Recenzja filmu: "Roman Polański: moje życie", reż. Laurent Bouzereau
Roman by Polański
Przy takim natężeniu grozy, absurdu, splocie nieszczęścia i talentu, dokument o Polańskim mógłby trwać znacznie dłużej.
„Roman Polański: moje życie” stanowi próbę spojrzenia na artystę jego oczami i odpowiedź na kłamliwe wersje jego życiorysu.
Film Point Group/materiały prasowe

„Roman Polański: moje życie” stanowi próbę spojrzenia na artystę jego oczami i odpowiedź na kłamliwe wersje jego życiorysu.

Największą niespodzianką półtoragodzinnego dokumentu poświęconego Romanowi Polańskiemu nie są nieznane fakty ujawnione przez polskiego reżysera, który po niedoszłej ekstradycji do Stanów Zjednoczonych zdecydował się wreszcie przerwać milczenie. Raczej już silne emocje: łzy i wzruszenie, rzadko widywane na jego twarzy, wywołane wspomnieniami z przeszłości. Nie z powodu zatrzymania na lotnisku w Zurichu czy pobytu w areszcie. Te wydarzenia wywołują jedynie ironiczny uśmiech Polańskiego. Tym, co go naprawdę porusza, są wstrząsające wspomnienia z czasów okupacji, zwłaszcza losy jego rodziny i ojca, który w przeciwieństwie do matki przeżył, wrócił z obozu koncentracyjnego. Polańskiego łączyła z nim szczególna więź, o czym w filmie opowiada. Najważniejsze kwestie pozostają jednak niewyjaśnione. Dlaczego nie zamieszkali razem po wojnie? Co musiał czuć jako zraniony uczuciowo 12-latek pozostawiony samemu sobie?

Takich zagadek wymagających wnikliwszego potraktowania w biografii Polańskiego jest oczywiście więcej. Chociażby okoliczności zgwałcenia 13-letniej Samanthy Geimer, przyczyny ucieczki z Ameryki, rozliczne skandale obyczajowe czy szeroko komentowane w prasie romanse (czemu z kolei poświęcony był niedawny znakomity dokument Mariny Zenovich „Polański: Ścigany i pożądany”).

Film Laurenta Bouzereau gładko się po tym prześlizguje, trudno jednak czynić z tego zarzut. „Roman Polański: moje życie” stanowi próbę spojrzenia na artystę jego oczami i odpowiedź na kłamliwe wersje jego życiorysu powielane w ponad 30 książkach wydanych na Zachodzie. Reżyser świadomie prezentuje rację tylko jednej strony – skromnego, wrażliwego, niezłamanego przez amerykański wymiar sprawiedliwości 78-letniego filmowca przebywającego w momencie kręcenia dokumentu w domowym areszcie w Gstaad. Polański nie tłumaczy się z niczego, tylko w życzliwej atmosferze (wywiad przeprowadził przyjaźniący się z nim od 40 lat producent Andrew Braunsberg) powraca do przełomowych chwil, kreśli autoportret na własnych prawach, zgodnie ze swoim sumieniem.

Najwięcej uwagi (przeszło godzinę) poświęca rozliczeniu z dzieciństwem, rodzinnym relacjom, niezdanym egzaminom do szkoły aktorskiej i rozpaczliwemu pragnieniu wyrwania się z peerelowskiej (nie)rzeczywistości. Przyznaje – ale nie wprost – że nad jego życiem ciąży swoiste fatum, objawiające się makabrycznymi paradoksami losu. Choćby i takim – matka Polańskiego była w ciąży, gdy szła do komory gazowej w Auschwitz, wiele lat później jego żona Sharon Tate też spodziewała się dziecka i została zamordowana. Są też momenty lżejsze, wywołujące rozbawienie, a czasem podziw – jak ten, gdy Polański przyznaje, że samodzielnie nauczył się czytać z podpisów filmowych, przesiadując od rana do wieczora w kinie, starając się zapomnieć o zagładzie krakowskiego getta. Czy też gdy wyjaśnia, które sceny „Pianisty” odzwierciedlają jego doznania i dlaczego bliski jest mu Oliver Twist.

Czytelnicy autobiografii „Roman”, opatrzonej dwuznacznym mottem Polańskiego: „Najważniejsze to bujać w obłokach”, z łatwością rozpoznają w nim tego samego niepokornego narratora: obarczonego genialną pamięcią, poczuciem humoru i niesłychaną siłą charakteru. Przy takim natężeniu grozy, absurdu, splocie nieszczęścia i talentu, dokument o Polańskim mógłby trwać znacznie dłużej.

Roman Polański: moje życie, reż. Laurent Bouzereau, prod. Francja, 90 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj