U Pana Boga w ogródku
Nie naturszczycy, a aktorzy pełną gębą.

Kiedy ostatni raz pisaliśmy o filmie polskim? Nie pamiętam, obawiam się, że widzowie mogli zapomnieć, iż w Polsce kręci się w ogóle filmy. Już z tych powodów nowa produkcja Jacka Bromskiego zasługuje na życzliwą uwagę. Tym bardziej że to komedia, czyli gatunek przez naszych twórców praktycznie zarzucony (pomijam tzw. komedie romantyczne).

Wprawdzie można by czepiać się reżysera, że zrobił sequel – „U Pana Boga w ogródku” to dalszy ciąg bardzo popularnego przed paru laty „U Pana Boga za piecem” – ale nowy scenariusz wcale nie jest gorszy od poprzedniego. Pozostaje to samo miejsce akcji: Królowy Most na Podlasiu, ni to miasteczko, ni to wieś, gdzie z dala od wielkich traktów żyją sobie zwyczajni ludzie. Jedni chodzą do kościoła, drudzy do cerkwi, zaś o ład i porządek tego światka, w którym przecież i tak nic złego zdarzyć się nie może, dba komendant miejscowej policji, w równej mierze zajęty obowiązkami służbowymi, co troską o sprawy domowe. Krótko mówiąc, nic wielkiego się nie dzieje, do czasu jednak. Tak się bowiem składa, że niemal jednego dnia w tej na poły baśniowej krainie zjawiają się dwaj obcy. Jednym jest świeżo upieczony absolwent uczelni policyjnej, prawdę mówiąc, wyjątkowa fajtłapa, któremu dopiero rezolutny komendant da szkołę. Drugim zaś jest gangster w stanie spoczynku, korzystający z programu ochrony świadka koronnego. Jak się okaże, ochrona wcale nie jest taka szczelna, skoro w ślad za świadkiem pojawiają się killerzy. W spokojnej dotychczas miejscowości zacznie się za chwilę najprawdziwsze kino akcji.

Podobnie jak w poprzednim filmie Bromski zatrudnił, oprócz aktorów znanych, wykonawców z Białostockiego Teatru Lalek, którzy wnoszą lokalny koloryt i przede wszystkim pięknie mówią podlaską gwarą. To nie naturszczycy, lecz aktorzy pełną gębą, jak choćby znakomity duet Andrzej Beya-Zaborski (komendant policji) i Krzysztof Dzierma (ksiądz proboszcz).

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj