wtedy, że propozycje przejażdżki do lasu nie wyczerpały znamion przestępstwa.
Pierwsi na miejsce dotarli bracia Kasi. Gdyby dopadli porywaczy, pewnie by zabili.
Lawrence Gill Salgado/EyeEm

Pierwsi na miejsce dotarli bracia Kasi. Gdyby dopadli porywaczy, pewnie by zabili.

Ojciec dziewczynki usłyszał od dyżurnego Policji, że musi przyjechać osobiście złożyć zawiadomienie.
Daniel Frymark/Forum

Ojciec dziewczynki usłyszał od dyżurnego Policji, że musi przyjechać osobiście złożyć zawiadomienie.

audio

AudioPolityka Agnieszka Sowa - Sąsiedzi

Tym razem Piotr przyjechał samochodem. I nie sam, a z młodszym o 6 lat Jakubem, wioskowym głupkiem, jak go w Jabłonce Kościelnej nazywają, bo 23-latek ma stwierdzoną niepełnosprawność intelektualną. Kasia nie miała szans. Był koniec marca, środa, kilka minut po drugiej. Kasia wyszła na szosę po skończonych lekcjach. Do domu miała blisko, 500 może 700 m. Wtedy zajechał jej drogę samochód. Piotr i Jakub siłą wciągnęli do auta swoją ofiarę.

Sąsiadka zza miedzy widziała tę scenę z samochodu. Nie wierzyła własnym oczom, ale widziała wyraźnie, że dziewczynka się zapiera, a dwaj mężczyźni ją szarpią i wciągają do auta. To trwało dosłownie sekundę. Kasię, koleżankę córki z klasy, poznała bez żadnej wątpliwości. Mężczyzn – nie. Zauważyła tylko, że samochód był czerwony.

Od razu złapała za telefon i zadzwoniła do najstarszego brata Kasi. Szczęśliwie miała jego telefon w pamięci swojej komórki, bo czasem prosiła sąsiadów o jakąś pomoc w polu. Brat, gdy usłyszał, że Kasię porwali i jakim samochodem, od razu zorientował się, że przed chwilą na drodze minęli z ojcem właśnie ten samochód. Czerwony opel, na białostockich numerach, jadący w stronę lasu. Jak się mijali na szosie, tamto auto dziwnie zatańczyło, jakby na chwilę ktoś stracił panowanie nad kierownicą. Brat z ojcem ruszyli w pościg. Brat prowadził, a ojciec dzwonił. Zaczął od policji. Od dyżurnego usłyszał, że musi przyjechać osobiście złożyć zawiadomienie.

W tym czasie Sąsiadka zza miedzy dowiozła do domu swoją córkę i roztrzęsiona też zaczęła dzwonić. Na policję, potem po innych sąsiadach. W końcu wsiadła w samochód i ruszyła w stronę lasu. Już jadąc, zadzwoniła do sołtyski Tyborów-Trzcianki, żeby się dowiedzieć, czy jej córka wróciła do domu, bo może też była w czerwonym samochodzie? Przeważnie wracała ze szkoły z Kasią, ale tamtej dziewczynki w samochodzie Sąsiadka nie widziała. Na szczęście jej nie było.

Sołtyska akurat tego dnia zwolniła swoją córkę z ostatniej godziny zajęć. Odebrała ją wcześniej, bo musiała zmienić dziewczynę, która z nią pracuje w sklepie. Więc gdy Sąsiadka zza miedzy zadzwoniła, Sołtyska była w swoim sklepie w Tyborach-Kamiance. Jak stała, zamknęła sklep i wsiadła w samochód. Pognała w stronę lasu, a po drodze skrzykiwała, kogo się dało. W ciągu kilku minut z kilku wsi leżących na obrzeżach lasu wyruszyło kilkanaście samochodów. W ponad godzinnym pościgu brało udział około 40 mieszkańców.

Myśliwy z Kołaków Kościelnych, wsi położonej po drugiej stronie lasu, ale raptem o 9 km od miejsca porwania, o wszystkim dowiedział się od syna. Syn myśliwego od trzech lat chodzi do starszej siostry Kasi. Żenić się chyba będą. Gdy zadzwonił telefon, myśliwy właśnie wrócił z polowania. Rano tego dnia lał deszcz, więc zamiast na pole poszedł do lasu. Przyjechał do domu na obiad. Syn kazał mu zaraz jechać, szukać czerwonego opla. Sam już tam jechał. Nie jedząc obiadu, złapali kurtki i pobiegli do samochodu – myśliwy, za nim jego żona.

Do południa mocno padało, więc drogi bite, leśne, były mokre i jeszcze niezjeżdżone. Można było szukać po śladach. W okolicach Kamianki kręciło się już kilka samochodów. Myśliwy postanowił podjechać z innej strony. – I tak miarkowałem, gdzie mogli pojechać – opowiada. – Wyjechaliśmy na szosę, którą uciekali, i patrzyliśmy, czy gdzieś jeszcze są świeże ślady. Wypatrzyli prowadzący w prawo. Pojechali spory kawał w las, zobaczyli świeżo ścięte drzewa i na tym dróżka i ślad się kończyły. Wrócili do szosy, ujechali kawałek: drugi ślad. – Widać było, że ktoś bystro skręcał i że tylko jeden samochód przejechał – mówi myśliwy.

Na każdej krzyżówce i rozstajce przystawali, a myśliwy wysiadał z samochodu, żeby sprawdzić, w którą stronę prowadzą ślady opon. Ujechali tak ze dwa kilometry. Kolejna krzyżówka i myśliwy zorientował się, że już tu byli, tylko od drugiej strony. Mieli wracać, gdy zobaczył, że od jednej z dróg leci jeszcze na bok taka mniejsza dróżka. Wychylił się i wtedy w oddali zauważył coś czerwonego. Poszedł w tamtą stronę z dubeltówką w dłoni.

Żona myśliwego nie chciała zostać w aucie i czekać. Razem przyjechali, to i razem pójdą – powiedziała mężowi. Gdy ten wystrzelił górę, na postrach, zobaczyła, że ktoś z tylnej kanapy przełazi za kierownicę. I wtedy czerwony opel z impetem ruszył prosto na nich. Mąż uskoczył w bok, opel skręcił, przejechał mężowi po stopie, a wtedy ten strzelił z dubeltówki w oponę. Samochód zarzuciło, wpadł na brzózkę i na niej się zatrzymał. Gazował, ale na próżno, zawieszony na karpie.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną