Przerażające relacje telewizyjne ze Strefy Gazy, obrazy morza ruin w palestyńskiej półenklawie i umierających z głodu lub niedożywienia dzieci zmieniły już opinie amerykańskiego społeczeństwa na temat wojny Izraela z Hamasem. Na jej początku, bezpośrednio po ataku islamistycznych bojówek i zamordowaniu 1200 izraelskich cywilów 7 października 2023, przeważająca większość Amerykanów popierała izraelską ofensywę w Gazie. Obecnie, według badania Gallupa, ponad 60 proc. jej nie aprobuje. Sondaże wskazują też na drastycznie malejące poparcie dla Izraela w całym jego konflikcie z Palestyńczykami, chociaż widać tu znaczne różnice związane z ideowopolitycznym podziałem Ameryki.
Narasta gniew wobec Izraela
Potępienie izraelskiej kampanii jest znacznie większe wśród wyborców Partii Demokratycznej, których młodsza część od dawna ocenia ją krytycznie. Prominentni politycy, jak przywódca mniejszości w Senacie Chuck Schumer i były szef kancelarii Obamy Rahm Emanuel, apelują do Jerozolimy o zawieszenie broni i zapewnienie ludności Gazy pomocy humanitarnej. Przywódca demokratycznej lewicy i senator Bernie Sanders zgłosił projekt rezolucji o wstrzymaniu pomocy wojskowej dla Izraela, jeśli nie zaprzestanie bombardowań. Wszyscy trzej to politycy żydowskiego pochodzenia.
Wśród Republikanów ok. 70 proc. nadal popiera izraelski wysiłek wojenny. Ale w ruchu MAGA narasta ferment niezadowolenia z bezwarunkowego sojuszu administracji Trumpa z Izraelem. Liderka jego ultraprawicowego skrzydła w Kongresie Marjorie Taylor Greene napisała w sieci, że „ludobójstwo, kryzys humanitarny i głód” są równie okropne, jak masakra Izraelczyków z rąk Hamasu 7 października. Greene jako pierwsza polityczka GOP użyła w tym kontekście terminu „ludobójstwo”, którym posługują się najsurowsi i na ogół lewicowi krytycy Izraela.
Greene jest znana z głoszenia teorii spiskowych o antysemickim podtekście, ale Izrael ostro potępili także tacy politycy jak kongresmen z Teksasu Lance Gooden oraz czołowi aktywiści MAGA, jak były szef kampanii wyborczej Trumpa Steve Bannon i popularny podkaster Joe Rogan. Argumentują oni, że bierność prezydenta wobec dramatu w Gazie na dłuższą metę zaszkodzi jego wyborcom i całej Partii Republikańskiej.
Czytaj też: Izrael ogłasza „przerwy humanitarne” w Strefie Gazy. O wiele za późno, o wiele za mało
Trump widzi głód w Gazie
W debacie publicznej w USA dominują w tych dniach rozterki wokół tragedii humanitarnej, a zwłaszcza klęski głodu w Gazie. Dziennikarze CNN i MSNBC ścierają się z przedstawicielami izraelskiego rządu, polemizują z ich tezami, że zdjęcia dzieci szkieletów to propagandowa manipulacja, a żywność nie dociera do Palestyńczyków, bo zabiera ją lub blokuje dostawy Hamas. Jerozolima twierdzi, że główną przyczyną problemu jest konflikt popieranej przez Izrael amerykańskiej organizacji Gaza Humanitarian Foundation z konwojami organizowanymi przez ONZ, które – zdaniem Izraelczyków – mogą wjechać do Gazy i dotrzeć do celu, ale z niejasnych powodów czekają na granicy. ONZ zaprzecza i twierdzi, że wojsko izraelskie odmawia zapewnienia im bezpieczeństwa. Jak jest naprawdę, trudno ustalić, bo wojskowe władze izraelskie nie dopuszczają niezależnych mediów do punktów dystrybucji żywności.
Swoje oświadczenie, że w Gazie jest głód, Trump wygłosił w poniedziałek podczas spotkania z brytyjskim premierem Keirem Starmerem, ale w następnych dniach nie potępiał Izraela. W środę powiedział, że armia z pomocą amerykańską zapewni odpowiednie dostawy żywności. Pytany, w jaki sposób, nie podał bliższych szczegółów. Jak oświadczył, powiedział Netanjahu, żeby zmienił kurs, nie wyjaśniając, co by to miało oznaczać.
Przedstawiciele jego administracji podkreślają tymczasem, że wbrew sugestiom niektórych mediów nie ma mowy o jakimkolwiek konflikcie czy nawet rozbieżności poglądów w kwestii palestyńskiej między USA a Izraelem. Oświadczenia w tym duchu złożyli ambasador amerykański w Jerozolimie Mike Huckabee i rzeczniczka Departamentu Stanu Tammy Bruce. „Nie ma żadnego rozłamu między prezydentem a izraelskim premierem”, zapewnił ambasador. Oskarżenia Izraela o ludobójstwo Bruce określiła jako „oburzające”.
Czytaj też: Gaza, wielki cmentarz i wielki głód. Netanjahu robi, co chce
Nie ma presji na Netanjahu
W zeszłym tygodniu doszło do zerwania rozmów na temat ewentualnego zawieszenia broni między Izraelem a Hamasem. Trwająca od ponad półtora roku wojna w Gazie kosztowała już życie ok. 60 tys. jej mieszkańców. Kilka dni temu francuski prezydent Emmanuel Macron zadeklarował gotowość Francji do „pełnego uznania” niepodległego państwa palestyńskiego. We wtorek Starmer oświadczył, że Wielka Brytania uzna takie państwo, jeśli Izrael nie zgodzi się na „natychmiastowy” rozejm.
W środę pytano Trumpa, czy poprze tego rodzaju propozycje krajów europejskich. Odpowiedź była jednoznaczna. „Jeśli się coś takiego zrobi, można by powiedzieć, że wynagradzamy Hamas. Nie jestem w tym obozie”, oświadczył Trump. Powtórzył tylko, że USA pomogą w utworzeniu „centrów dystrybucji żywności” w Gazie.
Komentatorzy w USA są sceptyczni – przypominają, że wiosną izraelskie władze wojskowe zablokowały na dwa miesiące dostawy żywności dla mieszkańców Gazy. „Nie ma wątpliwości, że Izrael używa żywności jako broni”, powiedział w telewizji MSNBC były ambasador USA w Maroko Marc Ginsberg.
Mimo fermentu w MAGA, gdzie niektórzy działacze ruchu potępiają Izrael, przeważająca większość republikańskich polityków w Kongresie tego unika. Nie widać też żadnych oznak, by Trump gotów był do wywarcia jakiegokolwiek rodzaju presji na Netanjahu. Jedynym w miarę skutecznym narzędziem nacisku byłoby choć częściowe wstrzymanie pomocy wojskowej. Tego Trump jednak nie zrobi i do poparcia takiego pomysłu brak większości w Kongresie.