Anna Świątek
11 października 2011

Licea niekształcące

W polskiej szkole średniej uczniowie już nie otrzymują wykształcenia ogólnego. Jesteśmy świadkami upadku intelektualnego kolejnych roczników młodych Polaków – pisze w dramatycznym tekście nauczycielka renomowanego liceum.

Następne ćwierć miliona absolwentów ogólniaków właśnie zaczyna studia. Opuszczą je za kilka lat jako lekarze, prawnicy, aktorzy, politycy, nauczyciele. Trzeba pogodzić się z tym, że ci spośród nich, którzy zdawali maturę po 2006 r., już nie mają ogólnej orientacji w świecie. Na licznych kierunkach studiów przez pierwszy rok prowadzi się kursy podstawowe, by móc w ogóle ruszyć z kształceniem na poziomie wyższym – absolwenci ogólniaków często nie mają również orientacji w tej wybranej przez siebie dziedzinie wiedzy.

Po przewrocie solidarnościowym przed polską oświatą otworzyła się wielka szansa. Zaczęły powstawać średnie szkoły społeczne i prywatne. Między nimi a szkołami publicznymi rozpoczęła się konkurencja, często oparta na ambitnych programach autorskich. Poziomem nauczania znacznie przewyższaliśmy Europę Zachodnią czy USA. Podczas gdy na polskich lekcjach matematyki uczniowie czwartej klasy liceum poznawali całki i logarytmy, ich francuscy czy niemieccy rówieśnicy uczyli się obliczać procenty. Do końca XX w. polscy uczniowie omawiali na lekcjach twórczość Reja w oryginale, a ich brytyjskie równolatki czytały wyimki Szekspira w tłumaczeniu ze staroangielskiego na język współczesny, a austriackie zadowalały się lekturą literatury klasycznej w wersji czytankowej. Kiedy polski program nauczania geografii umożliwiał jeszcze rzetelną orientację w świecie, uczniowie amerykańscy nie odróżniali państw europejskich od azjatyckich.

Wprowadzenie gimnazjum i trzyletniego liceum – w ramach kolejnej reformy edukacji – odebranie szkołom średnim praw do tworzenia programów autorskich, kasacja zajęć fakultatywnych, coraz bardziej redukowane programy nauczania, wprowadzenie mało ambitnej matury zewnętrznej, zniesienie niełatwych egzaminów na studia pchnęły lawinę obniżania poziomu.

Dziś prawie każdy absolwent polskiego gimnazjum kontynuuje naukę w liceum ogólnokształcącym. Często robi to ze strachu przed dokonaniem wyboru nietypowego (np. technikum specjalistycznego), z braku alternatywy (po likwidacji szkół zawodowych), ale głównie ulegając zakorzenionemu przekonaniu, że bez matury oraz ukończonych studiów wyższych nie znajdzie dobrej pracy. Znakomitej większości kandydatów do ogólniaków przyświeca jeden cel: uzyskać przepustkę na wyższe uczelnie. Nie chodzi o to, żeby wiedzieć i rozumieć, ale żeby zdać. W efekcie w liceum ogólnokształcącym przeważa liczba uczniów, którzy nie chcą się uczyć.

Chętnie cytowane przez polityków i media statystyki (w latach 70. studiowało 0,5 mln młodzieży, dziś – 2 mln) mają przekonywać, że polskie społeczeństwo mądrzeje i kulturalnieje, tymczasem realia średniej szkoły ogólnokształcącej wskazują, że z roku na rok polskie społeczeństwo prymitywnieje. Zabieganie o jak największą liczbę uczniów szkół ogólnokształcących dało efekt nie upowszechnienia, lecz spowszechnienia ogólniaka.

Spowszechniona szkoła

Ministerialne przepisy wychodzą naprzeciw niechęci do nauki.

Skrócony czas nauczania

Kolejne programy nauczania coraz bardziej ograniczają wymagany od uczniów zakres wiedzy ogólnej. Zminimalizowano czas nauki do dwóch i pół roku (trzecioklasiści kończą naukę w kwietniu), drastycznie ograniczono liczbę godzin lekcyjnych z takich przedmiotów jak chemia, biologia, historia czy kultura. Nauczanie np. fizyki w wymiarze jednej godziny tygodniowo przez dwa lata daje powierzchowną i głęboko selektywną orientację w przedmiocie.

Sprofilowanie wiedzy ogólnej

Kolejnym paradoksem jest sprofilowanie klas, w których dominują lekcje z dwóch wybranych przedmiotów. W klasie matematyczno-fizycznej ogranicza się liczbę lekcji historii, w humanistycznej – liczbę lekcji z przedmiotów przyrodniczych. Normą w liceum ogólnokształcącym stało się eliminowanie klas o profilu ogólnym, a w ich miejsce powołuje się klasy podporządkowane określonym kierunkom studiów, np. klasy geograficzno-matematyczne dla przyszłych studentów Szkoły Głównej Handlowej.

Kastracja humanistyki

Obowiązująca jeszcze rok – przypadkowa i zredukowana – podstawa programowa przedmiotów humanistycznych jeszcze ma skarleć. Wtajemniczanie w zagadnienia sztuki zredukowano do jednej godziny tygodniowo w wyłącznie jednym roku szkolnym. Zminimalizowanie zagadnień dotyczących korzeni kultury (Biblia, mitologia) odcina od jej fundamentów. Modne dziś odchodzenie od historycznego i kontekstowego nauczania literatury nie wyjaśnia jej wartości. Lektura wyimków utworów literackich nie tłumaczy ich sensu i znaczenia. Redukcja listy obowiązkowych lektur i innych tekstów kultury zawęża i fałszuje obraz ewolucji myśli.

Nauczanie odczłowieczone

Szkoła głowi się, jak uatrakcyjnić sposoby nauczania. Na lekcjach przemawiają komputery, rzutniki, nagrania – mało ciekawe dla uczniów oswojonych na co dzień z machiną elektroniczną. Coraz więcej nauczycieli komunikuje się z uczniami przez Internet, co nie motywuje do fizycznej obecności na lekcjach; uczniowie nie muszą chodzić do szkoły, by poznać polecenia czy opinie nauczyciela. Zrywa się kontakt osobisty ucznia z nauczycielem.

Żenujące egzaminy

Komisje egzaminacyjne z roku na rok obniżają kryteria oceniania egzaminów maturalnych. Do nauki nie motywuje powszechna i – co najgorsze – prawdziwa opinia, że nie trzeba solidnie się uczyć, by egzamin maturalny zdać. Taka sytuacja demoralizuje maturzystów, którzy nierzadko są zaskakiwani pozytywnymi wynikami. A przecież nie tylko uzyskanie wymaganych 30 proc. punktów oznacza żenująco niski poziom wiedzy i umiejętności, ale i 60 proc. punktów (przybliżona średnia krajowa), niestety, nie świadczy o przyzwoitym opanowaniu materiału.

Upadek szkół lepszych

Obniżanie kryteriów oceniania degraduje szkoły dotychczas renomowane. Dla wyników maturalnych przestało mieć znaczenie, które liceum maturzysta ukończył. Szkoły na wysokich miejscach list rankingowych tracą uzdolnionych kandydatów, bo tam utrzymuje się wysoki poziom wymagań i większe obciążenie nauką. A gimnazjaliści wychodzą z założenia, że nie ma sensu się uczyć, skoro z takim samym pozytywnym skutkiem można się nie uczyć. Ma to także związek ze zniweczeniem relacji między uczniem a mistrzem. Jeszcze nie tak dawno nauczanie przez wybitnych pedagogów wyróżniało uczniów; dziś wyjątkowość ucznia przestała się liczyć.

Spowszechnione wychowanie

Modne hasło nauczania bezstresowego „dostosowanego do dzisiejszych czasów” znajduje absurdalną realizację w przepisach sprzyjających uczniom, którzy nie chcą się uczyć. „Bardzo się starajcie, abym szkołę ukończył” – mówi uczeń spowszechniony, a szkoła odpowiada: „Na pewno nam się to uda”. I się udaje.

Nieprawdziwe usprawiedliwienia

Od wielu lat uczniowie pełnoletni mają prawo samodzielnie usprawiedliwiać swoje nieobecności. Ten kuriozalny przepis skłania do nieodpowiedzialności, jeśli nie do kłamstwa.

Rodzice mogą usprawiedliwić dowolną liczbę nieobecności dzieci, z czego najczęściej skwapliwie korzystają (uczniowi, który zaspał, mama pisze usprawiedliwienie zwalniające z lekcji z powodów rodzinnych). Uczy to nieuczciwości, podważa autorytet opiekunów i szkoły. W świetle takiej praktyki najwspanialsze lekcje wychowawcze nie przyniosą pożytecznych skutków.

Promocje z pałkami

Kolejny przepis mówi, że dopiero ponad 50-procentowa nieobecność ucznia na lekcjach określonego przedmiotu daje podstawę do niedopuszczenia go do promocji. Uczeń, który opuścił np. 60 lekcji matematyki, zdobywając przy okazji kilka ocen cząstkowych, może bez problemów zdać do następnej klasy. Nie uczy go to ani obowiązkowości, ani wartości lekcji,

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną