Społeczeństwo

Słowa, które bolą

Skąd się bierze mowa nienawiści i jak z nią walczyć

Wokandapix / Pixabay
Rozmowa z prof. Iwoną Jakubowską-Branicką o pozornej wolności słowa, o druzgocącej sile nienawistnego języka.
„W krajach demokracji liberalnej stosowanie mowy nienawiści karane jest przez prawo cywilne lub karne albo też przez oba”.Kagenmi/PantherMedia „W krajach demokracji liberalnej stosowanie mowy nienawiści karane jest przez prawo cywilne lub karne albo też przez oba”.
„Narracje nienawiści oparte na manichejskim obrazie świata szerzą nienawiść, nazywając ją bohaterstwem”.Genevieve Laplante/Getty Images „Narracje nienawiści oparte na manichejskim obrazie świata szerzą nienawiść, nazywając ją bohaterstwem”.
Prof. dr hab. Iwona Jakubowska-Branickamateriały prasowe Prof. dr hab. Iwona Jakubowska-Branicka

Artykuł w wersji audio

Ewa Wilk: – Obelgi, inwektywy, epitety. Język polityki i internetowych forów jest nimi przesiąknięty. Jakby ludzie przestawali używać ludzkiej mowy, posługują się już tylko mową nienawiści. Dlaczego ten rynsztok spowszedniał, dlaczego zapanował jakiś powszechny fatalizm, że z tym nie da się już nic zrobić?
Iwona Jakubowska-Branicka: – Mowa nienawiści nie jest pojęciem jednoznacznym, jasno zdefiniowanym. I to pomimo że od wielu lat termin ten stał się nieodłącznym elementem dyskursu publicznego. Przedstawiciele różnych frakcji politycznych używają go głównie dla określenia wypowiedzi oponentów. Epitety takie jak idiota czy zdrajca, rzucane przy najróżniejszych okazjach, bywają określane tym właśnie mianem.

W Wikipedii znajdziemy taką definicję: „Mowa nienawiści (hate speech) – używanie języka w celu znieważenia, pomówienia lub rozbudzenia nienawiści wobec osoby czy grupy osób lub innego wskazanego przez mówcę podmiotu. Jest ona narzędziem rozpowszechniania uprzedzeń i dyskryminacji ze względu na rozmaite cechy, jak: rasa, pochodzenie etniczne, narodowość, płeć, tożsamość płciowa, orientacja psychoseksualna, wiek, światopogląd religijny”.

A kiedy ktoś mówi np. o genie zdrady lub ukrytej opcji niemieckiej, a więc ów dyskryminowany podmiot jest dość niekonkretny, to mieści się to w definicji mowy nienawiści?
Można wyróżnić cztery poziomy zjawiska określanego terminem mowa nienawiści. Pierwszy to tak zwany hejt, o którym mowa najczęściej w kontekście internetu. Polega na określaniu podmiotów, na które skierowany jest atak, przy pomocy słów niecenzuralnych, przekleństw wyzwisk. Mówiąc kolokwialnie, to po prostu bluzg.

Po drugie, mową nienawiści jest obraźliwe zwracanie się do kogoś przy pomocy słów definiujących przynależność do grupy mniej lub bardziej dyskryminowanej społecznie, np. „ty pedale”, „ty Żydzie” itp. Nie ulega wątpliwości, że taka definicja jest nie tylko dezawuująca, ale jest również przygotowaniem do kategoryzacji świata wedle kryterium wybranego przez nadawcę komunikatu.

Trzeci poziom to opisana przez Timothy’ego G. Asha i Susan Benesch niebezpieczna mowa (dangerous speech), czyli nawoływanie do przemocy, do zbrodni. W polskiej rzeczywistości do tej kategorii można zaliczyć np. hasła wykrzykiwane w marszach ONR: „Śmierć wrogom ojczyzny”, „Znajdzie się kij na lewacki ryj”, „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”.

Jest wreszcie czwarty poziom. Wydaje się, że źródłem największego niebezpieczeństwa są – jak je nazywam – narracje nienawiści, to znaczy propagowanie określonego obrazu świata. Taki typ opowieści o świecie był upowszechniany w propagandzie państw totalitarnych, faszystowskich Niemiec, stalinowskiego Związku Radzieckiego. Niestety, jest również obecny w debacie współczesnej.

W niej każdy, kto myśli inaczej niż ja, jest właśnie jakąś ukrytą, zdradziecką, genetycznie uszkodzoną opcją?
Literatura naukowa poświęcona temu problemowi jest szeroka; najpełniej zanalizował cechy takich opowieści o świecie Michał Głowiński na przykładzie dyskursu antysemickiego (w tekście „Zawsze to samo”). Jako jego pierwszą i podstawową cechę wymienia podział dychotomiczny, manichejski, czyli bezwzględny podział na nas i was. Kryteria tego podziału mogą być różne, w zależności od miejsca i czasu. W dyskursie antysemickim będzie to przynależność do „rasy” Żydów, w dyskursie antyuchodźczym – przynależność do grupy uchodźców lub po prostu bycie Arabem. Podziały manichejskie są też obecne we wszelkich narracjach pseudopatriotycznych i pseudoreligijnych – na prawdziwych i nieprawdziwych przedstawicieli jakiegoś narodu (Niemców, Francuzów, Polaków itd.) czy też prawdziwych i nieprawdziwych wyznawców jakiejś wiary.

Często wystarczy również światopogląd odmienny od propagowanego przez niedemokratyczne władze czy też orientacja seksualna. Nie bez powodu pierwsze obozy koncentracyjne w faszystowskich Niemczech przeznaczone były dla przeciwników politycznych i gejów. Tak skonstruowany manichejski obraz świata zawiera wszechogarniającą aksjologizację rzeczywistości, a podziały między grupami są nieprzekraczalne. Wszystko, co związane jest z grupą MY, jest dobrem i prawdą, wszystko, co związane z grupą ONI – złem, kłamstwem, a każdy zaliczony do grupy ONI określany jest mianem wroga.

Kiedy niedawno władze Opola odwołały Festiwal Piosenki, bo wielu artystów odmówiło w nim udziału, protestując przeciw manipulacjom prezesa TVP, Piotr Gliński, wicepremier i minister kultury, tłumaczył to radiosłuchaczom wyłącznie prowokacją opozycji politycznej. Czy świat w takiej nienawistnej narracji jawi się jako nieustanne knowania ONYCH?
Głowiński jako drugą cechę typową dla tego typu narracji wymienia właśnie spiskowe widzenie świata. Ci, którzy znajdują się po drugiej stronie, w tym wszechogarniającym, dychotomicznym podziale, nie tylko reprezentują zło, stając się jego wcieleniem, ale też aktywnie to zło szerzą, dążąc do narzucenia go innym na wszelkie możliwe sposoby, spiskując i robiąc to podstępem. I tak np. w dyskursie antysemickim Żydzi oskarżani są o całe zło tego świata, stalinizm, komunizm, kryzysy ekonomiczne itd., w dyskursie faszystowskim i stalinowskim – wszyscy ci, którzy nie afirmują totalitarnej władzy.

Nienawistna narracja nie dopuszcza więc ewentualności, że człowiek jest indywidualnością, działa autonomicznie?
Nie. Kolejną cechą nienawistnych narracji są bowiem uogólnienia. Świat jest tu konsekwentnie bezpodmiotowy, nie występują w nim poszczególne jednostki, pojawiają się jedynie reprezentanci stron: szlachetni, jeżeli przynależą do grupy MY, oraz źli, okropni i groźni – przynależący do grupy ONI. Zasada ta działa niemal uniwersalnie. Głowiński posługuje się karykaturalnym przykładem. Jeżeli jakiś pan Epsztain dał w knajpie po mordzie jakiemuś panu Dąbrowskiemu, to nie jest to zwykły konflikt dwóch podpitych facetów; w ten sposób Żyd zaatakował Polaka albo jeszcze wyraziściej – Żydzi napadli na Polskę. Przyjmuje się więc istnienie odpowiedzialności zbiorowej. Współcześnie wyraźnie to widać np. w dyskursie antyuchodźczym. Jeżeli Arab zgwałcił białą kobietę, w nienawistnej opowieści usłyszymy, że Arabowie gwałcą białe kobiety. Ale usłyszymy też, że Polacy w Wielkiej Brytanii piją i kradną. Cechą nienawistnych narracji są ustawiczne oskarżenia: wszyscy ONI są podłymi zdrajcami, złodziejami, mają wstrętną przeszłość i wstrętnych, występnych przodków, więc są genetycznie skażeni.

To doszukiwanie się skażenia genetycznego (np. w przypadku tzw. resortowych dzieci) wygląda dziś na jakąś obsesję sympatyzujących z władzą mediów. Skąd to ich przekonanie, że na pewno mają wyłącznie szlachetnych przodków?
Bo następną cechą tak konstruowanych opowieści jest selektywny stosunek do historii. Traktowana jest ona jako rezerwuar przykładów pozwalających demonstrować szlachetność i wspaniałość własnej grupy, co przeciwstawia się ohydzie i podłości innych grup. W takiej opowieści o świecie nie ma miejsca na mniej świetlane przykłady z własnej historii, wszystkie są skutecznie eliminowane, a przypominający je traktowani są jako wrogowie i zdrajcy.

Wiąże się to z ostatnią z cech narracji nienawiści, wymienianych przez Głowińskiego: MY uważają siebie za wyznawców jednoznacznych i ogólnie obowiązujących zasad moralnych, a jeśli mówią o niemoralności, to tylko w odniesieniu do innych. To, co sami robią, znajduje się poza wszelką refleksją moralną. Szerzenie nienawiści równa się głoszeniu prawdy, jest zatem moralnie zasadne. Chodzi przecież o walkę dobra ze złem, więc refleksja jest niemożliwa, gdyż zło należy zwalczać wszelkimi środkami i zawsze jest to czyn chwalebny.

Dlaczego uważa pani ten czwarty poziom mowy nienawiści za szczególnie niebezpieczny?
Ponieważ propagowanie nienawistnego obrazu świata jest strategią zarządzania nienawiścią polegającą na wyłączeniu członków tej grupy poza nawias podstawowych norm społecznych, w tym normy zakazującej zabijania. Postawienie po stronie zła dyskryminowanej grupy, w tym również oponentów politycznych, jak to się często zdarza, włącza działanie mechanizmu dehumanizacji. Holocaust Żydów w czasie drugiej wojny światowej, Czerwoni Khmerzy w Kambodży, konflikt Hutu–Tutsi w Rwandzie – mechanizm jest zawsze ten sam. Kaci wykonujący śmiertelne zadania w obozach koncentracyjnych Korei Północnej w filmach dokumentalnych potem mówili, że nie mieli poczucia winy. Przecież unicestwiali wrogów ojczyzny. Narracje nienawiści oparte na manichejskim obrazie świata szerzą nienawiść, nazywając ją bohaterstwem.

Jest to strategia szerzenia nienawiści najbardziej niebezpieczna, ponieważ jest anonimowa – podmiot nawołujący do nienawiści jest ukryty. Opowiada się jedynie o tym, jaki jest świat, prezentuje wygodną dla siebie wersję rzeczywistości. Ci, którzy taką nienawistną narrację o świecie przyjmą za prawdę, prędzej czy później pójdą zabijać „wroga” ojczyzny bądź religii. Historia dała liczne tego dowody.

Na pewno pójdą?
Słowa mogą inicjować przemoc, choć stopień zagrożenia takim efektem zależy oczywiście od kontekstu i sytuacji. Nie ma co do tego wątpliwości w sytuacjach ekstremalnych, gdy słowa bezpośrednio podburzają do przemocy, jak działo się to na przykład w Rwandzie: Radio Television Libre des Mille Collins zachęcało gangi morderców Hutu do zabicia setek tysięcy Tutsi (i sprzyjających im Hutu) poprzez nawoływanie do „ostatecznego rozstrzygnięcia” i do „eksterminacji karaluchów”. W wersji „łagodniejszej” będzie to wybijanie szyb w lokalu gastronomicznym prowadzonym przez „Araba”, czyli „Kebaba”, jak to miało miejsce niedawno w Ełku. Najbardziej wstrząsający był dla mnie fakt, że akty agresji i wandalizmu były przerywane modlitwą.

Politycy, głosiciele idei, fałszywi kaznodzieje we własnym interesie zarządzają często nienawiścią całych grup społecznych, doprowadzając do zbrodni, w tym zbrodni ludobójstwa. Bywa, że mową wzbudzającą nienawiść posługują się media kontrolowane przez władze. Temu celowi jest wówczas podporządkowany cały przekaz medialny, jak to miało miejsce w Serbii pod rządami Slobodana Miloševicia. Jeden z obserwatorów użył takiego porównania, tłumacząc to amerykańskiemu słuchaczowi: „Wyobraź sobie, że wszystkie główne kanały telewizyjne w USA przez ostatnie pięć lat zostały przejęte przez Ku Klux Klan”.

Nienawistna narracja – może jeszcze nie ekstremalna, ale na pewno manichejska – stała się rutynowym elementem walki politycznej we wzorcowych demokracjach liberalnych, czego dowodem są ostatnie kampanie wyborcze w Polsce, ale też USA czy Francji. Propagandowe media państwowe w Polsce stały są wręcz tubą dla takiej narracji. A wielu ludzi, nawet wyznawców demokracji liberalnej, śpi wciąż spokojnie: trudno, koszt wolności słowa, powiadają.
Wolność słowa jest jedną z podstawowych zasad konstytuujących współczesne państwo liberalne i z tego też powodu często wszelkie próby jej ograniczania traktowane są jako działania naruszające porządek demokratyczny lub wręcz typowe dla totalitaryzmu. Najbardziej spektakularnym przykładem stosowania tego typu argumentacji jest dyskusja dotycząca ograniczenia wolności słowa w internecie.

Ci, którzy opowiadają się za kontrolą treści zamieszczanych w sieci, nawet takich jak dziecięca pornografia czy właśnie mowa nienawiści, spotykają się, jakże często, z zarzutami upodobnienia się do np. władz chińskich, które kontrolują informacje zamieszczane w sieci. Liberalizm jest w tych wypowiedziach utożsamiany z niczym nieograniczoną wolnością. Nic bardziej błędnego. Język liberalizmu jest językiem praw człowieka. W liberalizm wpisana jest idea tolerancji, ale tolerancji ograniczonej prawami i wolnościami innych jednostek. Tolerancja wobec nietolerancji jest przyzwoleniem na nietolerancję. W krajach demokracji liberalnej stosowanie mowy nienawiści karane jest przez prawo cywilne lub karne albo też przez oba. Taki stan rzeczy spotyka się jednak, jak się wydaje, z coraz częstszą krytyką.

Czyż sprawy nie zaszły dalej? Czyż prawo międzynarodowe i prawa krajowe niepostrzeżenie nie zawisły na kołku? Demokracje liberalne abdykowały z ich stosowania? A może te z trudem wypracowane normy są przestarzałe, nieadekwatne do rzeczywistości?
W 1950 r. Rada Europy, pierwsza europejska organizacja powołana w celu ochrony praw jednostki, ogłosiła Europejską Konwencję Praw Człowieka, mającą charakter umowy międzynarodowej. W krótkim czasie jej sygnatariuszami zostały wszystkie europejskie państwa demokratyczne, a po 1990 r. również większość państw postkomunistycznych, w tym Polska. Nadużycie wolności słowa traktowane tam jest jako szczególnie niebezpieczne dla naruszenia pozostałych praw i wolności podstawowych przynależnych każdej jednostce, w tym prawa do życia, wolności od tortur, prawa do wolności i bezpieczeństwa osobistego czy też wolności myśli, sumienia i wyznania. Stąd np. przyjęty po drugiej wojnie światowej bezwzględny zakaz publikacji i upowszechniania „Mein Kampf” autorstwa Adolfa Hitlera i innych publikacji nawołujących do nienawiści.

Polskie prawo, zarówno konstytucja (art. 13), jak i Kodeks karny (art. 119, 256 i 257), uznaje za przestępstwo szerzenie nienawiści na tle etnicznym, rasowym i religijnym. Przedmiotem ochrony są takie wartości, jak godność i nietykalność człowieka. W komentarzu do Kodeksu karnego pojęcie znieważania jest objaśniane jako okazanie pogardy, która wyraża bardziej negatywne emocje w stosunku do osoby niż tylko lekceważenie. Przepisy prawa karnego nie wyczerpują problematyki mowy nienawiści, w żadnym jednak razie nie można powiedzieć, że prawo międzynarodowe i systemy prawa krajowego są przestarzałe i nieadekwatne do rzeczywistości. Rzecz jednak w tym, aby prawa te były stosowane przez powołane w tym celu instytucje. Nie do pomyślenia są takie orzeczenia, jak to wydane nie tak dawno temu przez sąd w Białymstoku, iż swastyka jest starożytnym znakiem pokoju i szczęścia. Znak swastyki został przedefiniowany przez faszyzm i takie ma obecnie kulturowe konotacje.

Czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić takie prawo, które precyzyjnie definiowałoby, czego w tej mierze zabronić, a co dopuścić?
Wykładnia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka czyniona przez Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu jest jednoznaczna i precyzyjna. Nawoływanie do przemocy jest traktowane jako absolutnie niedozwolone. Trybunał podkreśla, że żadne wypowiedzi wymierzone w wartości, na których oparta jest Konwencja, np. uprawianie polityki pronazistowskiej, nie mogą korzystać z prawa do wygłaszania własnej opinii. Co więcej, Konwencja wymienia aż dziewięć ograniczeń wolności słowa, koniecznych w demokratycznym społeczeństwie: bezpieczeństwo państwowe; bezpieczeństwo publiczne lub dobrobyt gospodarczy kraju; ochrona porządku i zapobieganie przestępstwom; ochrona zdrowia i moralności oraz ochrona praw i wolności innych osób; integralność terytorialna; ochrona dobrego imienia innych osób; zapobieżenie ujawnienia informacji tajnych oraz zagwarantowanie powagi i bezstronności władzy sądowej. Ratyfikowana Konwencja we wszystkich państwach demokratycznych powinna być traktowana jako nadrzędna wobec prawa krajowego, jako wzór orzecznictwa, do którego należy dążyć.

To jak możemy się przeciwstawić temu nienawistnemu rynsztokowi?
Przede wszystkim instytucje wymiaru sprawiedliwości powinny orzekać zgodnie z literą, ale i duchem obowiązującego prawa. Przepisy prawne nie powinny istnieć jedynie na papierze. Ponadto konieczna jest edukacja społeczeństwa. Wiele lat poświęciłam (nie ja jedna) na próby wprowadzenia do szkół edukacji o tolerancji i prawach człowieka. Niestety, bezskutecznie. Gdyby tak jak w państwach skandynawskich wyjaśniano niemalże od przedszkola zasady funkcjonowania współczesnej demokracji liberalnej, wówczas społeczeństwo byłoby świadome, że bluźnierstwem jest nie tylko ośmieszanie katolickiego Boga, ale również publikacja karykatur gołego Mahometa.

A co by się stało, gdybyśmy jednak przystali na kompletnie nieograniczoną wolność słowa?
Charakterystyczne, że to właśnie ludzie głoszący nietolerancję zwykle odwołują się do zasady nieograniczonej wolności słowa, a swoich krytyków nazywają głosicielami nienawiści do odmiennych poglądów. Sprzeciw wobec głoszenia nienawiści nazywany jest paradoksalnie nienawiścią. A tutaj nie ma symetrii. Ten typ argumentacji to demagogia prowadząca do zatarcia wszelkich granic między nienawiścią a dążeniem do jej ograniczenia. Obserwując to, co dzieje się z językiem w sferze publicznej, nie mamy prawa być fatalistami – mamy obowiązek przeciwstawiać się wszelkim groźbom przemocy, które dziś powtarzają się bardzo często w tak zwanych wolnych krajach.

Victor Klemperer w słynnym dziele „LTI Notatnik filologa”, w którym analizuje wpływ języka na myślenie i działanie wyznawców ideologii faszystowskiej, pisze: „Republika Weimarska dawała wolność słowa i pisma w wymiarze po prostu samobójczym; narodowi socjaliści otwarcie drwili, że atakując brutalnie w swoich książkach i gazetach wszelkimi środkami satyry i płomiennej filipiki państwo we wszystkich jego instytucjach i ideach przewodnich, korzystają tylko z przyznanych sobie konstytucyjnie praw”. Nadużycie wolności słowa doprowadziło do uprawomocnienia historycznej katastrofy. Wszystko w imię dobra – jak sądzili ci, którzy uwierzyli w manichejski przekaz nienawistnych narracji. Powinniśmy mieć świadomość, że znów znaleźliśmy się w podobnym punkcie historii.

rozmawiała Ewa Wilk

***

Prof. dr hab. Iwona Jakubowska-Branicka jest socjologiem, specjalizuje się w teorii demokracji współczesnej, problematyce praw człowieka, psychologii polityki i socjotechniki propagandy politycznej. Pracuje w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Polityka 23.2017 (3113) z dnia 06.06.2017; Społeczeństwo; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Słowa, które bolą"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną