Zamęt wyborczy w Armenii. Wygrała opcja zachodnia czy rosyjska? Trwa wojenka na sondaże
Wieczór wyborczy w Armenii zaczął się od wojenki na sondaże exit polls, z definicji mające na gorąco zrelacjonować przybliżenie wyników rzeczywistych. Do 20 czasu polskiego nikt wiarygodny ich nie opublikował, więc w sieci pojawiły się wyniki zmyślone, których nijak zweryfikować się nie da, osobliwie chętnie kolportowane przez serwisy rosyjskie. Według nich przekonująco zwyciężyły ugrupowania dążące do zbliżenia z Rosją. Miały prześcignąć proeuropejską partię premiera Nikola Pasziniana. To stara szkoła dezinformacji. Chodzi o to, by zasiać niepewność, którą dałoby się później eksploatować, choćby w ramach oskarżeń rządu o wyborcze fałszerstwa.
Dla równowagi są też exit polls przeciwne – w tych doniesieniach to ekipa Pasziniana jest kilka długości przed konkurentami. Rozstrzygnięcie tych wirtualnych zapasów przyniosą dopiero policzone głosy.
Armenia zagłosowała w wyborach, które miały określić, czy pójść na zachód, czyli do Europy, czy na północ, czyli ponownie w objęcia Rosji. Taką stawkę głosowania zarysował rządzący od ośmiu lat premier. Chciał, żeby jego rodacy wzięli udział w plebiscycie. Także o tym, do jakiego stopnia urealnić marzenia o Wielkiej Armenii i powoli poszukać zbliżenia z sąsiednim, do niedawna wrogim Azerbejdżanem. A także z Turcją, z którą Ormianie mają nierozliczone porachunki z coraz odleglejszej przeszłości.
Czytaj też: Nawet sojusznicy opuścili Putina. Kto mu pozostał?
Racjonalizacja porażki
Przedwyborcze sondaże Umowie Społecznej, ugrupowaniu premiera, dawały znaczącą większość w parlamencie i sporą przewagę nad podzieloną opozycją, także tą prorosyjską.