I po odwilży. Trump wywołał furię w NATO. To zemsta, zazdrość czy zapowiedź nowego ataku?
Jeśli ktoś się ucieszył z odwilży, jaka zapanowała między USA a Europą w sprawie Grenlandii, jako oznaki porozumienia między „odwiecznymi” sojusznikami i powrotu do wzajemnego szacunku, to dobry nastrój zniweczył sam Donald Trump. Jeszcze przed opuszczeniem Davos w wywiadzie dla ulubionej dziennikarki ulubionej telewizji wygłosił zdanie, które wywołało bezprecedensowy protest. Pytany o relacje NATO z USA, prezydent powiedział: „Nigdy ich nie potrzebowaliśmy. Nigdy tak naprawdę o nic ich nie prosiliśmy. Wiecie, powiedzą, że wysłali jakieś wojska do Afganistanu, coś w tym stylu czy w tamtym. I tak właśnie było – trzymali się trochę z tyłu, trochę z dala od linii frontu”.
Było to zwieńczenie jego antynatowskich przemyśleń, które już wcześniej włączał do kilku przemówień i wypowiedzi, a w wywiadzie powtórzył: „Czy NATO byłoby po naszej stronie, gdybyśmy go potrzebowali?”, „NATO było jednokierunkową ulicą – my płaciliśmy 100 proc. kosztów”, „Mamy setki tysięcy żołnierzy w Niemczech, 50 tys. w innych krajach, nie tylko w Europie, ale innych miejscach, i chcemy, by to było z wzajemnością, chcemy być lubiani i szanowani”. Potem zadał jeszcze raz pytanie, czy NATO pomogłoby USA – i wygłosił stwierdzenie, które jest nie tylko kłamstwem, ale zostało odebrane jako obelga.
Czytaj też: