Społeczeństwo

Kochaj i licz

Kochaj i licz: jak młode pary zarządzają swoimi finansami

„Niektóre pary, najczęściej początkujące, dzielą wydatki 50/50, ponieważ chcą być fair w stosunku do siebie”. „Niektóre pary, najczęściej początkujące, dzielą wydatki 50/50, ponieważ chcą być fair w stosunku do siebie”. Marta Frej
Rozmowa z socjolożką Martą Olcoń-Kubicką o tym, jak młodzi zarządzają swoimi finansami.
„Badaliśmy klasę średnią: pary studenckie oraz z wykształceniem wyższym, ze średnim wspólnym dochodem na gospodarstwo domowe 8 tys. zł netto”.PantherMedia „Badaliśmy klasę średnią: pary studenckie oraz z wykształceniem wyższym, ze średnim wspólnym dochodem na gospodarstwo domowe 8 tys. zł netto”.
Dr hab. Marta Olcoń-KubickaFelek Tuszko Dr hab. Marta Olcoń-Kubicka

ŁUKASZ LIPIŃSKI: – Prowadziła pani badania młodych, wielkomiejskich par. Ślub, mieszkanie, narodziny pierwszego dziecka – co było dla nich najważniejszym momentem?
MARTA OLCOŃ-KUBICKA: – Na pierwszym miejscu jest dziecko, potem mieszkanie, na końcu ślub. Zdecydowanie większą różnicę w posługiwaniu się pieniędzmi wprowadzało wspólne dziecko niż ślub.

„Urodzenie dziecka zwiększa przyczepność do podłoża o 100 proc.”, napisała kiedyś Dorota Masłowska.
Pojawienie się dziecka zdecydowanie zmienia konsumpcję, styl życia, sposób spędzania czasu, hierarchię wartości. To główny czynnik, który powoduje, że pary decydują się na wspólny budżet.

Na drugim miejscu jest mieszkanie i wspólny kredyt – zobowiązanie na 25–30 lat. Dopiero na trzecim miejscu jest ślub. W naszym badaniu były małżeństwa, które nie miały kredytu i dzieci, więc trzymały osobne pule pieniędzy i trochę puli wspólnej. Wraz ze stażem w związku ta pula się powiększa, ale nie tak bardzo, jak w sytuacji, gdy pojawia się dziecko i wspólny kredyt.

Jak dziecko zmienia hierarchię wartości?
Zmieniają się nawyki jedzeniowe, zwłaszcza gdy dziecko jest małe. Pojawia się zdrowa marchewka dla dziecka, bo ono zasługuje na lepsze produkty. Ogranicza się wyjścia do restauracji, ale to też kwestia braku czasu.

Czas spędzany z dzieckiem jest też ważny, np. wspólne wakacje. Jedna z par wzięła kredyt na mieszkanie oraz konsumpcyjny na wyposażenie i zabrakło im pieniędzy na wakacje za granicą. To sprawiło, że w ich odczuciu obniżyli swoją pozycję społeczną, gdzie zagraniczne wakacje raz w roku są wyznacznikiem przynależności do klasy średniej. Mieli poczucie, że natychmiast muszą gromadzić oszczędności, żeby to nadrobić.

Jeden z socjologów mówił mi ostatnio, że kiedyś wyróżnikiem klasy średniej był domek, dobry samochód czy technologiczny gadżet. Dziś to możliwość wyjazdu za granicę wtedy, kiedy mam zachciankę.
W naszych badaniach też coś takiego widzę. To nowy rodzaj luksusu związany z doświadczeniem, a nie rzeczami materialnymi. To doświadczenie powinno być też wyjątkowe – nie wycieczka z katalogu, ale samodzielne zaplanowanie wyjazdu, znalezienie lokum na Airbnb. Drugą kwestią jest luksus czasu: mogę sobie pozwolić na to, że wyjedziemy na przedłużony weekend.

Możemy minimalistycznie wyposażyć mieszkanie, ale powinniśmy pójść do teatru, pojechać w Góry Stołowe czy do Pragi. Ważniejsze zaczynają być jakość życia i doświadczanie, a nie wypełnianie przestrzeni materialnymi wyznacznikami.

Jak badani dzielili pieniądze między obowiązki a przyjemności?
Są różne kategorie wydatków. Opłaty stałe, czynsz, rata kredytu, rata za samochód, opłata za przedszkole, obiady w szkole – takie rzeczy miały priorytet. Te wydatki muszą być szybko uregulowane, żeby się nie pojawiły zaległości.

Polacy są zdyscyplinowani, jeśli chodzi o płatności?
Nasi rozmówcy byli bardzo zdyscyplinowani. Zdarzały im się różne zaległości w życiu panieńskim czy kawalerskim, ale start w dorosłe życie traktowali bardzo odpowiedzialnie. Potem pojawiały się inne kategorie, bardziej spersonalizowane: jedzenie, życie, przyjemności, wyjścia. Stałe pieniądze powinny zapewnić opłacanie bazy, a potem coś pozostaje do dyspozycji. I trzeba zdecydować, czy od razu wysyłamy jakieś pieniądze na konto oszczędnościowe, żeby ich nie widzieć, czy też żyjemy tak, jak chcemy, a potem, jak coś zostanie, to będzie miło.

Początek miesiąca jest kolorowy, a potem szaro?
Zdecydowanie tak. Widzieliśmy, że na początku miesiąca nasi badani chcieli odczuć, że te pieniądze wpłynęły i pozwalali sobie na restaurację, lepszy gatunek sera czy droższe owoce. Te pary, które miały arkusze czy kontrolowały swój budżet, na koniec miesiąca ograniczały wydatki. Nie wrócą taksówką z kina albo w ogóle nie pójdą do kina.

Co panią zaskoczyło?
Obecność rodziców w budżetach domowych par, w wielu wymiarach. Niektórzy sami o tym wspominali, inni tego nie dostrzegają. Mówią o sobie, że są bardzo niezależni, ale po analizie ich budżetów okazywało się, że rodzice do nich regularnie dosypują w różnej formie. W realizacji aspiracji i budowaniu dobrego życia w kapitalizmie przez młodą klasę średnią potrzebne okazuje się wsparcie rodziców. Może być to mieszkanie czy dołożenie się do wkładu własnego. Są prezenty dla wnuków, finansowanie zajęć dodatkowych, zakładanie im rachunków oszczędnościowych. I jeszcze gotówka, która przez cały czas spływa i ma różny status: prezentów, pożyczek „na wieczne nieoddanie”.

Na ile te prezenty od rodziców łączą się z tym, że chcą wpływać na życie dzieci?
Pieniądze są w wypadku rodziców narzędziem podtrzymywania więzi, bo często mieszkają w innej miejscowości. Ale też rodzice pieniędzmi nagradzają dorosłe dzieci za jakiś wybór życiowy: kupno mieszkania, ślub, dzieci, stabilizację. Do zagranicznych wakacji się nie dorzucą. Pieniądze są potwierdzeniem, że rodzice aprobują określone decyzje. Widzimy to w rozpoczętych właśnie badaniach, gdzie przyglądamy się temu, jak rodzice uzasadniają przepływy pieniędzy i majątku do ich dorosłych dzieci.

Kogo dokładnie pani badała?
W badaniu wzięło udział 28 par mieszkających w Warszawie i okolicach, pracujących w stolicy i prowadzących wielkomiejski tryb życia, w wieku od 21 do 37 lat. Badaliśmy klasę średnią: pary studenckie oraz z wykształceniem wyższym, ze średnim wspólnym dochodem na gospodarstwo domowe 8 tys. zł netto.

Co jeszcze was interesowało?
Godzenie życia uczuciowego z życiem finansowym w różnych sytuacjach życiowych. Wśród badanych były osoby, które dopiero zaczęły ze sobą mieszkać i ustalać kwestie związane z pieniędzmi – nazwaliśmy je roboczo początkującymi. Następnie były pary, którym niedawno urodziło się dziecko albo się go spodziewały. I trzecia kategoria to pary, które wzięły wspólny kredyt mieszkaniowy. Okazało się zresztą, że te pary, które spodziewają się dziecka, najczęściej równolegle biorą kredyt.

Jak te badania przebiegały?
Odwiedzaliśmy badanych z moim współpracownikiem Mateuszem Halawą kilka razy w ciągu dwóch lat, żeby zobaczyć, jak się zmienia ich życie finansowe w czasie. Jak wygląda, gdy nie ma dziecka, jak – gdy się rodzi, a jak – gdy już skończyło rok. Najpierw przeprowadzaliśmy wspólny wywiad we dwoje z parą. Dawaliśmy im dzienniczki finansowe, które potem wypełniali, żebyśmy mieli o czym rozmawiać na kolejnej wizycie. Po dwóch tygodniach wracaliśmy i Mateusz rozmawiał z mężczyzną, a ja z kobietą.

Czemu służyły takie rozmowy indywidualne?
Chcieliśmy odtworzyć biografię danej osoby związaną z pieniądzem: jak wyglądało życie finansowe w rodzinie pochodzenia, kieszonkowe, pierwsze zarobione pieniądze. Poprzednie związki często stanowiły negatywny punkt odniesienia: „z tym partnerem było tak, a z tym jest inaczej, lepiej”.

To jak to wygląda, gdy jeden z partnerów zarabia dużo więcej od drugiego?
To nie musi być problem. To zależy od tego, jak ludzie traktują pieniądze. Niektóre pary, najczęściej początkujące, dzielą wydatki 50/50, ponieważ chcą być fair w stosunku do siebie.

Jeśli pary planują dziecko, widzą przyszłość przed sobą, to dochodzą do tego, że ten podział się nie sprawdza. Często to szło w stronę wspólnych pieniędzy. Taki „wspólny kocioł” może też służyć ukrywaniu nierówności. Mamy wspólne 7 tys. zł i nieważne, że ktoś przyniósł pięć, a ktoś dwa.

Ale też możemy nie widzieć, kto wydaje te pieniądze.
Jeśli do wspólnego konta dołączona jest karta i nią się robi wydatki, to wszystko widać. Niektóre pary się umawiały, że będą robić większe zakupy, np. powyżej 50 zł, tylko kartą, żeby było wiadomo, jak się te pieniądze rozchodzą.

Co się dzieje, gdy jedna z osób w związku nagle zaczyna awansować i pojawia się dysproporcja w dochodach?
To zależy, czy chodzi o mężczyznę czy o kobietę. Większość par określała się jako partnerskie, ale w praktyce ujawniły się tradycyjne przekonania, że to mężczyzna powinien zarabiać więcej i to na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za zapewnienie fundamentów domu. Dlatego szukając mieszkania, wybiera się takie, z którego on ma do pracy bliżej. Natomiast kobieta może pozostawać bez pracy i nic się takiego nie dzieje.

Jak mężczyzna nie ma pracy albo mniej zarabia...
...to się pojawia kryzys. Taki pogląd był wyrażany i przez mężczyzn, i przez kobiety.

Kilka par twierdziło, że nie ma dla nich znaczenia, kto zarabia więcej. I rzeczywiście, w jednym przypadku mężczyzna pilnował rozwoju kariery kobiety, choć na początku ona nie była wcale z tego zadowolona. Kończył jej się urlop macierzyński, chciała zostać w domu i dalej opiekować się dziećmi, a mężczyzna tłumaczył jej: „musisz awansować, musisz się rozwijać”. Mężczyzna na początku zarabiał 8 tys. zł, a ona 2 tys. Po dwóch latach sytuacja się zmieniła, gdy ona założyła działalność gospodarczą i jej dochody przekroczyły jego zarobki.

Ale to był jeden przypadek, a w innych było milczące czy też wyrażane wprost założenie, że praca mężczyzny jest ważniejsza. Dostarczanie pieniędzy jest ściśle związane z poczuciem własnej wartości u mężczyzn.

W jednym przypadku mężczyzna stracił pracę i para opowiadała nam o tym jako o bardzo istotnym kryzysie. I w tym kryzysie pracy podjęli decyzję, że będą mieli wspólne pieniądze. Co ciekawe, mężczyzna nie miał tej pracy przez… 10 dni. A opowieść brzmiała tak, jakby to był długotrwały proces.

