Prof. Czapiński o tym, czy szczęście mamy w genach

Homo Happy
Rozmowa z prof. Januszem Czapińskim, psychologiem społecznym, o tym, od czego zależy ludzkie szczęście.
„Jeśli celem ludzi jest szczęście, to każde społeczeństwo musi dążyć do spełnienia inaczej”.
yanlev/PantherMedia

„Jeśli celem ludzi jest szczęście, to każde społeczeństwo musi dążyć do spełnienia inaczej”.

Prof. Janusz Czapiński
Leszek Zych/Polityka

Prof. Janusz Czapiński

audio

AudioPolityka Jacek Żakowski - Homo happy

Jacek Żakowski: – How are you?
Janusz Czapiński: – OK. Mogło być gorzej.

Szczęśliwy czy nie?
Jak się ktoś nie urodził z poważną wadą mózgu i nie uszkodził go sobie wódką albo narkotykami, to musi być szczęśliwy. Nawet gdy jakaś tragedia wybije nas z dobrego samopoczucia, dzięki atraktorowi szczęścia, czyli genetycznie uwarunkowanej woli życia, z czasem znów będziemy szczęśliwi.

Jesteśmy Homo happy?
Wańka-wstańka. Nawet kiedy tracimy coś ważnego, znajdujemy nowy sens życia. Kiedy przed milionami Polaków stanęło teraz wyzwanie nowego zdefiniowania tego, jak dbać o swoje interesy, pojawia się masa pomysłów, które dwa lata temu nikomu nie przychodziły do głowy.

Jak u pana: napisać „Psychologię szczęścia”, która właśnie wyszła?
Na przykład.

Rok temu miał pan minę psa Pluto, który zakopał kość i nie pamięta gdzie. Znalazł pan szczęście, próbując zrozumieć, co to znaczy?
Szczęściem zajmuję się kilkadziesiąt lat. Kiedy dwa lata temu poczułem, że to znów jest deficytowy towar, postanowiłem sprawdzić, co o nim wie współczesna nauka.

I?
Znalazłem sobie nową kość. Kopię dalej, podobnie jak wiele osób.

A więc z powodu atraktora szczęścia, chociaż PiS szaleje, demokracja znika, a Zachód się oddala, to nastroje Polaków idą w górę?
Wracają do naturalnego poziomu. Tak będzie, niezależnie, ile grup społecznych władza weźmie w jasyr. Szok zmienia nastroje na krótko. Mamy w mózgu struktury, które to zapewniają. Nawet po największych tragediach szybko odzyskujemy nadzieję, że kiedyś będzie jeszcze lepiej, niż było. Dzięki temu jako gatunek przetrwaliśmy niezliczone nieszczęścia.

W metrze trudno zobaczyć takie powszechne szczęście.
Gdyby pan zajrzał wieczorem do domów, zobaczyłby pan dużo lepsze miny.

W domu ludzie są bardziej szczęśliwi?
Wieczorem są bardziej szczęśliwi. Na całym świecie najgorzej jest, kiedy wstajemy i jedziemy do pracy. Nastroje się podnoszą, kiedy się zbliża fajrant. Powrót do domu jest już całkiem przyjemny. A najszczęśliwszy jest wieczór.

Bo sen czy bo seks?
Bo już się nie trzeba wyrabiać, sprawdzać, udowadniać. W ciągu dnia – wynika z badań – średnio najbardziej zadowoleni są emeryci i bezrobotni. Nie mają takiego doła rano ani w pracy. Ale są ogólnie najmniej zadowoleni z życia.

Czyli jednak to prawda, że szczęście daje praca.
Praca daje szczęście po pracy. Porządkuje życie, daje sens, kontakty z ludźmi, poczucie wartości. W pracy mało kto jest szczęśliwy, ale bez pracy jesteśmy mniej szczęśliwi.

Kaska?
Pieniądze dają szczęście biednym. W biednych krajach poziom szczęścia rośnie wraz z PKB. A po osiągnięciu pewnego pułapu zależność się odwraca. Zamożne społeczeństwa, które nie są wystarczająco szczęśliwe, przestają się bogacić.

Na przykład?
Grecja, południowe Włochy, właściwie cały basen Morza Śródziemnego.

A Polska?
Mamy potencjał rozwoju.

Skoro nie ma ludzi skazanych na nieszczęście, to czym są depresje i samobójstwa, których na całym Zachodzie przybywa?
Parę procent ludzi rodzi się z gorszym scenariuszem na życie.

Fatum?
Geny. Fatum tylko dla tych, którzy chcą być bardziej szczęśliwi, niż są.

„Pursuit of happiness”, czyli gwarantowane w konstytucji USA prawo człowieka do poszukiwania szczęścia, to absurd, bo i tak nikt szczęścia nie znajdzie?
Nikt nie znajdzie więcej szczęścia niż ma zapisane w genach – choćby miał najgenialniejszych coachów, mistrzów, nauczycieli, wychowawców, rodziców. Oni są potrzebni, żebyśmy osiągnęli nasz maksymalny poziom szczęścia. A rozkład poczucia szczęścia jest ściśle równoleżnikowy. Im bliżej bieguna, tym ludzie szczęśliwsi. Im bliżej równika, tym bardziej nieszczęśliwi.

A podobno słońce daje szczęście.
Szwedzi dostają w Toskanii większą porcję szczęścia. Ale będąc u siebie, są szczęśliwsi niż Włosi u siebie.

Dajemy nogę do Szwecji?
Polak w Szwecji nie stanie się genetycznym Szwedem. Będzie miał swój niższy niż Szwed poziom szczęścia minus światło, którego tam jest mniej. Ale jest wyjątek od zasady równoleżnikowej. To są społeczeństwa Ameryki Łacińskiej. Mieszkają bliżej równika, a poczuciem szczęścia dorównują północnym Europejczykom.

Bo?
Nurtowało mnie to od lat. Dopiero pisząc tę książkę, znalazłem odpowiedź u Michaela Minkova, bułgarskiego psychologa pracującego w Stanach, który opracował metodę badania rozpowszechnienia w różnych społeczeństwach rozmaitych alleli – czyli wariantów – genu odpowiedzialnego za neuroprzekaźniki sprzyjające dobremu samopoczuciu. Okazało się, że w Meksyku allele szczęścia są dużo powszechniejsze niż gdziekolwiek w Europie. Przy latynoskim rozkładzie genetycznym można mieć szczęśliwe społeczeństwo mimo drastycznej biedy, wysokiej przestępczości, przemocy, bezrobocia, niepewności jutra. Latynosi nie muszą tak walczyć o szczęście jak ludzie Zachodu.

Nawet gdy mieszkają w slumsach?
Ludziom mającym allele szczęścia w DNA do szczęścia nie potrzeba tego co Niemcom czy Włochom. Dlatego każdy wie, co znaczy hiszpańskie słowo fiesta, a nikt nie wie, jak ono brzmi po niemiecku. Jedni przez pokolenia zasuwają od świtu do nocy, mają złote góry i wciąż są nieszczęśliwi, a inni bardzo mało robią i niewiele mają, a są szczęśliwsi, bo się bawią. To pokazuje, że jeśli celem ludzi jest szczęście, to każde społeczeństwo musi dążyć do spełnienia inaczej. Bo one się różnią pod względem rozkładów genetycznych. Różnica między Szwedami a Portugalczykami polega nie tylko na tym, że jedni to wysocy blondyni, a drudzy to niscy bruneci. W środku też jesteśmy inni. A genetycznie uwarunkowane różnice mogą dotyczyć nie tylko poziomu szczęścia, ale też stosunku do kary śmierci czy religijności. Czyli nie wszędzie się da realizować modele społeczeństwa, państwa, gospodarki obowiązujące w USA czy Niemczech.

Szczęście trzeba odziedziczyć?
Każdy albo je ma w swoim DNA, albo nie. Jednojajowe bliźniaki są tak samo szczęśliwe, nawet jeżeli wychowują się w zupełnie innych rodzinach, nigdy się nie spotkają i mają całkiem inne życie.

Czyli nie warto się martwić o dzieci, bo albo daliśmy im dobre geny i będą szczęśliwe, albo daliśmy złe i nic nie pomoże.
Dzieciom trzeba dać szansę wykorzystania tego, co mają w genach. Jak napotkają przeszkody, mogą zmarnować potencjał. Ale wyżej genów człowiek nie podskoczy.

Każdy dąży asymptotycznie do poziomu szczęścia, który ma w genach?
I kieruje się przy tym złudzeniem postępu hedonistycznego. Jako gatunek jesteśmy nienasyceni. Zwłaszcza my, Europejczycy, bez względu na to, jak bardzo jesteśmy szczęśliwi, zawsze chcemy mieć lepszy samochód albo lepszą pozycję społeczną, chociaż wiadomo, że to szczęścia nie daje.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną