Drzewiecki Mirosław
Lodzermensch
Już nie wsadzają naszych
Wróćmy jednak do początku lat 90., kiedy Drzewiecki – już jako biznesmen z kilkuletnim stażem i dosyć sporym majątkiem wraz z siedemnastoma innymi łódzkimi przedsiębiorcami – zakładał Klub Kapitału Łódzkiego. Miał on reprezentować interesy przedsiębiorców przed organami władzy, wspierać ich w rozmaitych inicjatywach. – Wydawało się, że mamy nową Polskę, że trzeba coś zmieniać, że kapitał – czyli ci ludzie, którzy mieli już jakiś sukces gospodarczy – powinni brać swoje sprawy w swoje ręce. Inne były zamierzenia, inaczej się to wszystko później rozegrało – wspomina Drzewiecki, którego wybrano na wiceprezesa KKŁ.
W praktyce Klub stał się raczej organizacją towarzysko-snobistyczną. Wpisowe wynosiło 100 mln starych zł (tyle kosztował średniej klasy samochód). Klubowymi znaczkami były orły z 24-karatowego złota z rubinowym okiem. Członkowie klubu organizowali wystawne bale w pałacu największego XIX-wiecznego łódzkiego fabrykanta Izraela Poznańskiego. Zapraszali na nie całą śmietankę towarzysko-polityczną miasta. – W KKŁ skupili się współcześni Lodzermensche. Mieli pieniądze, chcieli mieć wpływy i władzę – mówi znany łódzki sędzia, który zetknął się potem z niektórymi klubowiczami na sali sądowej.
Pierwszym prezesem KKŁ został Michał K. – niegdyś pełnomocnik firmy polonijnej Dampex. „Wielkopański sposób bycia, pewność siebie – takim go zapamiętałem. Wydawało się, że pasuje na prezesa naszego Klubu” – mówił o nim po latach Drzewiecki. W 2001 r. Michał K. został skazany na dwa lata i 10 miesięcy więzienia za to, że na początku lat 90. wyłudził około 150 tys. dol. kredytu z banku i 900 tys. zł z Westy. Drzewiecki przekonywał wówczas dziennikarzy: „To normalne, że ludzie, którzy pracują przy pieniądzach, mają z nimi kłopoty. Te problemy dotyczą zwłaszcza okresu, kiedy przekształcała się gospodarka”. I dodawał: „Od kilku lat nie słychać, żeby wsadzali ludzi z naszego klubu”.
Nazwiska wielu dawnych klubowiczów przeniosły się bowiem z kroniki towarzyskiej do kryminalnej. Sławomir J. i Andrzej S. – współwłaściciele firmy Sajar, podobnie jak prezes KKŁ zostali w 2001 r. skazani za wyłudzenie pieniędzy z Westy. Obaj dostali za to po 4,5 roku więzienia. Janusza B. – założyciela Westy – oskarżono w latach 90. o zagarnięcie z tej firmy 30 mld starych zł. Proces do dziś się nie zakończył. Grzegorz Ł., prawnik najbogatszych łodzian i były łódzki radny, w 2002 r. przyznał się do skorumpowania prokuratora i ostrzeżenia znanych łódzkich biznesmenów o grożącym im aresztowaniu. Z kolei Mirosław R., właściciel kilku firm dziewiarskich, przyznał się, że w 1999 r. zlecił gangsterom wysadzenie firmy swego konkurenta. Obecnemu prezesowi KKŁ Andrzejowi P., niegdyś współwłaścicielowi drużyny piłkarskiej Widzewa, prokuratura postawiła dwa lata temu zarzut płatnej protekcji.
Po dawnej świetności Klubu Kapitału Łódzkiego niewiele zostało. Niedawno o mały włos zostałby eksmitowany ze swojej siedziby za niepłacenie czynszu.
Strażnik partyjnej kasy
W tym samym czasie, kiedy swą działalność rozkręcał Klub Kapitału Łódzkiego, Drzewiecki zaczął stawiać swe pierwsze kroki w polityce. Związał się z Kongresem Liberalno-Demokratycznym i to zaistnienie w mateczniku Platformy procentuje do dzisiaj (zakon KLD?). Pasował do wizerunku polityka liberała: z doświadczeniem biznesowym, ale nie w plastikowym garniturze i białych skarpetkach – jak to wówczas często wśród biznesmenów bywało (łódzkie gazety od lat przyznają Drzewieckiemu tytuł najlepiej ubranego łodzianina). W 1991 r. KLD zaproponował mu start w wyborach do parlamentu. Drzewiecki postawił warunek: jeśli ma kandydować – to tylko z pierwszego miejsca. I został posłem.
Gdy KLD połączył się z Unią Demokratyczną, tworząc Unię Wolności, Drzewiecki stał się jednym z głównych opozycjonistów szefa łódzkich struktur UW Marka Czekalskiego. Krytykował jego współpracę z SLD, zarzucał mu autorytarne kierowanie partią. Do najpoważniejszego konfliktu między nimi doszło w 1998 r. W kraju rządziła wówczas koalicja AWS-UW. Unia miała wskazać swojego kandydata na wicewojewodę łódzkiego. Czekalski przedstawił czterech kandydatów, ale politycy AWS nie zaakceptowali żadnego z nich. Propozycję objęcia funkcji złożyli Mirosławowi K., wówczas działaczowi Unii. Ten, nie czekając na partyjną rekomendację, przyjął posadę. Został za to wykluczony z partii. W obronę wziął go wówczas Drzewiecki (od wielu lat przyjaźnili się z Mirosławem K., co roku wspólnie wyprawiali imieniny). Mirosław K. był wicewojewodą zaledwie kilka miesięcy, po odejściu z funkcji zajął się biznesem, wkrótce potem został aresztowany pod zarzutem udziału w wyprowadzaniu pieniędzy z PZU Życie. Przyznał się do winy.
Gdy powstawała Platforma Obywatelska, Drzewiecki jako pierwszy łódzki poseł UW zadeklarował akces do niej. Za nim poszli kolejni posłowie. Działacze samorządowi skupieni wokół Marka Czekalskiego pozostali w Unii.
Drzewiecki został skarbnikiem nowego ugrupowania. Podobno w sprawach partyjnej kasy nikt poza nim nie ma w Platformie nic do gadania. Jego pozycji nie zachwiała nawet wpadka z kampanii przed wyborami prezydenckimi w 2005 r. Jako skarbnik Platformy odpowiadał wówczas za finansowanie kampanii kandydata tej partii – Donalda Tuska. Państwowa Komisja Wyborcza obliczyła, że komitet Tuska przekroczył o 460 tys. zł łączny limit wydatków na kampanię wyborczą i o ponad 2 mln zł limit wydatków na reklamę. „W końcówce kampanii popełniliśmy błąd. Przez nieuwagę dwa razy złożyliśmy identyczne zamówienie, stąd przekroczenie limitu o ponad 400 tys. zł. Nie mogliśmy przecież odmówić zapłaty kontrahentowi” – wyjaśniał Drzewiecki. PKW nie przyjęła tego wyjaśnienia i odrzuciła sprawozdanie finansowe komitetu Tuska. Platforma musiała wpłacić na rzecz Skarbu Państwa kwotę, o jaką przekroczono limity.
Moja osoba wygrywa
Łódzcy działacze Platformy, którzy Drzewieckiego znają od lat, dziwili się, że podjął się on roli ministra sportu w tak gorącym okresie, jakim są przygotowania do Euro 2012. Ich zdaniem Drzewiecki – delikatnie mówiąc – nie lubi się przepracowywać. Faktycznie: w ciągu 12 lat posłowania zaledwie czterdzieści razy wypowiadał się z trybuny sejmowej, zgłosił cztery interpelacje i dwa tzw. zapytania poselskie do ministrów. Nie wygłosił żadnych pytań ani oświadczeń. Wielu posłów więcej razy zabiera głos w ciągu jednej kadencji.
Zarzuty dotyczące jego niewielkiej aktywności poselskiej Drzewiecki odpiera przekonując, że robienie polityki nie polega na wygłaszaniu interpelacji. Jeszcze do niedawna większość artykułów prasowych, w których pojawiało się nazwisko Drzewieckiego (prześledziliśmy dokładnie archiwa kilku gazet) mieściło się w rubryce „kronika towarzyska” i dotyczyło jego obecności na rozmaitych bankietach (Drzewiecki jest duszą towarzystwa) lub imprezach sportowych albo wyjazdów na wakacje.
W 2001 r. Drzewiecki został przewodniczącym sejmowej komisji sportu. Jego przyjaciel Andrzej Pawlak przekonuje, że była to naturalna konsekwencja jego sportowych zainteresowań. W młodości Drzewiecki grał w piłkę nożną, w latach 90. oszalał na punkcie tenisa (w wolne dni grał po kilka godzin dziennie). Ostatnio gra namiętnie w golfa. Sportowej pasji oddaje się najchętniej na Florydzie (lata tam na dłużej co najmniej dwa razy w roku). Jego żona spędza tam większość czasu. Kiedyś zatrzymywali się w należącym do nich apartamencie w Miami (według oświadczenia majątkowego: 150-metrowe mieszkanie warte jest 250 tys. zł). Ostatnio kupili nowe lokum – tym razem za 700 tys. zł.
Dziennikarze „Gazety Wyborczej” w podsumowaniu prac komisji napisali, że pod rządami Drzewieckiego zamieniła się ona w kółko sportowe, że podczas jej posiedzeń panowała atmosfera jak u cioci na imieninach. Teraz, kiedy Polska stanęła przed ogromnym wyzwaniem, jakim było zorganizowanie Euro 2012, minister Drzewiecki miał pokazać nową twarz...