A co się dzieje, kiedy to kobieta zawodowo i finansowo przeskakuje mężczyznę?
W jednym przypadku mężczyzna od początku dążył do tego, żeby w przyszłości już nie musieć pracować, i angażował w te plany kobietę. Miało być tak, że teraz sobie wiele odmawiają, żeby w przyszłości móc żyć pełnią życia. Podczas ostatniej wizyty u tej pary zauważyliśmy, że kobieta przejęła ten sposób myślenia i zaczęła planować, że „może teraz kupię mieszkanie”. Ale nie mówiła „my kupimy”, tylko „ja kupię”.

Oboje zresztą chcieli kupować mieszkania, ale z różną intencją: on po to, żeby generowały dochody, a ona myślała o lokum dla dwójki ich dzieci, na przyszłość.

Niektóre badane pary tworzyły skomplikowane arkusze Excela, by kontrolować budżety domowe. Po co?
Czasem poświęcaliśmy im osobną wizytę, żeby zrozumieć, o co w nich chodzi. Każdy arkusz to osobna historia. U niektórych budzi zadowolenie i dumę, u innych frustrację. Arkusze zazwyczaj pojawiają się, gdy para ma plan lub marzenie w przyszłości, które wspólnie chce zrealizować, albo jest w trudnej sytuacji finansowej i próbuje domknąć budżet.

O jakie sytuacje chodzi?
Przykładowo, kiedy kobiecie kończy się zasiłek macierzyński i trzeba pomyśleć, co dalej. Inna historia: ktoś chce zmienić pracę, co wymaga inwestycji w studia czy dodatkowe szkolenia. Albo planują wziąć kredyt na mieszkanie i odłożyć na wkład własny. Lub właśnie wzięli taki kredyt i próbują ogarnąć życie, gdy co miesiąc schodzi rata z konta.

Czasem po prostu próbują ustalić, ile mają pieniędzy. Mają pieniądze na kilku kontach, spłacają kredyt mieszkaniowy, na jedno konto spływają pieniądze z wynajmu, na inne alimenty. Wtedy arkusz jest narzędziem, które skupia te informacje i pokazuje, na co tak naprawdę ich stać.

Na ile często młode pary mają wspólną kasę, a na ile osobną?
Istnieją różne modele, zależne od stażu związku. Są pary, które mają tylko wspólne konto, inne tylko osobne konta, jeszcze inne osobne konta i jedno wspólne. To jedno wspólne konto może obejmować tylko małą część całego budżetu, ale może też stanowić 90 proc.

Pary, które miały tylko wspólne konto, często nie musiały prowadzić arkusza, bo samo konto dawało im takie informacje. Arkusze prowadziły te pary, które miały wspólne pieniądze, choć niekoniecznie na jednym koncie.

Jak to działa w praktyce?
U jednej z par na początku arkusz nie służył do prowadzenia wspólnego budżetu, tylko był kalkulatorem do rozliczeń w perspektywie miesiąca. Pokazywał, że jedna osoba zrobiła zakupy za 300 zł, a druga zapłaciła za benzynę itd.

Odwiedziliśmy tę parę po roku, gdy wzięła kredyt mieszkaniowy, i widzieliśmy, jak ten arkusz się zmienił – stał się narzędziem planowania przyszłości. Nie byli małżeństwem, ale wzięli wspólny kredyt na 30 lat, co wydłużyło horyzont ich związku.

„O rany, to już na poważnie?”.
To czasem wywołuje nerwowe reakcje.

Arkusze prowadzi jedna z osób w parze czy obie?
Większość par robi to wspólnie, zarówno mężczyzna, jak i kobieta. Często ten Excel był na komputerze jednej osoby, a czasami w chmurze, więc można go było wypełniać jednocześnie. Ale nigdy nie było tak, że jedna z osób prowadziła taki arkusz, a druga nic o tym nie wiedziała.

Czasem arkusz służy do oszczędzania, tworzenia planów finansowych. Jak jest z konsekwencją ich realizacji?
Pary najczęściej trzymały się swoich ustaleń. Ale jedna z nich zbierała na ślub i w pewnym momencie mężczyzna kupił sobie motor. Narzeczona była wściekła, przez tydzień były ciche dni i dopiero po tym czasie zaczęły się rozmowy. I okazało się, że on nie uszczuplił kwoty przeznaczonej na wesele, tylko brał dodatkowe zlecenia, pracował w nadgodzinach, w weekendy. To były specjalne pieniądze, zarabiane w inny sposób. Resztę pieniędzy traktowali tak, jakby ich w ogóle nie było. Są nietykalne, święte, w ogóle nie można po nie sięgnąć.

To było rozwiązanie sytuacji, bo nie została złamana umowa między nimi. Można więcej robić z pieniędzmi, które są ekstra – np. premią, dodatkowym wynagrodzeniem, prezentem od rodziców czy ze sprzedaży w internecie.

Czyli do pewnego momentu mamy wspólny budżet, ale reszta jest na indywidualne wydatki?
Ludzie w parze wyznaczają sobie granice. To nie jest kwestia konkretnej kwoty, to bardziej umowne, np. do granicy pensji. I jeśli ktoś nadszarpnąłby taką umowę, np. kupił sobie coś niespodziewanego, to byłoby źródłem konfliktu.

Prowadziliśmy też rozmowy z osobami, które przeszły przez rozstanie czy rozwód. I tam zdarzały się takie sytuacje, że jedna z osób mimo umówionej puli naruszała tę umowę między nimi.

Na ile te arkusze są narzędziem władzy w związku? Albo kontroli jednego partnera nad drugim?
Pary opowiadają o arkuszach jako o wspólnym przedsięwzięciu. Bardzo unikały słowa „kontrola”, mówiły raczej o wiedzy, informacji. Pieniądze są źródłem konfliktów, których ludzie próbują jakoś unikać.

Kontrola się pojawiała, choć nasi rozmówcy często nie zdawali sobie z tego sprawy. Często mówili, że robią wszystko wspólnie, ale w praktyce to jedna osoba ma kontrolę nad budżetem. Ludzie różnie próbują sobie z tym radzić. Powiedzmy, że to mężczyzna sprawuje kontrolę…

A częściej to mężczyźni sprawują kontrolę?
W większości par zarządzanie było wspólne, ale jeśli już ktoś bardziej kontrolował budżet, to częściej mężczyzna.

W literaturze o budżetowaniu jest podział na kontrolę i zarządzanie. Kontrola jest wyżej w poziomie hierarchii, to decydowanie o tym, na co pieniądze zostaną wydane. A zarządzanie jest realizacją tego, co ta kontrola ustaliła. Ktoś płaci rachunki albo robi zakupy, ale to wcześniej zostało ustalone przez osobę, która mówi, że to trzeba zrobić.

Kiedyś pieniądze były trudnym tematem, ludzie nie chcieli o nich rozmawiać między sobą w związkach, a już szczególnie z kimś obcym. To się zmieniło?
Przystępując do badania, mieliśmy takie obawy. Włożyliśmy dużo wysiłku, żeby zapewnić ludziom anonimowość i przekonać, że nie będziemy poruszać tematów, o których nie będą chcieli rozmawiać. Ale wielu rozmówców zaskoczyło nas swoją otwartością, nie mogli się doczekać, żeby nam opowiedzieć o swoim stosunku do pieniędzy.

Zdajemy sobie sprawę, że w naszym badaniu nie uczestniczyły pary, w których wokół pieniędzy był ostry konflikt czy dochodziło do przemocy ekonomicznej. Ale historia pieniędzy w związkach i – szerzej – w rodzinach to historia nieopowiedziana. Jeśli się stworzy dobrą przestrzeń, ludzie zaczynają o tym mówić.

ROZMAWIAŁ ŁUKASZ LIPIŃSKI

***

Dr hab. Marta Olcoń-Kubicka pracuje jako adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN oraz jako główna badaczka w Max Planck Partner Group for the Sociology of Economic Life.

Polityka 28.2019 (3218) z dnia 09.07.2019; Temat z okładki; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Kochaj i licz"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną