Polityka. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

Subskrybuj
Świat

Gorąca linia z Putinem. Czy Biden zapewni Europie pokój? Drugiej szansy nie będzie

Spotkanie Joe Bidena i Władimira Putina. Genewa, czerwiec 2021 r. Spotkanie Joe Bidena i Władimira Putina. Genewa, czerwiec 2021 r. Denis Balibouse / Reuters / Forum
W tym tygodniu, może w ciągu najbliższych kilkunastu godzin, rozstrzygnie się, czy w Europie znowu będzie wojna. W grze o pokój głównym graczem są Stany Zjednoczone i ich prezydent.

Dla prezydenta Joe Bidena właśnie kończy się łatwy etap kadencji. Na wejściu witany owacjami i z otwartymi ramionami, mógł się skupić na przekonywaniu, że wszystkie problemy świata da się załatwić inaczej, niż chciał jego poprzednik: rozmową, negocjacjami, przyjaznym zaproszeniem do stołu, porozumieniem z sojusznikami i wizją przewidywalnych, stabilnych relacji nawet z zadeklarowanymi wrogami i przeciwnikami. Po kolei przywracał udział Ameryki w wielonarodowych gremiach opuszczonych lub lekceważonych przez Donalda Trumpa, ożywiał i zawiązywał nowe układy, dzięki którym USA miały być silniejsze, a ich partnerzy nabierać mocy. Wskazywał też kluczowych graczy, którym najbardziej ufał w różnych miejscach i do pewnego stopnia powierzył zarządzanie na odległość.

Zamysł był taki, by Ameryka delegowała bieżące problemy na innych, a sama mogła się skupić na odtworzeniu przygniatającego potencjału technologiczno-militarnego, który na powrót umożliwiłby jej ułożenie świata po swojemu za dekadę lub dwie. Ale gdy przyszło co do czego, los Europy musi negocjować przywódca USA, bo ambitni strategiczni autonomiści jakoś się do tego nie palą.

Zalewski: Biden zapowiada walkę o reelekcję. Ale czy wystartuje?

Czy Biden zatrzyma Putina?

Bo historia postanowiła nie czekać, a rywale nie mają zamiaru fundować Ameryce urlopu od problemów. W Azji komunistyczne Chiny coraz wyraźniej przygotowują się do zbrojnego przyłączenia Tajwanu, zbuntowanej od ponad pół wieku wyspy. Na wypadek amerykańskiego oporu grożą kosmiczno-hipersoniczną bronią o globalnym zasięgu, na którą Ameryka dziś nie ma ani odpowiedzi, ani obrony. Kryzys na Białorusi, rozpętany wspólnymi siłami Putina i Łukaszenki, oraz niewypowiedziana, ale oczywista groźba ponownej agresji Rosji na Ukrainę ożywiły widmo równoczesnej wojny w Europie. Co prawda na jej wschodnich peryferiach i nie wprost o amerykańskie interesy, ale na pewno o amerykańską wiarygodność i wizerunek.

Realia te zapukają do drzwi Gabinetu Owalnego, gdy we wtorek – jeszcze nie wiemy, o której godzinie – zabrzmi sygnał zwiastujący najważniejszą rozmowę w dotychczasowej karierze 46. prezydenta. Biden będzie wtedy zapewne siedział za słynnym biurkiem Resolute, ale wątpliwe, by trzymał nogi na blacie. Rozmowę będą śledzić najważniejsi ludzie z jego otoczenia: szef personelu Białego Domu, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, szef kolegium połączonych sztabów, sekretarz obrony, sekretarz stanu.

To będzie bardzo filmowa scena, być może trafi do jakiegoś serialu jako „samotność lidera”, bo w tym odcinku naprzeciw Putina, choć otoczony przez doradców, Biden będzie sam. W dodatku ze świadomością, że to nie film, ale kwestia pokoju i wojny, życia i śmierci, a jak coś się nie uda, dubla nie będzie.

Czytaj też: Rosja u granic Ukrainy. Co może zrobić Biden?

Ameryka chce kupić sobie czas

Demokratyczni prezydenci USA już byli w takich sytuacjach i przechodzili takie testy. John F. Kennedy przez dyplomację na najwyższym szczeblu połączoną ze zdecydowanym użyciem siły militarnej zdołał odsunąć nuklearne zagrożenie od brzegów Ameryki, a według dominujących dziś interpretacji zapobiegł trzeciej wojnie światowej. Niemal dwie dekady później Jimmy Carter na wieść o inwazji ZSRR na Afganistan wstrzymał ratyfikację traktatu SALT-II, odwołał z Moskwy ambasadora USA i zarządził bojkot igrzysk olimpijskich w Moskwie (powodów zresztą było więcej), a po cichu zaczął wspierać afgańskich mudżahedinów.

Tak dramatycznych momentów na wachcie demokratów w czasie zimnej wojny już nie było. W nowych realiach siły jako pierwszy użył Bill Clinton, który ze wsparciem NATO interweniował, by opanować kryzys w Kosowie. Rosja i Chiny oponowały w ONZ, ale były za słabe, by Amerykę i sojusz powstrzymać. Realia zmieniły się dziś diametralnie, ale także niepomiernie skomplikowały. Dziś wciągnięcie Ameryki w wojnę w Europie byłoby marzeniem Pekinu, a marzeniem Moskwy jest wybuch wojny na Pacyfiku, angażujący USA tak, by odsłoniły europejską flankę.

Obaj rywale tylko czekają, by wykorzystać okazję. Marzeniem Waszyngtonu byłoby więc, żeby odsunąć zagrożenie bez walki i kupić sobie więcej czasu. Bo Stany Zjednoczone są dziś nieprzygotowane do konfrontacji z silnymi przeciwnikami, nie mówiąc o konfrontacji z dwoma silnymi przeciwnikami naraz. To skutki strategicznej niekonsekwencji sprzed lat i przespania sygnałów wskazujących, że nadchodzą fundamentalne zmiany.

„Strategia półtorej wojny” zamiast dwóch

Od czasów Kennedy’ego amerykańskie siły zbrojne miały być gotowe do prowadzenia przynajmniej dwóch dużych operacji w różnych regionach świata jednocześnie, a dodatkowo zmagać się z trzecim, mniejszym kryzysem. Tzw. strategia dwóch wojen obowiązywała przez ponad dekadę, ale w latach 70. została zredukowana do „strategii półtorej wojny” – jednego wielkiego konfliktu z ZSRR czy Chinami i jednego na mniejszą skalę, powiedzmy: na Bliskim Wschodzie czy w południowo-wschodniej Azji.

Za prezydentury Ronalda Reagana postawiono wszystko na jedną kartę: zwycięstwo w wielkiej wojnie powietrzno-lądowej w Europie Środkowej, przeciwko ZSRR i jego koalicjantom z Układu Warszawskiego. Rozpad tych formacji i dywidenda pokoju lat 90. sprawiły, że Clinton miał relatywny spokój i choć wciąż planował wojskowo dwa konflikty naraz, to mniejszej skali.

Prezydentura Busha juniora, naznaczona atakami z 11 września 2001 r., to w praktyce był koniec wielkiej strategii. Ameryka pogrążyła się w globalnej wojnie z terrorem, która z roku na rok bardziej polegała na lokalnych interwencjach w celu zmiany reżimu, a nie obrony amerykańskich interesów. Niewypowiedziane na głos odejście od strategii dwóch wojen dokonało się w pierwszej dekadzie XXI w. i okazało trwalsze od politycznej kadencyjności. Barack Obama odziedziczył bałagan i nie zdołał go opanować, chociaż zaczął zauważać problem Chin i Rosji. To na jego „wachcie” Rosjanie znienacka zajęli Krym i rozpętali wojnę na wschodzie Ukrainy, a Chińczycy zaczęli się rozpychać na Morzu Południowochińskim.

Odpowiedzią był symboliczny powrót amerykańskich czołgów do Europy i mozolne inwestycje w morsko-powietrzny potencjał przydatny w odstraszaniu Chin. Realnie w wojnę jednak nikt nie wierzył. Donald Trump niewiele zmienił – punktowo uderzał na Bliskim Wschodzie, straszył piekłem Iran i Koreę Północną, na Chiny chciał wielkiej floty, a na Rosję broni „hydrosonicznej” (pomylił z hipersoniczną). Generałom i przemysłowi nakazał przyspieszenie modernizacji. Zaczęła się budowa szóstej generacji myśliwca i bombowca, broni hipersonicznej różnych typów, powstały siły kosmiczne, a zdolności walki cybernetycznej są po prostu kolejnym rodzajem broni dostępnym nawet na poziomie taktycznym.

Wilczak: Wojenne gry graniczne wokół Ukrainy. Czego chce Putin?

Czas na nowy tryptyk militarny

Amerykańska machina wojenna wciąż uchodziła wtedy za najpotężniejszą, ale jakoś pod koniec drugiej dekady XXI w. zaczęto zauważać jej braki i nieprzystosowanie względem ekspresowej modernizacji Chin i odbudowywanej potęgi Rosji. Nie chodzi wyłącznie o sprzęt, który był w użyciu od ponad 30 lat, a dziś jest jeszcze starszy. Strategia nie nadążała za zmianami geopolitycznymi. Zdawała się nie dostrzegać rozciągnięcia i skomplikowania potencjalnego frontu w Europie, nie miała dobrej recepty na ogromną odległość frontu na zachodnim Pacyfiku, nie odpowiadała jasno na zagrożenia rakietowe kreowane przez Rosję i Chiny już nie tylko dla sojuszników, ale dla amerykańskich baz i żołnierzy. Słabo odnosiła się do miejsc „pomiędzy”, takich jak Ukraina, która dziś wraz z Tajwanem jest najważniejsza na mapie, a którą może ktoś położy Bidenowi na biurku Resolute w czasie rozmowy z Putinem.

Dziś mało kto ma wątpliwości, że Ameryka znowu musi być przygotowana na prowadzenie dwóch wojen naraz, z dwoma przeciwnikami, z których każdy w pojedynkę jest bardzo groźny. Widzą to wojskowi; ich zdolność do skutecznej walki zależy od decyzji polityków i podejścia ich elektoratów. Jak to ujął emerytowany trzygwiazdkowy generał lotnictwa David Deptula, „30 lat temu mieliśmy strategię dwóch wojen i jednego poważnego przeciwnika, dziś mamy dwóch poważnych przeciwników i strategię jednej wojny”.

Administracja Bidena pracuje nad nową strategią bezpieczeństwa narodowego, strategią obronną i rewizją doktryny nuklearnej. Ten tryptyk strategiczny ma ujrzeć światło dzienne na początku 2022 r. Według sekretarza obrony odstraszanie ma być „zintegrowane”, obejmować nie tylko sferę militarną. Brzmi to nowocześnie, wielodomenowo, ale to też deklaracja braku gotowości.

Czytaj też: Polska na pierwszej linii starcia. Czy jesteśmy bezpieczni?

Rosja pędzi, Ameryka się spóźnia, Europa czeka

Amerykanie są bowiem spóźnieni przynajmniej o pięć lat, jeśli chodzi o rozwój nowej generacji uzbrojenia, a o dekadę, jeśli chodzi o wypracowanie skutecznych doktryn jego użycia. Co prawda mają samoloty piątej generacji, ale za mało, podczas gdy resztę lotnictwa taktycznego stanowią maszyny 30–40-letnie. Jeszcze gorzej jest z bombowcami. Siły lądowe nadal wykorzystują „wielką piątkę” sprzętu zaprojektowaną z myślą o atomowym polu walki z Układem Warszawskim. To wciąż broń groźna, ale przeciwnikowi dobrze znana. Bez adekwatnej reakcji pozostawała budowa przez Rosję nowych taktycznych rakiet i pocisków manewrujących. W efekcie najpotężniejsza armia świata nie ma praktycznie obrony powietrznej pola walki, a antyrakietowe patrioty są tak drogie w zakupie i użyciu, że nie zmieniają zasadniczo sytuacji.

Nie zdołali też Amerykanie doprowadzić do technologicznego przełomu – pełnego usieciowienia, ucyfrowienia i przyspieszenia procesu decyzyjnego przez zastosowanie sztucznej inteligencji. Nie zmusili oczywiście sojuszników w Europie, by wystarczająco szybko i głęboko zmodernizowali, powiększyli siły w obliczu rosyjskiego zagrożenia i nie musieli polegać na Ameryce. Opcje militarne naprawdę mają dziś ograniczone, nawet gdyby zdecydowali się zaangażować za cenę olbrzymiego ryzyka strategicznego. Zwłaszcza że przecież nie chodzi o kraj NATO.

Czytaj też: Atomowy straszak Putina. Czy Rosja użyje swojej broni?

Co dziś może Joe Biden?

Dlatego w rozmowie z Putinem Biden raczej nie będzie używał gróźb militarnych, one będą, ale na dalszym planie. Może dać do zrozumienia, jak dokładne jest rozpoznanie rosyjskich ruchów i czym można je zniweczyć. Powie, jaką broń dostarczy albo już dostarczył Ukrainie na wypadek konfliktu. Ostrzeże, jakie środki prewencyjne podejmie NATO, gdyby u jego granic rozgorzała wojna, a będą to kroki zapewne bardziej stanowcze niż siedem lat temu.

Ale kluczowe jest zintegrowane odstraszanie, które będzie musiało zadziałać jeszcze przed publikacją nowej strategii. Sankcje ekonomiczne, prawne, biznesowe, finansowe, technologiczne, ostracyzm dyplomatyczny (z wyjątkiem takich jak ta rozmów na szczycie) – wszystko w porozumieniu z krajami Unii Europejskiej i innymi graczami, jak choćby Zjednoczone Królestwo czy Australia. Taka koordynacja już miała miejsce i sprawa Ukrainy będzie kolejnym etapem wspólnych transatlantyckich środków upominających Rosję.

Tyle że to „więcej tego samego”, co do tej pory nie odstraszyło Putina, choć niewątpliwie było kosztowne dla rosyjskiej gospodarki, kremlowskich oligarchów, a nawet Rosjan niekoniecznie sympatyzujących z władzą. Gwarancji, że to zadziała, niestety nie ma.

Reszka: Kulikowski. Sadystyczny naczelnik donieckiego więzienia

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Katarzyna Nosowska dla „Polityki”: Jestem moim planem na życie

Dziś w stosunku do artystów jest coś chłodnego – mówi Katarzyna Nosowska, tegoroczna laureatka towarzyszącej Paszportom POLITYKI nagrody specjalnej Kreator Kultury.

Bartek Chaciński
20.01.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną