Bartek Chaciński
10 listopada 2011

Rozmowa z Femim Kutim

Afryka dla Afryki

Wiedziałem, że nie mogę zostać lekarzem ani inżynierem, od początku miałem przed sobą tylko jedną drogę. Zresztą to oczywiste w Afryce, jeśli jesteś najstarszym synem. Nie wiedziałem tylko jak ani kiedy - mówi Femi Kuti.

Bartek Chaciński: – Co słychać w Nigerii?
Femi Kuti: – Jest ciężko, bardzo ciężko. Inaczej nie mógłbym tego ująć.

Jest pan muzycznym ambasadorem Afryki – i jako syn Feli Kutiego, i jako słuchany na całym świecie muzyk. To chyba samo w sobie niełatwe?
Każde życie jest trudne, więc nie ma co narzekać. Nie mogę powiedzieć, że jeśli mnie jest ciężko, to jestem z tego powodu kimś wyjątkowym. Politycy sprawili, że życie jest trudne dla wszystkich.

Mówi pan w imieniu Nigerii?
To tylko kolonialna nazwa kraju, której nie rozumiem. Mówię w imieniu znacznie szerszej społeczności.

Pana ojciec mówił w imieniu całego kontynentu, ale czy w tej chwili w ogóle można zabierać głos w imieniu Afryki?
Mam ten komfort, że w tej chwili mogę mówić w imieniu świata. Właśnie dlatego, że mamy czasy, gdy wszystkim, z wyjątkiem naprawdę nielicznych uprzywilejowanych osób, żyje się gorzej. Tyle że w Afryce mieliśmy ciężko od dnia zero. Więc gdy teraz Amerykanie narzekają na kryzys, dla nich to coś nowego, ale nie dla nas. W pewnym sensie ten strach wyrównał szanse. Nie ma oaz spokoju. Ludzie we wszystkich krajach obawiają się, że jeśli zbankrutuje gospodarka amerykańska, będzie to miało przełożenie na ich życie. Proszę popatrzeć na Bliski Wschód, na Egipt, na Syrię, zobaczyć, co się dzieje w Afganistanie i Iraku, proszę mi pokazać miejsce, gdzie większość ludzi jest szczęśliwa.

Co pan myślał, śledząc niedawne zamieszki w Anglii?
Gdyby to było 10 chuliganów, może bym nie pomyślał o kryzysie, ale mówimy o tysiącach młodych ludzi, a to poważny problem. Nie tylko w Londynie. Szaleją, kradną, zachowują się jak gangsterzy. I co, mielibyśmy teraz powiedzieć, że to są zwykli przestępcy? Nawet jeśli tak, to znaczy, że kraj w krótkim czasie wydał z siebie tysiące przestępców. To nie problem z młodymi ludźmi, tylko problem z krajem, z systemem politycznym. Anglia nie działa.

To może chociaż w Ameryce zmieniło się coś na lepsze wraz z odejściem George’a Busha, którego politykę pan krytykował?
Obama to miły człowiek, ale świat nie jest gotowy na rządy miłych ludzi. Wiele osób myśli, że on załatwi problemy naszego kontynentu. Nieprawda – Ameryka ma sama zbyt wiele własnych, mocno przeceniamy w Afryce znaczenie czarnoskórego prezydenta.

Jeśli nie Amerykanie, to może Chińczycy, którzy ostatnio mocno inwestują w Nigerii?
Trochę za wcześnie jeszcze, żeby oceniać to, co Chińczycy robią w Afryce. Ale jestem pełen obaw – to jak przeskoczyć z rozgrzanej patelni prosto w ogień. Chińczycy kupują od nas ropę. My eksportujemy ten surowiec od dawna, a sami mamy problemy energetyczne – słyszę o nich i czytam niezmiennie od lat 70. To jakiś absurd. Jest jedna droga dla Afryki: samowystarczalność i niezależność.

Sprowadzanie kapitału nie jest sposobem na rozwój?
Na pewno nie wtedy, gdy rządzą u nas chciwi politycy, którzy sprzedadzą cokolwiek dowolnemu nabywcy, byle mieć z tego procent. Tymczasem my musimy inwestować w siłę roboczą i inteligencję ludzką. Jesteśmy samowystarczalni, jeśli chodzi o żywność. Mamy surowce naturalne, diamenty, wiemy już sporo o edukacji. Ludzie na ulicy bardziej dbają o ten kontynent niż rządzący. A zapominamy często o mnóstwie tych, którzy dobrze wykonują w Afryce swoją codzienną pracę.

Protest pana ojca polegał na programowym odcięciu się od nigeryjskiej polityki, założeniu własnej artystycznej republiki. Jaka jest pańska alternatywa?
Panafrykański rząd. Ale od czasów Kwame Nkrumaha (zaangażowanego w ruch panafrykański prezydenta Ghany z lat 60. – przyp. red.) nie pojawił się nikt, kto mógłby poprowadzić cały kontynent w tym kierunku.

Często wraca pan pamięcią do wydarzeń z roku 1977?
Cały czas. Wracałem wtedy do domu ze szkoły. Klub i studio nagraniowe mojego ojca były po drugiej stronie ulicy. Budynki nie należały do niego, wynajmował to miejsce. Zobaczyłem tych wszystkich żołnierzy, którzy je otoczyli i podkładali ogień. Byłem zszokowany, pobiegłem do domu powiedzieć o tym mamie i siostrze. Już wcześniej atmosfera wokół ojca bywała napięta, więc zdarzało się, że wpadaliśmy do domu, wrzeszcząc dla zabawy: „Policja!”. Więc pierwszą reakcją matki i tym razem było: „Skończcie te żarty”. Długo musiałem ją przekonywać, że tym razem to już regularna wojna. Myśleliśmy, że ojciec zginął.

Czytałem, że poszło wtedy o piosenkę „Zombie”, która pokazywała wojskowych jako marionetki, bezmyślne automaty do wypełniania rozkazów.
Do tej pory nie wiadomo, kto stał za napadem, ale z pewnością rządzący wtedy krajem wojskowi byli bardzo zdenerwowani wydźwiękiem tej piosenki.

Otworzył pan na nowo słynny klub The Shrine prowadzony niegdyś przez ojca w Lagos. Obyło się bez problemów?
Mam bardziej dyplomatyczne nastawienie niż mój ojciec, ale bywały momenty, kiedy bałem się o swoje życie – ostatnie kłopoty mieliśmy dwa lata temu, gdy próbowano mnie zaatakować. Nie mam pojęcia, kto nasłał tych ludzi. Ale to był drobiazg w porównaniu z tym, co działo się wcześniej. Poza tym jednak wiele się zmieniło, ale to nie efekt zmian politycznych, tylko popularności muzyki mojego ojca w świecie. Tylu wykonawców w różnych krajach gra muzykę afrobeat [styl wymyślony przez Felę Kutiego – przyp. red.], że wiele osób na świecie obchodzą również losy klubu. Ktokolwiek chciałby go zamknąć, powiększyłby tylko popularność, znaczenie całego zjawiska.

 

Dlaczego muzyka – rozrywkowa, taneczna – niesie w sobie takie niebezpieczeństwo?
Bo obchodzi ludzi. Szczególnie młodych. Kiedy dzieciaki nie słuchają ojca, tylko muzyków na ulicy, okazuje się, że z całym sektorem rozrywki trzeba coś zrobić. Rozrywka stwarza też dysonans – to tak jak w Anglii, gdzie robią z kogoś gwiazdę, a potem wszyscy chcieliby żyć jak ta gwiazda, tylko nikt im nie zapewni odpowiednich warunków. Zostaną wtedy przestępcami, będą brali narkotyki. I jeszcze jedno: muzyka udziela głosu tym, którzy na niwie politycznej go nie mają.

Pana ojciec mówił, że „muzyka to broń przyszłości”. Ta przyszłość już nadeszła?
Nie zdziwiłbym się, gdyby tak było. Z całą pewnością muzyka nie jest jedyną bronią, ale podzielam w tej sprawie opinię ojca.

W każdym razie w sferze muzycznej Afryka broni się znakomicie. Śledzi pan nowych wykonawców zdobywających popularność na świecie?
To zainteresowanie rośnie od czasów mojego ojca. Wtedy była Miriam Makeba, był Hugh Masakela, potem Youssou N’Dour, Baaba Maal,

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zapisz się, by w każdy piątek otrzymać informacje o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych
Polityka on Facebook

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną