Z pamiętnika wściekłej żony

Świetnie zna swoją widownię i wie, że należy do niej mówić prosto, mieszając humor z telewizyjnych sitcomów, rubaszne postaci, mocne dydaktyczne przesłanie rodem z kazań małomiasteczkowych pastorów i codzienne problemy murzyńskich kobiet, np. przemoc w domu.

Najważniejszym tworem Perry’ego jest Madea, bohaterka jego dramatów. To przysadzista, wygadana murzyńska „mama”, dowcipnie komentująca rzeczywistość („Zacznę chodzić do kościoła, jak otworzą sekcję dla palących”) i ustawiająca świat według swojego widzimisię (w filmie pomaga porzuconej żonie rozprawić się z mężem). Madeę zawsze gra w kobiecym przebraniu sam Perry, co występom nadaje posmak kabaretu, mimo że sam autor ma ambicję mówić o tematach całkiem poważnych, jak przebaczenie zdrady.

Jednak publiczność kocha Perry’ego i zrobiła z niego multimilionera (na wystawianych dramatach zarobił w ostatnich latach ponad 70 mln dol.). Przyszła zatem pora na kino: film „Z pamiętnika wściekłej żony” w Stanach także okazał się sukcesem, niezależnie od wzgardy zawodowych krytyków.

Film jest źle zagrany, fatalnie napisany i niewiarygodny fabularnie, jednak nie to stanowi o jego ostatecznej porażce. Świadczy o niej raczej fakt, że z powodu żenującej wręcz łopatologii chrześcijańskiego przekazu jest dla odbiorcy innego niż docelowy antyreklamą wszystkich szlachetnych wartości, jakie próbuje promować. A to już niewybaczalne.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj