szukaj
"Kochałem ją", czyli "Między słowami" w negatywie
Strzępy miłości, miłość w strzępach
Czy są sobie Państwo w stanie wyobrazić odwrotność filmu Sofii Coppoli „Między słowami”? Jego – powiedzmy - negatyw? Jeśli nie, zachęcamy do wizyty w kinie i obejrzenia „Kochałem ją” Zabou Breitman.
materiały prasowe

Daniel Auteuil (Pierre) i - grająca jego synową Chloe - Florence Loiret Caille
materiały prasowe

Daniel Auteuil (Pierre) i - grająca jego synową Chloe - Florence Loiret Caille

Mathilde (Marie-Josee Croze), czyli Miłość
materiały prasowe

Mathilde (Marie-Josee Croze), czyli Miłość

Po miłość najlepiej pojechać do Chin...
materiały prasowe

Po miłość najlepiej pojechać do Chin...

Wchodzący właśnie na ekrany polskich kin obraz „Kochałem ją” mało u nas znanej francuskiej reżyserki Zabou Breitman to jedna z tych historii, których początek w żaden sposób nie zapowiada końca (spokojnie, będzie bez spoilerów!). Czy to możliwe, że Chloe, jak jej się wydawało - szczęśliwa żona, matka dwóch rezolutnych córeczek, została ot tak, z dnia na dzień, porzucona przez męża? Jak to się stało? Czy można bardziej cierpieć? (Można!)

Początkowo, odrętwiała z bólu, nawet nie próbowała szukać na te pytania odpowiedzi. Była półprzytomna z bólu, zmierzając w towarzystwie opiekuńczego i bardzo współczułego teścia do domku w górach, gdzie miał jej pomóc w dochodzeniu do siebie. Zupełnie niespodziewanie przekonała się, że... historia lubi się powtarzać.

Jak ci pomóc, biedna Chloe? Nie wiem, ale opowiem ci moją historię. Też cierpię, cierpiałem przez tyle lat, dusząc to wszystko w sobie. Posłuchaj. Słuchasz, prawda?

Nie słuchała, przynajmniej na początku, ale Pierre, ojciec jej ukochanego-niewiernego, musiał o tym w końcu komuś powiedzieć. Pomoże na pewno sobie, pomyślał, może pomoże i jej?

To zdarzyło się w Chinach, minęło już 20 lat. Był szczęśliwym (o ile szczęście utożsamimy z rutyną) mężem, był ojcem. Do Chin poleciał, by załatwić dla swojej firmy kontrakt. Ważny, ale ileż było podobnych? I nagle – bum. Co się dzieje? Zapatrzył się. Zakochał się. A ona  tłumaczyła, bo taka jej była profesja. A on się tłumaczył. Przed Chińczykami. Bo zdębiał. Bo w głowie mu już była tylko ona. Mathilde.

Od tamtej chwili zaczęła się – by przywołać Petra Zelenkę - „opowieść o zwyczajnym szaleństwie” w niezwyczajnych okolicznościach. Pełne uniesień schadzki w hotelowych pokoikach, i tu, i tam, nigdy u siebie, ale zawsze ze sobą. Czy jednak na zawsze? Niczego sobie przecież nie obiecywali. Bez zobowiązań, choć z miłością. W tle –  także z tą, z jaką w domu czekała na niego, Pierre’a, niczego nieświadoma żona. (Chloe, już to czujesz, prawda?)

Tu zakończmy opowieść Pierre’a i przejdźmy do „konkretów”.  Poczynając od zaplecza, ogromnym plusem filmu jest pokazanie bardzo szeroko zakrojonej perspektywy tak czasowej, jak i geograficznej przy jednoczesnym zachowaniu pozorów kameralności. Oraz – a może przede wszystkim – wspaniałe ujęcia z Hongkongu (szczególnie z oddali, w szerokim kadrze, wygląda imponująco, co widać już na fotosach; świetna robota operatorska!). Jest więc światowo, ale i - kominkowo.

A aktorsko? Znakomicie wypadła Marie-Josée Croze (Mathilde). Spokojna, a zarazem szalona. Dumna, ale i uprzedzona. Zakochana, ale ostatecznie bezkompromisowa. Ciągle jednak prawdziwa. Daniel Auteuil natomiast jako Pierre jest przekonujący, tyle że czasem... aż za bardzo. Przekonujący, bo „wszystek jest miłością”, i to się czuje. Za bardzo, ponieważ mniej więcej w połowie filmu widz będzie go tracił z oczu jako „amanta”, a dostrzeże podstarzałego, śmiesznie zdziecinniałego faceta, co raczej nie było reżyserskim zamierzeniem. Podczas końcowej, najbardziej chyba tragicznej sceny z nim w roli głównej część widowni na pokazie przedpremierowym... parsknęła śmiechem.

„Kochałem ją” nie okaże się raczej najlepszym obrazem w aktorskim dorobku Daniela Auteuila (mając na uwadze jego pamiętne kreacje w „Mojej ulubionej porze roku” czy „Złodziejach”, w obu zresztą u  boku Catherine Deneuve). Jednak żaden inny film w tak uroczy sposób nie wydobył z Auteuila buzującego w nim (acz rzadko w ten sposób wykorzystywanego) potencjału komediowego. „Kochałem ją” komedią oczywiście nie jest, mimo licznych i zapadających w pamięć elementów groteskowych, ale to właśnie głównie dla nich warto będzie po latach wrócić do tego filmu (perełki!). Czy z jakiegoś innego powodu także? I kto będzie wracał? Wreszcie, kto teraz, natychmiast powinien udać się do kina?

"Kochałem ją" to film wprost stworzony (a w zasadzie - twórczo przetworzony, bo na podstawie książki Anny Gavaldy o tym samym tytule) dla tych, którzy w pociągu zawsze wybiorą miejsce przeciwne do kierunku jazdy, żeby przyglądać się temu, co już bezpowrotnie minęło. Dla tych, którzy nad perspektywę przedkładają retrospektywę. Odnajdą się.

Bo o ile chyba każdy kochał kiedyś niemożliwie i większość miała romantyczne złudzenia, u sporej części decydowało serce, nie rozum. Potrafili zaryzykować, stawiając wszystko - szczęśliwie - na jedną kartę. U reszty, w obliczu dylematu albo-albo, z miłością wygrywał ostatecznie konformizm; trudno przecież zrezygnować z „nagrody gwarantowanej” na rzecz wielkiego znaku zapytania. Tylko co w przypadku, kiedy wygrało się ciepłe bambosze, a tak naprawdę przegrało życie (wszak czymże innym jest życie li tylko przeszłością?).

Reszta, której obcy jest sentymentalizm, może film zobaczyć z komparatystycznej ciekawości. Dystrybutor „Kochałem ją” porównuje go bowiem dość odważnie - jak czytamy na plakacie - do „Między słowami” Sofii Coppoli. Podobieństwa rzeczywiście są, tyle że powierzchowne i nie zawsze pożądane. To podobieństwa w strzępach fabuły, w zarysie głównych postaci, w często komicznych efektach zderzenia Orientu z kulturą Zachodu, w przeniesieniu kilku zabiegów realizatorskich wprost z teatru. Ale i – w niemiłosiernych dłużyznach.

Coppoli udało się jednak osiągnąć coś więcej. U niej kurtyna z minuty na minutę delikatnie się podnosiła, stopniowo dawkując wiedzę, a co za tym idzie – potęgując napięcie. I ciekawość widza. Bez zbędnego patosu. W filmie Breitman jest zupełnie odwrotnie. Już niemal od samego początku mamy podane wszystko na tacy, bez ceregieli. Robi się tylko coraz tkliwiej (ckliwiej?). A kurtyna wraz z umykającymi klatkami filmu opada, powoli zasłaniając to, co już i tak wiemy.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj