Społeczeństwo

Hatakumba elit

Jakie są winy i obowiązki polskich elit

Propagandowy łomot spada na kolejne środowiska – po sędziach władza, jak zapowiada, „przyjdzie po” dziennikarzy. Propagandowy łomot spada na kolejne środowiska – po sędziach władza, jak zapowiada, „przyjdzie po” dziennikarzy. Mirosław Gryń / Polityka
Nie ma dziś chyba bardziej postponującego określenia niż elita. Znalazło się w rodzinie synonimów wraz z kastą, kliką, sitwą. Polacy, którzy dzięki swoim talentom, wykształceniu i ciężkiej pracy znaleźli się w minionych dziesięcioleciach w rozmaicie pojmowanych elitach, mają prawo się bronić. A nawet obowiązek.
Setki tysięcy młodych ludzi – teraz już połowa każdego rocznika – dostają dyplomy magisterskie, ale nie wykształcenie.Mirosław Gryń/Polityka Setki tysięcy młodych ludzi – teraz już połowa każdego rocznika – dostają dyplomy magisterskie, ale nie wykształcenie.

Obecna elita władzy w ciągu minionych dwóch lat poczyniła wiele zmian w polszczyźnie. Narzuciła rozmaitym pojęciom osobliwe znaczenie (np. praworządności), wprowadziła w obieg odkurzone archaizmy (np. suweren). Terminy uważane za obelżywe tak wyświechtała, że odebrała im siłę rażenia (np. zdrajca) i – przeciwnie – określenia obojętne zamieniła w epitety. Słowo elita Polakom coraz gorzej się kojarzy, czego dowód przyniosły badania na zlecenie naszego tygodnika (omówił je wyczerpująco Mariusz Janicki, POLITYKA 25). Teraz czeka nas nowa konstytucja – „dla obywateli, nie dla elit”. I może ta proklamacja nie brzmiałaby tak absurdalnie i groźnie zarazem, gdyby nie padła z ust prezydenta RP – obywatela wyniesionego wszak na najwyższe piętro elity społecznej.

Oczywiście antyelitarna gadanina jest filarem każdego populizmu. Lecz gdy populiści dostają władzę, nie poprzestają na słowach, muszą rzucić ludowi na żer bynajmniej nie tylko przeciwników politycznych. Wyklętą elitę może uosabiać oskarżany o korupcję transplantolog (jak w 2005 r.) albo sędzia kleptoman (obecnie). Najważniejszym celem jest obrzydzić elitę ludowi, by zdobyć przyzwolenie na obsadę najwyższych szczebli drabiny społecznej własnymi nominatami: miernymi, biernymi, zastraszonymi, przekupionymi. A tych, którzy w elicie byli dotychczas, którzy śmieli się za elitę uważać, ba, odczuwać dumę z powodu przynależności do elity, zawstydzić. Zastraszyć. Zagnać do kąta.

I obecnej władzy w dużej mierze udało się już ten efekt osiągnąć. Elity zawodowe, biznesowe, intelektualne – cokolwiek mówić o ich jakości – były koniem pociągowym polskiego awansu ostatnich dziesięcioleci. Ale propagandowy łomot spadający na kolejne środowiska umacnia stereotyp gniazdującego na wysokich skałach niecnego sępa, który pierwsze smaczne kąski wyszarpał już z konającej gospodarki PRL.

Zaufanie do elit nie stopniało raptem w dniu wyborów parlamentarnych 2015 r. Symptomy tej erozji były widoczne choćby w regularnym badaniu prestiżu zawodów prof. Henryka Domańskiego – przed kilku laty strażak wyprzedził odwiecznie królującego w tym rankingu profesora wyższej uczelni, pielęgniarka – lekarza, osiedlowy sklepikarz – przedsiębiorcę.

Obciążają elity wcale nie korupcja, złodziejstwo, klikowość; to się zdarzało, zwłaszcza wtedy, gdy władza wchodziła w niebezpieczne mariaże z pieniądzem. Ale grunt pod antyelitarne nastroje, pod uogólniony stan nieufności tworzyły grzechy subtelniejsze, mniej widowiskowe; raczej zaniechania, słabości czy bezrefleksyjne uleganie trendom kulturowym niż pospolite przestępstwa.

Oto pięć zjawisk, nad którymi, owszem, przez lata biadolili publicyści i badacze. Jednak ich katastrofalne konsekwencje widać dopiero dziś. Każda z polskich elit ma coś na sumieniu, choć zdecydowanie nie to, o co jest przez obecną władzę oskarżana.

1.

Elita naukowa przez lata sprzedawała młodym Polakom tandetny towar. Na przebudzone po transformacji niebywałe aspiracje edukacyjne odpowiedziała 400 prywatnymi uczelniami, w ogromnej większości – jak mawiano – tego i owego, oraz podziałem studentów uczelni państwowych na lepszych (na tzw. studiach dziennych) i gorszych (na studiach płatnych). Ten z gruntu chory system dał wprawdzie co obrotniejszym nauczycielom akademickim takie możliwości zarobkowe, że standardem życia zaczęli się zbliżać do zachodnich kolegów, ale intelektualne i moralne koszty tej machiny przebijają zyski finansowe.

Setki tysięcy młodych ludzi – teraz już połowa każdego rocznika – dostają dyplomy magisterskie, ale nie wykształcenie (by sparafrazować Aleksandra Kwaśniewskiego, który twierdził, że dyplomu co prawda nie ma, ale ma wykształcenie). I wcale nie chodzi o to, że nie zdobywają zawodu, który dawałby im pewną i dobrze płatną pracę, na co wielu przecież liczy, ale o to, że przetaczają się przez studia, ściągając na potęgę na testowych egzaminach, obstalowując okresowe i dyplomowe prace przez internet; wielu zdarza się samodzielnie przez ten czas nie napisać choćby słowa, co najwyżej przeczytać notatki kolegów i bryki z sieci. Giną w masie. Wielu zdolnych i ambitnych również – przechodzą z roku na rok anonimowo, nikt nie zapamiętuje ich nazwisk, twarzy. W tej masówce nie ma czasu ani miejsca na kształtowanie samodzielności myślenia, odpowiedzialności za słowo, szerszych horyzontów. I – jakkolwiek brzmiałoby to anachronicznie – nauki inteligenckiego, obywatelskiego etosu.

Wielu tak jak przyszło na studia, nawet na studia społeczne, tak i z nich wychodzi – ze znikomą wiedzą o procesach historycznych, psychospołecznych, politycznych, ba, o podstawowych założeniach demokracji (jak np. trójpodział i równowaga władzy, co przed laty sygnalizowała prof. Krystyna Skarżyńska). Dziś starsze pokolenie ze zdumieniem pyta, dlaczego tak wielu młodych popada w uproszczoną, manichejską wizję świata, daje się uwieść nastrojom nacjonalistycznym, ksenofobicznym (np. według badań CBOS z 2016 r. poparcie dla idei ONR jest w młodym pokoleniu dwa razy większe niż wśród respondentów po 40. roku życia). Dlaczego młodzi nie chcą masowo przyłączyć się do nich w obronie demokracji, praworządności, wolności? Ot, i odpowiedź. Nie powiedziano im i nie pokazano, że to ma ich obchodzić. Ta młodzież nauczyła się tyle, że ma się przebić przez absurdalny system i wyjść na swoje. A postawy, poglądy polityczne? To prywatna sprawa do ekspozycji w sieci. Tam każdy może napisać, co myśli. Im ostrzej, nawet durniej, tym lepiej, bo szybciej cię zauważą.

2.

Elita biznesowa jest niewidzialna. Kiedy przed kilkoma laty próbowaliśmy na naszych łamach skonstruować pewien syntetyczny obraz polskiego przedsiębiorcy (m.in. na podstawie badań prof. Małgorzaty Bombol z SGH uwieńczonych książką „Kształtująca się polska klasa wyższa”), wyglądał on z grubsza tak: prywatny biznes zaczynający się w garażu, potem harówka po kilkanaście godzin dziennie, sukces. Aż do zgromadzenia kwoty (od kilku do maksymalnie ok. 40 mln zł) dającej możliwość wycofania się z biznesu. Porzucenia owej harówki i rozkoszowania się życiem na łonie przyrody i rodziny, najlepiej w jakiejś ustronnej, dworkowej posiadłości.

Większość badanych z dominującej w polskim pejzażu gospodarczym grupy małych i średnich przedsiębiorców nie deklarowała ani większych ambicji budowy wielopokoleniowego imperium, nawet nie zachęcała specjalnie dzieci do przejęcia interesu (nie po to wszak harowali, by ich dzieci miały równie ciężko). Co ważne, dobro własnej rodziny okazało się dla nich wartością jeszcze istotniejszą niż dla ogółu prorodzinnego społeczeństwa, zaś zaangażowanie w dobro wspólne – jeszcze niklejsze. Na pytanie o przynależność do organizacji, stowarzyszeń, partii, rad nadzorczych, grup religijnych, zawiązków itd. tylko 6 proc. przedsiębiorców – respondentów prof. Bombol – odpowiedziało twierdząco. Tyle samo angażowało się w jakkolwiek rozumiane działania polityczne. 3 proc. zrobiło coś dla miasta czy gminy. Nikt nic – dla województwa czy regionu. Owszem, połowa przedsiębiorców komuś pomaga, ale raczej „z odruchu serca” niż w sposób zorganizowany. A jeśli już, to najchętniej w fundacji rodzinnej, wspomagającej biedne, chore czy zdolne dzieci.

Jak wynika z badań Fundacji dla Polski (2010 r.), większość przedsiębiorców sądzi, że społeczeństwo filantropów nie znosi: „Panuje przekonanie, że filantrop to ten, który na pomaganiu innym chce zrobić interes. W najlepszym przypadku filantropia określana jest jako fanaberia człowieka, który ma wszystko, a teraz bawi się w filantropa”. Toteż nic dziwnego, że nie słyszy się, by polski biznesmen postawił i podarował miastu gmach użyteczności publicznej, teatr (amfiteatr – owszem, opisywaliśmy na tych łamach taki przypadek), ufundował bibliotekę, szkołę, filharmonię.

Lepiej jest trochę, jeśli chodzi o sanktuaria. Jan Kulczyk był onegdaj tak hojnym sponsorem Jasnej Góry, że aż dostał od paulinów tytuł konfratra, Ryszard Krauze w 2006 r. podarował archidiecezji krakowskiej dom rodzinny Karola Wojtyły (teraz wadowickie muzeum), a Roman Kluska wsparł kilkunastoma milionami Sanktuarium Maryjne w Łagiewnikach. Ten ostatni zresztą – bądź co bądź znany filantrop – publicznie twierdził, że działania filantropijne w Polsce przeważnie „nie wynikają z chęci pomocy, tylko poprawy pozycji i konkurencyjności danego biznesmena”. Toteż polska elita pieniądza woli niewidzialność. Tyle że jej efektem ubocznym jest narastające przekonanie o jej egoizmie, bezduszności, wsobności.

3.

Elita wielkomiejsko-menedżerska zamknęła się w warownych twierdzach. Zasada coś za coś, a ściślej kasa za efekt piarowski, przez lata czytelna była dla każdego, kto poszukiwał wsparcia w wielkich korporacjach, potężnych spółkach (zwłaszcza Skarbu Państwa), bankach, czyli wszędzie tam, gdzie duże pieniądze naprawdę były, a tzw. społeczną odpowiedzialność wybijano w firmowych prospektach reklamowych.

Uogólnienie będzie tu nie do końca sprawiedliwe, ale nie sposób oprzeć się przekonaniu, że w Polsce ta szczytna idea zamieniła się w pusty frazes. Bo ową społeczną odpowiedzialność powierzano otwarcie pracownikom PR, czyli tym, którzy budują wizerunek marki. To oni targowali z petentami (fundacjami, stowarzyszeniami), ile mogą dać i co za to dostaną. Ile banerów, o jakiej powierzchni, gdzie logo, na ile minut prezes pokaże się ewentualnie w TV czy udzieli wywiadu ze zdjęciem itd. Wszystko to przeliczalne na twarde pieniądze, skalkulowane, skonfrontowane z cennikiem reklamowym, bo może taniej wyjdzie po prostu dać reklamę, niż wspierać jakichś nieopierzonych filozofów czy astronomów, nawiedzonych ekologów czy psychoterapeutów. Do wyjątków należeli prezesi, do których można było dotrzeć z pomysłem i prośbą, autentycznie porwać do idei.

To odgrodzenie w kwestii dobroczynności stało się zresztą elementem odgrodzenia totalnego, swoistego stylu życia i pracy – w rytmie porannych i wieczornych podróży z obwarowanego ostrokołem osiedla do podziemnego garażu w szklano-niklowanej twierdzy biurowej. Rzesze sekretarek, rzeczników prasowych, wszelkiego rodzaju ochroniarzy. Bramki uchylne w biurach i automatyczne bramy w skupiskach ekskluzywnych domostw.

Wielkomiejska biznesokracja wyprowadziła się z polskiej przestrzeni wspólnej w sensie dosłownym. Plaga grodzonych osiedli i apartamentowców wydawała się przez lata bardziej problemem natury urbanistycznej niż politycznej. Dziś widać jej psychospołeczne konsekwencje w całej rozciągłości. Cokolwiek elita menedżerska myślałaby o swoim dorobku, wysokości odprowadzanych podatków, liczbie stworzonych miejsc pracy i jakkolwiek czułaby się niedoceniona, nie ma opinii społecznej awangardy.

4.

Elita medialna i artystyczna popadła w nieznośne gwiazdorzenie. Niekiedy ktoś z elit pieniądza uchylał rąbka swojej ekskluzywnej egzystencji. Dał się sfotografować ekskluzywnemu magazynowi w letniej rezydencji z widokiem na szeroki świat (również Bałtyk, Giewont itp.) oraz z potomstwem z widokami na przyszłość po angielskiej ekskluzywnej szkole. Tego typu gwiazdorzenie z nachalnym wyprzedawaniem swej prywatności – ślubów, rozwodów, dzieci, kochanków – stało się specjalnością ludzi telewizji, sceny, estrady, mediów. Rauty, bankiety, gale, nieważne, czy ku czci premiery filmowej, czy też premiery nowego dezodorantu, gdzie idzie się, by stanąć przy tzw. ściance i wyszczerzyć do paparazzi. Kogo oni przegonią – ten nieważny, do kogo wrzeszczą „Gosia, uśmiech” – ten ważny. Tego wartość rynkowa wzrasta. Obecność w medialnych rubrykach „Obecni byli” przekłada się na gaże i angaże, na gwiazdorskie kontrakty, ba, na pozycję autorytetu i to obrotowego. Człowiek ze ścianki może być pewny, że wcześniej lub później dana mu będzie rola mało powiedziane eksperta, wyroczni. W gastronomii, rodzicielstwie, polityce, tańcu towarzyskim. A to z kolei da mu pewność, że wciąż będzie wzywany pod ściankę.

Można by się z tego popkulturowego, celebryckiego, chocholego tańca bez końca naigrawać, tyle że jego konsekwencje są dla obrazu elit druzgocące. Bo przestało być wiadomo, kto jest kim. Kto artystą, kto tylko sezonowym „mamtalentem”. Kto ładną panią do czytania z promptera, kto dziennikarzem, kto najemnym piarowcem. Kto aktorem, kto amatorem. Ostatecznie i tak publiczność obchodzi wartość nowych szpilek, grubość wszczepionego botoksu, wiek najmłodszej kochanki.

Przemożna chęć zaistnienia jest jednym z najjaskrawszych znaków naszych czasów. Psychologowie społeczni zauważyli, że sukces jest utożsamiany ze sławą, a sława z publiczną rozpoznawalnością. Być znanym. Wysokoklikalnym. Poważanym czy wyśmiewanym? Lajkowanym czy hejtowanym? Nieistotne, hejt wliczony jest w koszty.

Ta żądza pcha skądinąd inteligentnych ludzi do wypowiadania się na tematy, o których nie mają pojęcia. Do komentowania od rana do wieczora wszystkiego – lakonicznie, arbitralnie, czarno-biało. Wykształciła się grupa publicystów, naukowców, polityków poręcznych dla stacji telewizyjnych czy radiowych, bo są w stanie na każdy temat za dnia i w nocy wygłosić tzw. setkę. Dwa zdania banałów. Jakieś uproszczenie. Jakieś przypuszczenie. I leci.

Niestety, leci też na głowę wiara w to, że są jeszcze ludzie, którzy naprawdę na czymś się głęboko znają i warto ich słuchać. Są w czymś mistrzami i nie nominowali się sami na tę pozycję.

5.

Elity zawodowe uschły. Pojęcia mistrza, czeladnika, ucznia zamieniły się zresztą w archaizmy. W zawodach uchodzących za elitarne, twórcze, wymagające specjalnego rodzaju talentów i wieloletniego terminowania, ta rzemieślnicza, przez wieki praktykowana struktura awansu się spłaszczyła. Do relacji mistrz–Murzyn. Znów bez niesprawiedliwych uogólnień, ale dla tysięcy młodych architektów, lekarzy, naukowców, prawników droga do pełnowymiarowej praktyki zawodowej prowadzi przez lata upokorzeń, wiszenia w charakterze stażysty na jakiejś marnej umowie albo i całkiem darmowej robocie. Gdy próbują prosić o więcej, słyszą, że w kolejce za drzwiami szpitala, pracowni architektonicznej, kancelarii prawnej stoi stu takich samych jak oni. (Co skądinąd jest prawdą – patrz pkt 1).

Władza obecna dmie tu w jeden ze swoich ulubionych rogów: że wszystkiemu winna hermetyzacja korporacji zawodowych, pozamykanie się w starczych (czytaj: postkomunistycznych) kastach. Tyle że jest odwrotnie. Bo stowarzyszenia zawodowe i twórcze snują się gdzieś na marginesie życia swoich branż, nie mówiąc już o życiu publicznym. Ostatnio szersza publiczność mogła się dowiedzieć, że w ogóle istnieją stowarzyszenia sędziowskie czy prokuratorskie, ale do tego trzeba było aż wojny totalnej władzy z sądownictwem. Czy podobnie będzie teraz z dziennikarzami, gdy zacznie ona „unaradawiać” media prywatne? Czy wtedy dostrzeżemy zgliszcza po potężnym (również w sensie siły politycznej w czasach solidarnościowego przełomu) Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich? Na tych zgliszczach zasiada frakcja pracowników medialnych, którzy nazwali się niepokornymi, dziś usłużnych wobec władzy, niekryjących Schadenfreude z powodu operacji wymiany elit.

Idą po wszystkich

Nawet jednak wśród tzw. niepokornych rodzi się obawa co do powodzenia tej krucjaty. Dał temu niedawno wyraz Rafał Ziemkiewicz, pisząc, że nie da się zbudować nowej elity z ludzi zastraszonych i przekupionych. Chciałoby się dodać: z niedokształconych, niedoświadczonych, czasem niemądrych po prostu.

Ale to trwa. Jako się rzekło, propagandowy łomot spada na kolejne środowiska – po sędziach władza, jak zapowiada, „przyjdzie po” dziennikarzy. Kuksańce idą w stronę aktorów i piosenkarzy. W szpitalach czy na uczelniach odczuwa się nerwowe wyczekiwanie, pokrywane ironicznymi pytaniami: to Iksa „dobra zmiana” jeszcze nie dopadła? W logice „państwa nie dla elit” właściwie nikt, kto doszedł do przyzwoitej pozycji zawodowej i finansowej, nie powinien czuć się bezpiecznie.

Wydaje się jednak, że wciąż jeszcze jest szansa, by obywatele naszego kraju, którzy dzięki swoim talentom, wykształceniu i ciężkiej pracy znaleźli się w minionych dziesięcioleciach w rozmaicie pojmowanych elitach, wyszli z kąta. (By nie powiedzieć: wstali z kolan). Chodzi o przedsiębiorców i profesorów. Ordynatorów, rektorów, dziekanów, redaktorów. Analityków, ekspertów, menedżerów. Wszystkich ich władza nie da rady zamienić na partyjnych nominatów. A jeśli nawet, to przecież nie poodbiera ludziom ani talentów, ani wiedzy, ani zdolności formułowania myśli. Na misję elity w społeczeństwie składa się między innymi właśnie kształtowanie języka, tworzenie siatki pojęć i symboli do opisu rzeczywistości historii i przyszłości. A także formowanie potrzeb, gustów, celów, wartości. To elita podpowiada, jak i po co żyć, do czego dążyć. Za czym i przeciw czemu być.

12 lat temu odbył się Kongres Obywatelski pod hasłem „Jakich elit potrzebuje Polska”. Psycholog społeczny (UW, SWPS) prof. Andrzej Nowak mówił wtedy: „Społeczeństwa oczywiście potrafią wytworzyć spójną wizję rzeczywistości bez udziału elit. Elity kulturalne i intelektualne są jednak w stanie wytworzyć sposób myślenia o świecie (…), który pozwala wyjść ludziom poza własną perspektywę, działać dla korzyści bardziej oddalonych w czasie”.

Żeby ten realny głos w społeczeństwie odzyskać, trzeba by wyjść ze ślepych zaułków.

Zaczynając od końca naszego remanentu – zacząć się organizować. Przetrawić gorzkie doświadczenie KOD, które dowiodło, jak trudno jest stworzyć od razu masowy ruch wszystkich wokół wszystkiego, bez programu, jasnej formuły organizacyjnej czy finansowej. Oby w tę pułapkę nie wpadła startująca dziś z impetem Kultura Niepodległa. Gdyby jednak nawet starczyło go tylko do przyszłorocznych obchodów stulecia niepodległości, to samo organizowanie się, podpisywanie dokumentów, jeżdżenie po prowincji i poważne rozmowy z odbiorcami kultury – stworzą już jakiś kapitał społeczny.

Dziś ulegamy złudnej magii liczebności, wydaje się, że im więcej osób przystąpi do nowej inicjatywy, tym szybciej narodzi się jakaś post-Solidarność. Przełomem będzie nie to, że 10 mln Polaków raptem podpisze jakiś manifest, lecz to, że 100 tys. zaangażuje się w odbudowę stowarzyszeń naukowych, branżowych, artystycznych.

Zwrotem będzie powstawanie takich fundacji, które poradzą sobie bez nachalnego piaru i pieniędzy utoczonych z państwowych gigantów. Punktem granicznym będzie ufundowanie przez przedsiębiorcę niezależnego teatru. A prawdziwą rewolucją – gdy gwiazdy mediów, nauki, sztuki wyzwolą się z konieczności istnienia każdego dnia na ekranach, z wypowiadania się na każdy temat, z tandetnego tańca z gwiazdami. Zaczną stawiać warunki stabloidyzowanym mediom, a nie pod ich dyktat mizdrzyć się, wdawać w pyskówki, pleść banały i wyprzedawać życie prywatne.

Najważniejszym jednak znakiem przełomu byłoby organizowanie edukacji, zwłaszcza tej obywatelskiej, wolnościowej, stricte politycznej. Młodzież w zafiksowanej ideologicznie szkole – jak to syntetycznie ujęła Manuela Gretkowska – zamiast uczyć się, jak mądrze żyć, będzie teraz uczyć się, jak głupio umierać. Coś należałoby dla tej młodzieży wymyślić: skrypty, podręczniki, jakieś pozalekcyjne zajęcia – w tym akurat nasze społeczeństwo ma tradycje. I koniecznie trzeba zacząć pracować nad takim pomysłem na szkolnictwo wyższe, by przestało ono być fabryką dyplomowanych ignorantów. Ktoś wydał wszak dyplom panu, który zajmuje stanowisko wiceministra sprawiedliwości, opowiada się za torturami i ogólną „hatakumbą” przeciwników. Takie mamy dziś elity.

Istotą ludzkich zbiorowości jest hierarchiczność. W każdej grupie, począwszy od dziecięcej gromady skleconej naprędce do zabawy, powstaje jakaś struktura. O pozycji jednostki mogą zdecydować jej zdolności, inteligencja, walory charakteru, ale też przeciwnie – niepohamowana żądza władzy, narcyzm, umiejętności manipulatorskie. Tak czy inaczej jakaś elita zawsze się kształtuje. Jeśli polskie elity intelektualne, biznesowe, artystyczne, zawodowe nie wyjdą ze ślepych zaułków, w które może mimochodem zabrnęły, nie zmobilizują się, zaczną się opierać antyelitarnej operacji, Polskę czeka zapaść. Hatakumba po prostu.

Polityka 39.2017 (3129) z dnia 26.09.2017; Społeczeństwo; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Hatakumba elit"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Krótkoterminowi turyści wysiedlają mieszkańców miast

Krótkoterminowy turysta już wysiedlił mieszkańców krakowskiej starówki. Teraz masowo rezerwuje Warszawę.

Edyta Gietka
29.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną