Jakie są winy i obowiązki polskich elit

Hatakumba elit
Nie ma dziś chyba bardziej postponującego określenia niż elita. Znalazło się w rodzinie synonimów wraz z kastą, kliką, sitwą. Polacy, którzy dzięki swoim talentom, wykształceniu i ciężkiej pracy znaleźli się w minionych dziesięcioleciach w rozmaicie pojmowanych elitach, mają prawo się bronić. A nawet obowiązek.
Propagandowy łomot spada na kolejne środowiska – po sędziach władza, jak zapowiada, „przyjdzie po” dziennikarzy.
Mirosław Gryń/Polityka

Propagandowy łomot spada na kolejne środowiska – po sędziach władza, jak zapowiada, „przyjdzie po” dziennikarzy.

Setki tysięcy młodych ludzi – teraz już połowa każdego rocznika – dostają dyplomy magisterskie, ale nie wykształcenie.
Mirosław Gryń/Polityka

Setki tysięcy młodych ludzi – teraz już połowa każdego rocznika – dostają dyplomy magisterskie, ale nie wykształcenie.

Obecna elita władzy w ciągu minionych dwóch lat poczyniła wiele zmian w polszczyźnie. Narzuciła rozmaitym pojęciom osobliwe znaczenie (np. praworządności), wprowadziła w obieg odkurzone archaizmy (np. suweren). Terminy uważane za obelżywe tak wyświechtała, że odebrała im siłę rażenia (np. zdrajca) i – przeciwnie – określenia obojętne zamieniła w epitety. Słowo elita Polakom coraz gorzej się kojarzy, czego dowód przyniosły badania na zlecenie naszego tygodnika (omówił je wyczerpująco Mariusz Janicki, POLITYKA 25). Teraz czeka nas nowa konstytucja – „dla obywateli, nie dla elit”. I może ta proklamacja nie brzmiałaby tak absurdalnie i groźnie zarazem, gdyby nie padła z ust prezydenta RP – obywatela wyniesionego wszak na najwyższe piętro elity społecznej.

Oczywiście antyelitarna gadanina jest filarem każdego populizmu. Lecz gdy populiści dostają władzę, nie poprzestają na słowach, muszą rzucić ludowi na żer bynajmniej nie tylko przeciwników politycznych. Wyklętą elitę może uosabiać oskarżany o korupcję transplantolog (jak w 2005 r.) albo sędzia kleptoman (obecnie). Najważniejszym celem jest obrzydzić elitę ludowi, by zdobyć przyzwolenie na obsadę najwyższych szczebli drabiny społecznej własnymi nominatami: miernymi, biernymi, zastraszonymi, przekupionymi. A tych, którzy w elicie byli dotychczas, którzy śmieli się za elitę uważać, ba, odczuwać dumę z powodu przynależności do elity, zawstydzić. Zastraszyć. Zagnać do kąta.

I obecnej władzy w dużej mierze udało się już ten efekt osiągnąć. Elity zawodowe, biznesowe, intelektualne – cokolwiek mówić o ich jakości – były koniem pociągowym polskiego awansu ostatnich dziesięcioleci. Ale propagandowy łomot spadający na kolejne środowiska umacnia stereotyp gniazdującego na wysokich skałach niecnego sępa, który pierwsze smaczne kąski wyszarpał już z konającej gospodarki PRL.

Zaufanie do elit nie stopniało raptem w dniu wyborów parlamentarnych 2015 r. Symptomy tej erozji były widoczne choćby w regularnym badaniu prestiżu zawodów prof. Henryka Domańskiego – przed kilku laty strażak wyprzedził odwiecznie królującego w tym rankingu profesora wyższej uczelni, pielęgniarka – lekarza, osiedlowy sklepikarz – przedsiębiorcę.

Obciążają elity wcale nie korupcja, złodziejstwo, klikowość; to się zdarzało, zwłaszcza wtedy, gdy władza wchodziła w niebezpieczne mariaże z pieniądzem. Ale grunt pod antyelitarne nastroje, pod uogólniony stan nieufności tworzyły grzechy subtelniejsze, mniej widowiskowe; raczej zaniechania, słabości czy bezrefleksyjne uleganie trendom kulturowym niż pospolite przestępstwa.

Oto pięć zjawisk, nad którymi, owszem, przez lata biadolili publicyści i badacze. Jednak ich katastrofalne konsekwencje widać dopiero dziś. Każda z polskich elit ma coś na sumieniu, choć zdecydowanie nie to, o co jest przez obecną władzę oskarżana.

1.

Elita naukowa przez lata sprzedawała młodym Polakom tandetny towar. Na przebudzone po transformacji niebywałe aspiracje edukacyjne odpowiedziała 400 prywatnymi uczelniami, w ogromnej większości – jak mawiano – tego i owego, oraz podziałem studentów uczelni państwowych na lepszych (na tzw. studiach dziennych) i gorszych (na studiach płatnych). Ten z gruntu chory system dał wprawdzie co obrotniejszym nauczycielom akademickim takie możliwości zarobkowe, że standardem życia zaczęli się zbliżać do zachodnich kolegów, ale intelektualne i moralne koszty tej machiny przebijają zyski finansowe.

Setki tysięcy młodych ludzi – teraz już połowa każdego rocznika – dostają dyplomy magisterskie, ale nie wykształcenie (by sparafrazować Aleksandra Kwaśniewskiego, który twierdził, że dyplomu co prawda nie ma, ale ma wykształcenie). I wcale nie chodzi o to, że nie zdobywają zawodu, który dawałby im pewną i dobrze płatną pracę, na co wielu przecież liczy, ale o to, że przetaczają się przez studia, ściągając na potęgę na testowych egzaminach, obstalowując okresowe i dyplomowe prace przez internet; wielu zdarza się samodzielnie przez ten czas nie napisać choćby słowa, co najwyżej przeczytać notatki kolegów i bryki z sieci. Giną w masie. Wielu zdolnych i ambitnych również – przechodzą z roku na rok anonimowo, nikt nie zapamiętuje ich nazwisk, twarzy. W tej masówce nie ma czasu ani miejsca na kształtowanie samodzielności myślenia, odpowiedzialności za słowo, szerszych horyzontów. I – jakkolwiek brzmiałoby to anachronicznie – nauki inteligenckiego, obywatelskiego etosu.

Wielu tak jak przyszło na studia, nawet na studia społeczne, tak i z nich wychodzi – ze znikomą wiedzą o procesach historycznych, psychospołecznych, politycznych, ba, o podstawowych założeniach demokracji (jak np. trójpodział i równowaga władzy, co przed laty sygnalizowała prof. Krystyna Skarżyńska). Dziś starsze pokolenie ze zdumieniem pyta, dlaczego tak wielu młodych popada w uproszczoną, manichejską wizję świata, daje się uwieść nastrojom nacjonalistycznym, ksenofobicznym (np. według badań CBOS z 2016 r. poparcie dla idei ONR jest w młodym pokoleniu dwa razy większe niż wśród respondentów po 40. roku życia). Dlaczego młodzi nie chcą masowo przyłączyć się do nich w obronie demokracji, praworządności, wolności? Ot, i odpowiedź. Nie powiedziano im i nie pokazano, że to ma ich obchodzić. Ta młodzież nauczyła się tyle, że ma się przebić przez absurdalny system i wyjść na swoje. A postawy, poglądy polityczne? To prywatna sprawa do ekspozycji w sieci. Tam każdy może napisać, co myśli. Im ostrzej, nawet durniej, tym lepiej, bo szybciej cię zauważą.

2.

Elita biznesowa jest niewidzialna. Kiedy przed kilkoma laty próbowaliśmy na naszych łamach skonstruować pewien syntetyczny obraz polskiego przedsiębiorcy (m.in. na podstawie badań prof. Małgorzaty Bombol z SGH uwieńczonych książką „Kształtująca się polska klasa wyższa”), wyglądał on z grubsza tak: prywatny biznes zaczynający się w garażu, potem harówka po kilkanaście godzin dziennie, sukces. Aż do zgromadzenia kwoty (od kilku do maksymalnie ok. 40 mln zł) dającej możliwość wycofania się z biznesu. Porzucenia owej harówki i rozkoszowania się życiem na łonie przyrody i rodziny, najlepiej w jakiejś ustronnej, dworkowej posiadłości.

Większość badanych z dominującej w polskim pejzażu gospodarczym grupy małych i średnich przedsiębiorców nie deklarowała ani większych ambicji budowy wielopokoleniowego imperium, nawet nie zachęcała specjalnie dzieci do przejęcia interesu (nie po to wszak harowali, by ich dzieci miały równie ciężko). Co ważne, dobro własnej rodziny okazało się dla nich wartością jeszcze istotniejszą niż dla ogółu prorodzinnego społeczeństwa, zaś zaangażowanie w dobro wspólne – jeszcze niklejsze. Na pytanie o przynależność do organizacji, stowarzyszeń, partii, rad nadzorczych, grup religijnych, zawiązków itd. tylko 6 proc. przedsiębiorców – respondentów prof. Bombol – odpowiedziało twierdząco. Tyle samo angażowało się w jakkolwiek rozumiane działania polityczne. 3 proc. zrobiło coś dla miasta czy gminy. Nikt nic – dla województwa czy regionu. Owszem, połowa przedsiębiorców komuś pomaga, ale raczej „z odruchu serca” niż w sposób zorganizowany. A jeśli już, to najchętniej w fundacji rodzinnej, wspomagającej biedne, chore czy zdolne dzieci.

Jak wynika z badań Fundacji dla Polski (2010 r.), większość przedsiębiorców sądzi, że społeczeństwo filantropów nie znosi: „Panuje przekonanie, że filantrop to ten, który na pomaganiu innym chce zrobić interes. W najlepszym przypadku filantropia określana jest jako fanaberia człowieka, który ma wszystko, a teraz bawi się w filantropa”. Toteż nic dziwnego, że nie słyszy się, by polski biznesmen postawił i podarował miastu gmach użyteczności publicznej, teatr (amfiteatr – owszem, opisywaliśmy na tych łamach taki przypadek), ufundował bibliotekę, szkołę, filharmonię.

Lepiej jest trochę, jeśli chodzi o sanktuaria. Jan Kulczyk był onegdaj tak hojnym sponsorem Jasnej Góry, że aż dostał od paulinów tytuł konfratra, Ryszard Krauze w 2006 r. podarował archidiecezji krakowskiej dom rodzinny Karola Wojtyły (teraz wadowickie muzeum), a Roman Kluska wsparł kilkunastoma milionami Sanktuarium Maryjne w Łagiewnikach. Ten ostatni zresztą – bądź co bądź znany filantrop – publicznie twierdził, że działania filantropijne w Polsce przeważnie „nie wynikają z chęci pomocy, tylko poprawy pozycji i konkurencyjności danego biznesmena”. Toteż polska elita pieniądza woli niewidzialność. Tyle że jej efektem ubocznym jest narastające przekonanie o jej egoizmie, bezduszności, wsobności.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną