Irina Palm
Gdyby nie brawurowa rola Marianne Faithfull...

Belgijski reżyser Sam Garbarski zafundował widzom półtoragodzinną komedyjkę „Irina Palm” o babci o złotym serduszku, która w tajemnicy przed bliskimi zatrudnia się w burdelu, aby zebrać pieniądze na operację umierającego wnuczka. Praca jak praca, ważne, że uczciwa, a i ludzie wcale nie tacy źli, bo przecież każdy ma rodzinę lub o niej marzy i pragnie zapewnić swoim szczęście.

Choć początkowo robota wzbudza obrzydzenie w naiwnej kobiecinie, szybko udaje się jej zdusić psychiczne opory. Onanizując w haftowanym fartuszku mężczyzn, zerka na święty obrazek i rychło dochodzi do mistrzostwa w swoim fachu. Przed jej kabiną ustawiają się długie kolejki złaknionych uczuć mężczyzn i ona lekką ręką im je daje. Śmieszne jest i to, że gdy cała prawda wychodzi na jaw, niewdzięczna synowa nie wykazuje nawet odrobiny zrozumienia dla jej poświęcenia. Żyć jednak będą długo i szczęśliwie, bo to przecież bajka i nie sposób bez happy endu się obejść.

Gdyby nie brawurowa rola Marianne Faithfull (znakomitej piosenkarki i gwiazdy rocka), która uwiarygodnia swoim talentem wydumany charakter babcinej postaci, o filmie Garbarskiego szybko można by zapomnieć.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj