Fragment książki „Herman Hesse. Wędrowiec i jego cień”
Dzieciństwo zawsze oznaczało dla Hessego dwie rzeczy: ściśle określone wydarzenia między narodzinami a wiekiem dojrzewania i późniejszy obraz tego okresu.
materiały prasowe

Dusza dziecka. Ucisk i rebelia

Świat pochodzenia a świat wymarzony

Dzieciństwo zawsze oznaczało dla Hessego dwie rzeczy: ściśle określone wydarzenia między narodzinami a wiekiem dojrzewania i późniejszy obraz tego okresu; wszystko, co pisał, zawierało w sobie określoną atmosferę, zawsze bliską, często bardzo intymną, a jednocześnie bardzo oddaloną jako część legendy, atmosferę oddziałującą niemal jak mit.

Zniszczona idylla w Calw i Bazylei, groźne bezpieczeństwo, bolesne zakończenia zbyt demonstracyjnych ucieczek, trwanie na manowcach bezradnej krnąbrności, wszystko to zrobiło z Hessego, przy całym jego niedostosowaniu do swojego czasu, autora sugestywnych obrazów z marzeń, zawsze tkwiącego w przeszłości albo w przyszłości, a nigdy bez reszty w teraźniejszości.

Marzenia i koszmary splatają się ze sobą w tej poetyckiej przestrzeni, to bardzo jasnej, to zupełnie ciemnej niczym w filmie, o możliwościach zarówno obiecujących, jak i destruktywnych, tkwiących w poszczególnych ludziach i całych kulturach.

Kiedy Hermann Hesse przychodzi na świat 2 lipca 1877 roku w Calw, jego dalsza droga wydaje się z góry określona. Bezwarunkowe zaufanie do Boga, charakteryzujące wszystkich członków rodzin Hesse oraz Gundertów (ze strony matki), przeprowadzało ich bezpiecznie przez wszelkie nieprzewidziane sytuacje życiowe i chroniło przed pokusą poszukiwania własnej drogi. Tego samego naturalnie oczekiwano również od Hermanna. W tej rodzinie nikt dotąd nie wyłamał się z ortodoksyjnego świata szwabskiego pietyzmu.

Zdarzały się takie próby, ale zawsze potem wyrażano skruchę, powracano i podporządkowywano się. Czymże jestem? Wszak tylko narzędziem w ręku Boga, to on zgodnie ze swoją niezgłębioną wolą jest pychą, a więc grzechem. W klanach Hesse i Gundertów rodzina jest zawsze najmniejszą komórką, realizującą jedyne wielkie zadanie: misje wśród pogan. Odnoszą sukcesy, i tylko wobec jednego poganina będą musieli skapitulować: wobec Hermanna, nowego członka rodziny, którego dziadek, doktor Hermann Gundert, ochrzci 3 sierpnia 1877 roku, nadając mu to tradycyjne imię.

Pochodzenie, tradycja, a jeśli tego nie starczy, także przykazania boskie były dotychczas dostatecznie silne, by odeprzeć każdą rewoltę. Dotychczas. Ale ten nowy Hermann pośród licznych Hermannów w rodzinie będzie inny niż obaj potężni patroni: dziadkowie doktor Carl Hermann Hesse i doktor Hermann Gundert – uczeni patriarchowie, którzy pozostawili po sobie mnóstwo listów i misjonarskich dzieł (wszystkie starannie zarchiwizowane dla potomności). Obaj strażnicy prawdy, wykształceni, nawet z doktoratem. A przeciw nim trzeci, dopiero co narodzony Hermann. Jako szesnastolatek porzuca szkołę. Ma już wtedy za sobą odyseję do Blumhardta w Bad Boll, cudownego uzdrowiciela i socjalisty, ale przede wszystkim guru pietystycznej pobożności, a także próbę samobójczą i pobyt w zakładzie dla nerwowo chorych. O włos byłby tam pozostał na zawsze, gdyby w ostatnim momencie nie przywdział maski skruchy i pokory. Rodzina z ulgą konstatuje ślady rozsądku. Jeszcze raz udaje mu się ujść cało.

Dopóki nie kupi sobie rewolweru. Jego opór, niecofający się przed zagrożeniem życia, wykorzystujący każdą lukę w pancerzu metafizycznej wiary, przekracza triumfalnie granicę wytrzymałości rodziców.

Hermann pod wpływem Nietzschego przynosi rodzinie niesłychaną nowinę: Bóg nie żyje! A jednak ferment poszukiwania Boga, nieulegająca wątpliwości pewność, że wszystkie ziemskie spełnienia są niewystarczające, również i w nim tkwi jako dziedzictwo jego pietystycznego pochodzenia: „To, że ludzie traktują życie jako lenno od Boga i próbują żyć, nie ulegając egoistycznym popędom, lecz w służbie i ofiarności wobec Boga, to największe przeżycie mojego dzieciństwa wywarło silny wpływ na moje losy”.

 

Dziadkowie

Patrzę na wnuków i coraz częściej rzuca mi się w oczy, że
Bóg się nie powtarza, lecz wciąż oferuje coś nowego, czegoprzedtem nie było.
Hermann Gundert, 8 czerwca 1877

 

Przed światem ojców, przeciwko któremu Hermann Hesse będzie się buntował, jest jeszcze świat dziadków. Sięga w tak daleką przeszłość, że jego historia zawiera również legendy. A przecież nawet biografie pradziadków starannie udokumentowano. Wszyscy członkowie rodzin Hesse i Gundertów żyją w bezpiecznym świecie protestantyzmu, rozumianego szczególnie surowo, i czują się powołani do wypełniania swojej misji. Dwóch dziadków o imieniu Hermann oraz wnuk – czy mówi to coś o potędze imion?

 

Wnuk nie stał się taki jak jeden z jego dziadków, zerwał z pietystyczną tradycją obu rodzin – a jednak zachował coś z ich ducha, przede wszystkim świadomość magicznego aktu odbywającego się w każdym nadaniu imienia. Pisarz Hesse zdaje sobie sprawę, że poświęcając się

słowu czytanemu i pisanemu, dysponuje bogatym rodzinnym zapleczem. Wiedzę tę – będącą owocem doświadczania przemian i drogi do samego siebie – wyprowadzi poza granicę, za którą znajduje się kraina sztuki, gdzie panują inne, lecz równie surowe prawa co wśród braci pietystów.

 

A teraz w rodzinie znowu pojawił się Hermann, syn, wnuk, prawnuk. Z jednej strony Hesse będzie się lękał, a z drugiej podziwiał później u swoich przodków, że zawsze byli niezachwianymi bojownikami

Boga. Jednakże ojciec, w którym matka widziała przede wszystkim pomocnika własnego podziwianego ojca Hermanna Gunderta, za bardzo zagradzał mu drogę do siebie samego. Przez długi czas nie mógł go więc podziwiać, tak jak podziwiał obu dziadków. Dopiero na starość odkrył, jak bardzo sam był podobny do ojca.

*

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Świat Książki.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj