Lew zagłuszył furię o poranku. Iran broni się sam, na Rosję i Chiny nie może na serio liczyć
Wielka armada Trumpa, od tygodni zapowiadana jako główny oręż ataku na Iran, odegrała w sobotę prawdopodobnie drugorzędną rolę. Na cele w Iranie poleciały, oczywiście z pokładów niszczycieli, pociski manewrujące Tomahawk (na filmie zarejestrowano jedną z salw liczącą aż 21 pocisków). Jednak w pierwszym dniu akcji bezpośrednie zaangażowanie lotnictwa pokładowego z lotniskowca USS Abraham Lincoln (przebywającego gdzieś na Morzu Arabskim) czy USS Gerald Ford (na Morzu Śródziemnym u wybrzeży Lewantu) pozostaje ograniczone.
Być może to kwestia ochrony operacyjnej, bo sam prezydent Trump zapowiadał wymierzone w Iran działania sił USA i Izraela, a nie ma wątpliwości, że miał na myśli pokładowe lotnictwo morskie i odpalane z okrętów pociski dalekiego zasięgu. Odnotowany w mediach, choć niepotwierdzony przez U.S. Navy, został za to atak w przeciwną stronę. Lotniskowiec USS Abraham Lincoln miał być zaatakowany przez irańską rakietę lub drony. Brak dokładnego potwierdzenia jest częścią „mgły wojny”, która w naturalny i spodziewany sposób zapanowała nad izraelsko-amerykańską operacją.
Na razie mało o niej wiemy, powinniśmy się do tego przyzwyczaić i nie wyciągać zbyt daleko idących wniosków z fragmentarycznych danych docierających kontrolowanymi kanałami państwowymi lub trudnymi do weryfikacji kanałami prywatnymi, o niejasnej wiarygodności. Na wielki głód informacji na razie odpowiada wielki post.
Główny ciężar wziął Izrael
Co ciekawe, nie ma do tej pory żadnego potwierdzenia, by w pierwszej fazie operacji nad Iranem pojawiły się amerykańskie bombowce.