Sceny z innego życia małżeńskiego
Relacja z umierania jako trójgłos.

Niedługo przed premierą „Scen z życia małżeńskiego" Ingmar Bergman, czterokrotny rozwodnik i uwodziciel niezliczonej ilości kobiet, poślubił swą wieloletnią przyjaciółkę Ingrid von Rosen, na  przekor zdrowemu rozsądkowi, sprzeciwowi przyjaciół i rodzin obojga. Przyczyną był pogarszający się stan zdrowia Ingrid. Wydobrzała jednak i oboje cieszyli się sobą przez 20 lat szczęśliwego małżeństwa. W połowie lat 90. von Rosen zmarła na raka. 10 lat po jej śmierci Bergman zdecydował się opublikować pisane w okresie choroby pamiętniki, które wychodzą u nas jako „Trzy dzienniki". W przedmowie zaznacza, że nie są literaturą, ale raczej dokumentem, dlatego nie starał się w żaden sposób porządkować czy cenzurować tego, co wspólnie zapisali.

„Trzy dzienniki" to pisana dzień po dniu, od 10 października 1994 do 20 maja 1995 roku, relacja z umierania rozpisana na trzy głosy: umierającej na raka Ingrid, jej dorosłej córki Marii i samego Bergmana. Niesamowity jest sposób, w jaki się te relacje dopełniają. Wszystko skupia się rzecz jasna na Ingrid i jej cierpieniu. Ze zrozumiałych przyczyn jej dziennik jest najbardziej lakoniczny, dotyczy spraw najbardziej podstawowych: nieznośnego bólu, cierpienia wywołanego świadomością śmierci i rozstania z bliskimi, upokorzeń towarzyszących konieczności zdawania się na innych. Ingmar dramatycznie obwieszcza: „Koniec z 76-letnim dzieckiem!". Sam coraz bardziej zniedołężniały, musi stawić czoło chorobie kobiety młodszej o 12 lat, o której myślał zapewne, że to ona będzie się kiedyś opiekować nim. Teraz on jej matkuje, wspiera duchowo, dojrzewając do zupełnie nowej roli. Jednak większość obowiązków spada na Marię, która bierze na siebie zarówno kwestie organizacyjne, jak i całą mroczną, fizjologiczną stronę.

Sam reżyser, uchodzący za potwora i egocentryka, który w filmach roztrząsa ekshibicjonistycznie meandry własnej schorowanej duszy, nagle stanął ze swoim egocentryzmem prosto w twarz. Wobec choroby Ingrid traci grunt pod nogami. Nie przerywa jednak pracy, pozwala się żonie wyręczać w drobnostkach, wspólnie oglądają telewizję. Mimo że koniec jest nieubłagany, stara się nie okazywać rozpaczy w obecności Ingrid - wtedy właśnie „Dziennik" stanie się ostatnią instancją, do której będzie się można odwołać.

Jak pisze Bergman, jedynym usprawiedliwieniem dla drukowania tych tak intymnych zwierzeń jest chęć ulżenia w cierpieniu. I tu się zaczyna problem. Z jednej strony, „Trzy dzienniki" to książka wstrząsająca i porażająca autentyzmem i szczerością w mówieniu o cierpieniu. Z drugiej, w sposób celowo dramatyczny opisująca odchodzenie. Czy mamy do tego prawo?

W schyłkowej fazie choroby, choć dopuszcza bardziej wstydliwe aspekty rozstania, Bergman, ten słynny ateista, czemu dawał wyraz w filmach, zacznie wspominać o możliwości późniejszego spotkania. Rozstanie nie może być definitywne. We wstępie przepięknie scharakteryzował łączącą go z Ingrid miłość: „Najważniejszym w naszym wzajemnym uczuciu był nieprzerwany strumień bezsłownej rozmowy wewnętrznej". Ta rozmowa trwa także po śmierci.
 

Ingmar Bergman, Ingrid von Rosen, Maria von Rosen, Trzy Dzienniki, tłum. Z. Szczepański, wyd. słowo/obraz terytoria, 2007
 

  
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj