Recenzja filmu: "Zawodowcy", reż. Jon Avnet
Zawodowcy
Ciężkawe aluzje do klasyki kina policyjnego

Robert DeNiro i Al Pacino nie przepadają ponoć za swym towarzystwem i nawet w słynnej „Gorączce” Michaela Manna, gdzie po raz pierwszy wystąpili razem, każdy grał solo. W „Zawodowcach” stanowią duet, ale też nie mogło być inaczej, skoro odtwarzają parę nowojorskich policjantów, od 30 lat pilnujących porządku w tym mieście wszystkich grzechów głównych. Sądy mogą traktować przestępców ulgowo, ale oni wiedzą swoje i łatwo nie wybaczają. Okazuje się, że jest ktoś jeszcze w Nowym Jorku, kto myśli podobnie. Tajemniczy mściciel wymierza sprawiedliwość przestępcom, których pobłażliwie potraktował wymiar sprawiedliwości, na miejscu zbrodni pozostawia zaś zawsze wierszyk opisujący ogrom win zabitego. Nie są to szczyty poezji, ale przecież w tym wypadku liczy się treść. Duet ma za zadanie wytropić seryjnego mordercę.

Pomysł mało oryginalny, powie każdy kinoman, który widział niejeden film podobnie się zaczynający. Tu jednak jest jeszcze gorzej. Oto już na początku reżyser Jon Avnet używa chwytu wręcz nieprzyzwoitego, stosuje mianowicie „zmyłkę”, która ma sugerować, kto jest sprawcą, by w finale zaproponować rozwiązanie zaskakujące, które bynajmniej nie zaskakuje. Cała reszta też nie zachwyca, ani ciężkawe aluzje do klasyki gatunku, ani pseudofilozoficzne dialogi starych policjantów, którzy muszą w dodatku udawać, że są nadal wspaniałymi menami, więc chodzą na siłownię, rozmawiają o kobietach, a DeNiro figluje z młodą, bardzo wymagającą kochanką. Jeżeli tacy zawodowcy muszą grać w marnym filmie, to chyba w amerykańskim biznesie filmowym nie dzieje się najlepiej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj