Rozmowa z Sandrą Korzeniak
Ma się polać krew
Jak sobie pani radziła z oczekiwaniami reżysera, kolegów, widzów wobec aktorki wcielającej się w ideał i ikonę?
Tak naprawdę to nie radziłam sobie. To było bardzo trudne... Kiedy słyszę, że coś muszę, to tym bardziej się przeciw temu buntuję i robię na odwrót. Jak podczas odbierania Paszportu: wszyscy wygłaszają to, co sobie wcześniej przygotowali, a we mnie jest jakaś blokada i coś szepce: nie. I jąkam się, wyduszam słowo po słowie, rozklejam się, robię tysiące przyruchów i tików. Pierwszy raz presję poczułam podczas grania Małgorzaty w „Mistrzu i Małgorzacie”. To powieść, która dla wielu ludzi jest jak Biblia. Znają na wylot bohaterów i wiedzą, jak powinni być grani. Tymczasem Krystian wymyślił ten spektakl wbrew wszelkim oczekiwaniom, na kontrze do legendy, obsadę też. Grając, fizycznie czułam niechęć widzów, ich rozczarowanie. (Wiem też, że tego potwora karmiła moja głowa, mój strach). Wyobrażenie Marilyn też wszyscy mają własne i konkurowanie z ideałem byłoby idiotyzmem. Wydaje mi się, że jakoś sobie z tą presją wygórowanych oczekiwań radzę, ale zdarza mi się przed wyjściem na scenę wymiotować z nerwów. Albo wypływają ze mnie litry łez – leżę z głową w dół, żeby nie rozmazały makijażu. Jakiś irracjonalny strach, pokłady kompleksów, brak wiary w siebie.
Jest pani urodzoną krakowianką, po studiach w krakowskiej PWST dostała pani angaż w Starym Teatrze w Krakowie. Po ośmiu latach przeprowadziła się pani do Warszawy. Skąd taka decyzja?
Decyzja odejścia ze Starego Teatru i wyjazdu z Krakowa długo we mnie dojrzewała. Nie mogłam się pogodzić z tym, że moje spektakle prawie nie są grane. Ciężko pracujemy, powstają wartościowe rzeczy, a potem pojawiają się na afiszu raz na dwa miesiące i schodzą po kilku, kilkunastu pokazach. „Gang bang” był grany dziewięć razy, „Zaratustra”, „Mistrz i Małgorzata”, „Polaroidy” – niewiele więcej, „Zbombardowani” – trzy razy. Poczułam, że dłużej tak nie mogę. Ale Warszawa to zupełnie inny świat niż Kraków. W Krakowie człowiek może być sam i nie odczuwać samotności, bo zawsze znajdą się grupy, do których, np. w knajpkach, można się przytulić. Takie zastępcze rodziny, które przygarną, gdy jest źle. Jan Frycz, gdy mu powiedziałam o wyjeździe do Warszawy, wypowiedział zdanie, które patronowało mojemu pierwszemu półroczu tutaj: Sandra, co samotność zrobi z tobą w tym mieście – to będzie piekło! Przez ponad pół roku po przenosinach do Teatru Dramatycznego nie pracowałam; żadnej roli, żadnej propozycji. Głowa podpowiadała mi same najgorsze scenariusze. Byłam totalnie sama. Samotność: bolesna, zwierzęca, do dna – że wyjesz i kulisz się jak zwierzę. Każdy dzień był jak zdychanie. I w końcu telefon od Krystiana: „Co ty na taki szatański pomysł, żebyś zagrała Marilyn Monroe?”. On jakby tchnął we mnie nowe życie.
Doświadczenie wielu aktorów uczy, że sukces jednej roli nie oznacza automatycznie natłoku kolejnych propozycji. Jak to jest w pani przypadku?
Od premiery „Marilyn” minęło kilka miesięcy, a pojawiła się tylko jedna propozycja. Grzegorz Jarzyna powierzył mi rolę Ateny w jego autorskim projekcie „Areteia”. To koprodukcja TR Warszawa z teatrami Zagłębia Ruhry. Próbujemy w Essen, mój partner – Odyseusz – gra po niemiecku, ja po polsku. Bardzo ciekawe, dziwne doświadczenie. I podobne wyzwanie jak przy roli Marilyn: jak zagrać boskość? Boskość?! Z jednej strony, bardzo chciałabym dostawać różnorodne propozycje od reżyserów, z których każdy w inny sposób czerpałby ze mnie. Dawać i brać – to sedno życia i pracy. Z drugiej strony, nie chciałabym jednak grać kolejnej roli tylko dlatego, że jest zupełnie inna od poprzedniej, a ja chcę udowodnić sobie i światu, że potrafię zagrać wszystko. Żeby wszyscy zobaczyli, jaki mam szeroki wachlarz możliwości. We wszystkim, co robię, musi być moja ciekawość – całkowicie ludzka potrzeba zgłębienia drugiego człowieka. Potrafię czekać. Marilyn mówi: „Ja czekam, bo wierzę, że warto czekać, a Wy?...”.
***
Sandra Korzeniak ur. w 1976 r. w Krakowie. Absolwentka Wydziału Aktorskiego krakowskiej PWST. W latach 2000–2008 w zespole Starego Teatru w Krakowie, od 2008 r. aktorka warszawskiego Teatru Dramatycznego. Największe kreacje stworzyła w krakowskich spektaklach Mai Kleczewskiej: Heleny w „Śnie nocy letniej” Szekspira i Cate w „Zbombardowanych” Sarah Kane oraz w przedstawieniach Krystiana Lupy: Małgorzaty w „Mistrzu i Małgorzacie” Michaiła Bułhakowa, Marii w „Zaratustrze” według Nietzschego/Schleefa, Edie Sedgwick w „Factory 2” oraz, już w warszawskim Dramatycznym, Marilyn Monroe w „Personie. Tryptyku/Marilyn”.

