Ci wspaniali terroryści
Równość obywateli wobec prawa, wolność słowa i demokracja nie są w Rosji oczywiste nawet dzisiaj; w drugiej połowie XIX w. były standardem w zaledwie kilku krajach na świecie. Mimo to w ówczesnym Imperium Rosyjskim nie brakowało ludzi, którzy wierzyli, że zasady te można szybko wprowadzić w ich kraju. Przeważnie byli to młodzi idealiści, którzy nie chcieli przyjąć do wiadomości, że większości społeczeństwa ich wartości były obojętne. Wiedzieli za to świetnie, że na przeszkodzie stoi despotyczny ustrój i car. Panował wtedy Aleksander II.
W pierwszych latach swego panowania monarcha zarządził w imperium szereg imponujących reform społecznych i politycznych. W sądownictwie wprowadzono ławę przysięgłych i jawne procesy, znosząc kary fizyczne. W wojsku skrócono czas służby z 25 lat do sześciu, z możliwością dalszego skrócenia dla ludzi wykształconych. Większość guberni – poza „buntowniczymi” prowincjami, zamieszkanymi głównie przez Polaków – otrzymała samorząd ziemski. I wreszcie największa z reform znosiła pańszczynę chłopów, choć nie oddawała im ziemi na własność. Wszystko to były przełomowe zmiany, mające wyzwolić olbrzymią energię społeczną i budzące wielkie nadzieje. Szybko jednak okazało się, że car reformator i jego otoczenie reformując, chcieli po prostu wzmocnić imperium, nie mieli jednak zamiaru dzielić się ze społeczeństwem swą nieograniczoną władzą.
Katechizm rewolucyjny
Początkowo wątpiących w intencje cara nie było wielu. Skoro jednak nie istniały instytucje przedstawicielskie, jasne było, że niezadowoleni nie będą mogli się z władzą w żaden sposób porozumieć: pozostawała im rewolucja. Już w kwietniu 1866 r. jeden z niezadowolonych, członek organizacji, która nazywała się po prostu Organizacja (a jej najtajniejszy krąg – Piekło), Dymitr Karakozow, postanowił dać sygnał do buntu i usiłował zastrzelić cara. Chybił jednak lub też, według patriotycznej legendy, jakiś prosty człowiek podbił rękę z wycelowanym w Najjaśniejszego Pana pistoletem i Aleksander ocalał.
Na następne kilkanaście lat rewolucjoniści skupili się na mniej spektakularnych celach. Ich kółka były niewielkie, ulotne i rozproszone. Często też zajmowali się bardziej kształtowaniem rewolucyjnej autodyscypliny niż światem zewnętrznym.
Najsłynniejszym był bez wątpienia Sergiej Nieczajew, autor „Katechizmu rewolucyjnego”, podziwianego przez anarchistów w całej Europie, w którym dowodził, że prawdziwy rewolucjonista powinien porzucić konwencjonalną moralność i wartości, poświęcając się bez reszty walce o sprawę. Te pełne egzaltowanej bezwzględności recepty budziły wielką sensację i rozpalały wyobraźnię nie tylko rewolucjonistów, ale też statecznych obywateli, wśród których zyskały miano nihilizmu. W listopadzie 1869 r. Nieczajew z kolegami dokonał swego największego wyczynu: zamordowali spiskowca podejrzanego o współpracę z policją; stało się to dla Fiodora Dostojewskiego pretekstem do napisania słynnych „Biesów”.
W latach 70. radykałowie jakby złagodnieli, zyskali za to tysiące zwolenników i sympatię opinii publicznej. Ich działania skupiały się teraz na agitowaniu chłopów i robotników (których wszak było jeszcze wówczas w Rosji niewielu). Młodzi idealiści z miasta starali się zakładać na wsiach szkoły i uczyć chłopów różnych pożytecznych ich zdaniem rzeczy, przy okazji uświadamiając im niesprawiedliwość społeczną systemu. Owo chodzenie w lud sprowokowało brutalną reakcję rządu: ponad 700 spontanicznych społeczników aresztowano, prawie połowa dostała wyroki więzienia lub zsyłki na Sybir. Chłopi zaś pozostali głusi na ich apele.
Niektórym radykalnym działaczom, skupionym teraz w organizacji Ziemia i Wolność, zaczęło świtać w głowie, że pokojowymi metodami niewiele da się wskórać. Terror zyskał utalentowanego proroka w osobie młodego poety i publicysty nielegalnych pisemek Mikołaja Morozowa. „Inny sposób walki przedstawiał mi się jako beznadziejny” – pisał on, podając swym czytelnikom za wzór Wilhelma Tella i Karolinę Corday, zabójczynię Marata. Terroryści nie tylko nie mieli innych wzorców, ale nawet nazwy dla swej metody działania. Morozow nazywał ją jeszcze neopartyzantką. Wyczuwał już jednak świetnie tkwiący w niej potencjał. „Zabójstwo polityczne to jedyny środek samoobrony i jeden z najlepszych środków agitacyjnych” – pisał proroczo.
