Zamęt wyborczy w Armenii. Putinowi to się może nie spodobać, dla Moskwy to akt wrogi
Niedzielny wieczór wyborczy w Armenii zaczął się od wojenki na sondaże exit polls, z definicji mające na gorąco zrelacjonować przybliżenie wyników rzeczywistych. Do 20 czasu polskiego nikt wiarygodny ich nie opublikował, więc w sieci pojawiły się wyniki zmyślone, których nijak zweryfikować się nie da, osobliwie chętnie kolportowane przez serwisy rosyjskie. Według nich przekonująco zwyciężyły ugrupowania dążące do zbliżenia z Rosją. Miały prześcignąć proeuropejską partię premiera Nikola Pasziniana. To stara szkoła dezinformacji. Chodzi o to, by zasiać niepewność, którą dałoby się później eksploatować, choćby w ramach oskarżeń rządu o wyborcze fałszerstwa.
Dla równowagi były też exit polls przeciwne – w tych doniesieniach to ekipa Pasziniana miała być kilka długości przed konkurentami. Rozstrzygnięcie tych wirtualnych zapasów przyniosą dopiero policzone głosy.
W nocy Armeńska Centralna Komisja Wyborcza podała, że podliczyła ich już 68 proc. Wygrywa Umowa Społeczna premiera Nikola Paszyniana, która zdobyła ponad 51 proc. podliczonych głosów, drugi jest sojusz Silna Armenia z 24 procentowym poparciem, trzeci Blok Armenia (9 proc.), czwarte ugrupowanie Kwitnąca Armenia (4 proc.). „To historyczne zwycięstwo. Obywatele Armenii stanęli po stronie państwa, niepodległości, przyszłości i pokoju” – oświadczył Paszinian.
Czytaj też: Nawet sojusznicy opuścili Putina. Kto mu pozostał?
Racjonalizacja porażki
Armenia zagłosowała w wyborach, które miały określić, czy pójść na zachód, czyli do Europy, czy na północ, czyli ponownie w objęcia Rosji. Taką stawkę głosowania zarysował rządzący od ośmiu lat premier.