Nie pomylił się. Kiedy w styczniu 1878 r. działaczka Ziemi i Wolności Wiera Zasulicz weszła do biura komendanta garnizonu stołecznego generała Trepowa z rewolwerem i ciężko go raniła, wzbudziła nieskrywany aplauz opinii publicznej. Ława przysięgłych uznała, że powodowało nią słuszne oburzenie na generała, który nakazał wychłostać przypadkowo aresztowanego członka demonstracji politycznej, i uniewinniła ją.
W odpowiedzi na kolejne aresztowania w stronę donosicieli, policjantów, żandarmów i prokuratorów posypały się kule i bomby. Zginął nawet szef osławionej Ochrany, tajnej policji. Biuletyn organizacji ze stycznia 1880 r. stwierdzał, że „osoby i grupy społeczne, stojące poza naszą walką z rządem, uważane są za neutralne, ich osoby i majątki są nietykalne. Osoby i grupy społeczne, które świadomie i czynnie pomagają rządowi w walce z nami, jako naruszające neutralność, uważane są za wrogów”. W stosunku do wrogów zaś „cel uświęca środki, tj. wszelki środek wiodący do celu uważany jest za godziwy”.
Rewolucjonistki i rewolucjoniści
Członkowie Ziemi i Wolności upajali się sławą i niebezpieczeństwem. Chętnie paradowali w eleganckich strojach po Newskim Prospekcie lub omawiali swe plany w loży opery, obok notabli i arystokratów. Uderzającą cechą ruchu była duża liczba i wysoka pozycja kobiet – była to jedna z najbardziej sfeminizowanych organizacji politycznych ówczesnego świata. Jak nie bez racji komentował polski historyk, „obecność kobiet w spisku stanowi żywioł podniety... Emulacja płci galwanizuje cały zastęp”.
Przyszli organizatorzy zamachu na cara, Żelabow i Perowska, byli niezaślubioną parą. Ich miłość będzie jednym z szerzej komentowanych sekretów spisku, zaś lewicowi autorzy dowodzić będą później dość mętnie, że była to miłość platoniczna.
Jedna z rewolucjonistek, Wiera Figner, zanotowała: „Dziwnie było bić sługi, spełniające wolę tego, kto je posłał, a nie ruszać pana”. Na tajnych zebraniach pod koniec 1878 r. zaczęła krążyć kartka z rysunkiem myśliwego strzelającego do niedźwiedzia. Zaczęto wspominać o „ciosie w centrum” i o „ustrzeleniu niedźwiedzia”. Niedźwiedziem był Aleksander II. Ustalono, że zadania tego nie może się podjąć Polak ani Żyd, aby nie dawać pretekstu do narodowościowych represji.
Na zebraniu organizacji w Wielki Czwartek 1879 r. przeważył pogląd, że cara zabijać nie należy. Mimo to 2 kwietnia (wszystkie daty według tzw. starego stylu – przyp. aut.) Aleksander Sołowiew pięć razy strzelił do cara podczas spaceru nad Mojką i beznadziejnie chybił, choć monarcha wycofywał się na czworakach. W czerwcu doszło do rozpadu Ziemi i Wolności; zwolennicy terroru założyli Wolność Ludu (Narodną Wolę).
Na listopad zaplanowano spektakularny zamach na pociąg, którym car miał wracać z Krymu do Petersburga. Wielkim nakładem środków (kupiono dwa domy, a jedna z rewolucjonistek wyjednała posadę dróżnika dla zamachowca uchodzącego za jej ubogiego krewnego) przygotowano miny z dynamitu w trzech miejscach. Jedno car ominął, w drugim mina nie wybuchła, w trzecim ładunek, umieszczony w specjalnym podkopie, okazał się za słaby. Pociąg, w którym cara wcale nie było, wykoleił się bez ofiar w ludziach na rogatkach Moskwy. Dynamitu zabrakło, ponieważ kurier przypadkiem wpadł w ręce policji.
Nadzieje ścisłego kierownictwa, czyli Komitetu Wykonawczego, skupiły się teraz na Chałturinie – stolarzu, który przypadkiem otrzymał posadę w Pałacu Zimowym. Sypiał on w pomieszczeniu w suterenie położonej pod cesarską jadalnią. Gdy tylko dostał wychodne, powrócił z ładunkiem wybuchowym, który przechowywał we własnym łóżku. Nocami nie sypiał, bojąc się spowodować detonację. Raz znalazł się sam na sam z Najjaśniejszym Panem i chociaż miał w ręku młotek, nie zdecydował się go użyć, onieśmielony uprzejmością cara względem prostego człowieka. Mimo że chciał poświęcić życie dla walki o sprawiedliwość społeczną, musiał kraść pałacowe mienie, żeby nie odróżniać się od innych pracowników. Z jego obliczeń wynikało, że dynamitu potrzeba mnóstwo – między jego pokoikiem a cesarską jadalnią był przecież jeszcze pokój zajmowany przez gwardzistów.

