Fragment książki "Plac zabaw"

Niedługo potem Kociak dostaje propozycję zostania twarzą, a właściwie pachą, linii dezodorantów Lawenda. Nasz klient chciałby zdobyć siedemdziesiąt procent rynku, chodzi o produkty dla mężczyzn, to jest rynek trudny, musimy więc uderzyć mocno, tłumaczy im kreatywny Jarek, wygolony na łyso, z kozią bródką i kolczykiem w lewym nozdrzu, w szeleszczących spodniach z czarnej skóry. Nasz koncept opiera się na slogo „Dezodorant dla prawdziwych mężczyzn", które musimy nasączyć treścią, dlatego zwróciliśmy się do pana, przepraszam, czy mógłby się pan rozebrać, chciałbym pana zobaczyć w toplesie. Jarek mówi takim głosem, jakby się trochę ze sobą pieścił, jakby samego siebie parodiował, Kociak ogląda się na Gabrysię, ona go tu przyprowadziła, nie informując o celu spotkania.

Kociak podejrzewa, że jak zwykle chodzi o seks, nie ma jednak akurat ochoty na tercet, poza tym kreatywny Jarek mu się nie podoba, na milę morską czuć, że uprawia biathlon, tymczasem Kociak to tradycjonalista, nie ceni takich zawodników, uważa, że trzeba się zdecydować na jedną konkurencję, tę czy inną, ktoś, kto jednocześnie pływa i na przykład rzuca oszczepem, nigdy nie osiągnie dobrych wyników w żadnej z tych dyscyplin. Gabrysia jednak ma obojętną minę, uważa, że Kociak powinien się rozebrać, skoro go o to proszą, jest chyba, do licha, profesjonalistą, choć nie wiadomo, jaki właściwie teraz wykonuje zawód. Nie otrzymuje więc wsparcia, podporządkowuje się, ściąga marynarkę, a potem koszulę. Jarek patrzy na niego ze swojego fotela, wstaje, obchodzi Kociaka dookoła, poufałym gestem maca jego bicepsy, naciska mięśnie na torsie, sprawdzając ich sprężystość, jakby ta scena rozgrywała się dwa tysiące lat wcześniej na targu niewolników, załóżmy, pod Ostią. Kociak już wie, że za chwilę da mu w zęby, gdyby nie Gabrysia, zrobiłby to już dawno, kozia bródka jest jej dobrym znajomym, wyczuwa w Kociaku napięcie, wraca szybko na swoje miejsce, dziękuje mu, proszę się już ubrać, mówi. Wyciąga z szafy jakiś gruby skoroszyt i pokazuje im reklamy tej firmy w innych krajach. Wszędzie ten sam koncept i slogo, tylko różne headline'y, tutaj Tatar z łukiem i wąsami, tam samuraj, gdzie indziej Zulus, widać też hoplitów i rzymskich legionistów.

Od tego zawsze zaczynaliśmy, mówi Jarek, potem pojawiało się coś współczesnego, na przykład siłownia albo polowanie, a potem inne wariacje na temat, zależnie od tego, kto był ambasadorem marki, detektyw czy aktor grający policjanta, o, jak tu, pokazuje im. U pana oczywiście chcemy wykorzystać popularność programu, ale nasz klient chce, żebyśmy od razu przedstawili mu pomysły do kilku linii, rok czy dwa lata do przodu, koncepcja musi być wyrazista, musi zawierać rozwój bohatera, ewolucję pojmowania męskości, kto wie, czy jeśli podpiszemy umowę, za kilka lat nie będzie pan musiał, na przykład, karmić piersią niemowlaka albo przeciwnie - robić czegoś zgoła innego, śmieje się, Gabrysia też, a Kociak nie, bo nie wie, co oni mają na myśli, karmienie piersią to już dla niego szczyt upadku, czyli dno, co może być głębiej, powiedział zgoła, czyżby chodziło o striptiz? Chce wyjść, po co tu przyszedłem, myśli, zostaje jednak, a niedługo potem czyta kontrakt, przygotowany specjalnie dla niego, na pięć lat z opcją przedłużenia na kolejne pięć, o ile nie zajdą okoliczności opisane w paragrafie trzynaście. Warunki są dobre, sesje do reklam dwa razy do roku, zakaz pracy dla bezpośredniej konkurencji, poza tym musi bywać i być twarzą, tam gdzie bywa, musi symbolizować, wyrażać pragnienia, a już oni zajmą się resztą, wizytami w plotkarskich programach, sponsorowaniem jego pobytów, fotografowaniem go dla kolorowych pism, a druk tych sesji jest powiązany z, czyli wymuszony umieszczaniem reklam dezodorantu Lawenda, raz na kwartał, nie częściej niż raz na miesiąc, Kociak musi poderwać nową kobietę i rozstać się z poprzednią, albo nie, może też którejś obiecywać ślub, być z dwoma równolegle albo do którejś wracać, poza tym wszystko zależy od jego inwencji, byle brukowce dostawały swój żer i nie ryczały głodne, bo wtedy głupieją, zaczynają się kierować emocjami, na przykład odgryzają nogi pracownikom tego zoo. Na szczęście dla Kociaka to nie problem, zawsze coś upoluje i przyniesie w zębach, choćby głupią gęś albo kaczkę.


Teraz jest znacznie łatwiej, już od pierwszych odcinków Negocjatora stał się rozpoznawalny, miał gotowy początek konwersacji, wystarczyło, że przybrał pozę, wykonał gest, a już miękły, zauważył, że gdy wchodzi do pomieszczenia, słychać głośne „uuuuuuu", a może tylko tak mu się zdaje, w każdym razie nie trzeba wykonywać całego tańca godowego, wystarczy podać numer pokoju albo gdzie zaparkował auto. Z facetem z telewizji każda chce, co najmniej porozmawiać, może ją wkręci do programu, najlepiej to działa na prowincji, ty, ty i ty, pokazuje palcem, ochroniarze wyłuskują je z tłumu groupies przy hotelowej bramce, a kimże on tam był, tylko jurorem Miss Podlasia, zwykłym celebrysiem, wynajętym, żeby się ogólnopolskie gazety zainteresowały i regionalna telewizja, nie minęła godzina, a już się zmęczył, co za nudy, panie Boćku miłosierny, poszedł pić do baru, po trzech pierwszych, które bzyknął jedna po drugiej, w ciągu kwadransa, kazał ochroniarzowi przyprowadzić mu jeszcze trzy, którekolwiek, byle ładne, szóstą wygonił, bo miała nieświeży oddech, wybrał sobie sam jeszcze dwie i przy tej drugiej, czyli siódmej, zaniemógł, zwiotczał, dziwne, czy to alkohol, pomyślał, kiedyś jeździłem dłużej, wysiadałem dopiero na dziesiątym przystanku, a tu tak wcześnie, dziewczyna się starała, pomagała mu, wydawała dźwięki, stosowne do sytuacji, a kiedy on nagle się zatrzymał, myślała, że to już, nacisnęła mu nogami pośladki i powiedziała, kocham cię, zabierzesz mnie do Warszawy, będę ci wierną żoną. Kociakiem wstrząsnął dreszcz, co za kicz, powiedział jej, żeby uciekała do mamy, do lokalsów, tu, na miejscu, szepnął jej na ucho, znajdziesz fatyganta, który kupi ci trabanta, ona nie zrozumiała, była za młoda na tę piosenkę, marzył jej się wielki świat, myślała, że Kociak wyholuje ją wysoko, do szybowania. Kociak jednak wrócił do Warszawy, sam. Nie brać więcej takich chałtur, postanowił sobie, właśnie wtedy pojawiła się propozycja bycia twarzą dezodorantu Lawenda, kontrakt przewidywał pewne reguły, nowy towar na półce tak, ale zmiana ekspozycji nie częściej niż raz na miesiąc, poza tym wykluczone małolatki i starsze niż czterdzieści pięć. To mnie utrzyma w pionie, pomyślał, tylko jak z tym wiekiem, mam im zaglądać w metrykę, czy co?


Mamy pewne zasady, wymusił je rynek, marka Lawenda jest wyceniana na setki milionów, i to euro, nie chcemy zarzutów o niemoralność, to by zepsuło naszą reputację, a wizerunek jest podstawą, mówi Jarek kozia bródka, proszę przeczytać paragraf trzynaście, za naruszenie tych reguł zrywamy kontrakt, a jeśli straty będą duże, możemy domagać się odszkodowania. Pan oczekuje ode mnie, żebym został Mahatmą Gandhim, powiedział Kociak, to mnie nieco krępuje, mam swoje życie, nie urodziłem się wczoraj. Przeciwnie, protestuje bródka, Gandhi by nie dostał tego zlecenia, on się kojarzy z produktami naturalnymi, powiedzmy: bawełniana bielizna, sól, co najwyżej mydło, ewentualnie fundusze stabilnego wzrostu, z akcentem na konsekwentną i długoterminową strategię, która w końcu przynosi efekty, ale nie dezodorant, nam chodzi o kogoś takiego jak pan, proszę spojrzeć, mamy wizuale pierwszej serii, Kociak ogląda siebie w pozie z czołówki programu, leci nad miastem, jedna dłoń zaciśnięta w pięść, w drugiej syczący dezodorant, na torsie okazałe K, w modnym akurat liternictwie, u góry headline: „Koniec negocjacji z potem". Kociak powinien być zadowolony, przecież to pod niego, ale krzywi się, projekt wydaje mu się przaśny, a nawet głupkowaty, Gabrysia tym razem go popiera, dobrze, mówi bródka, przetestujemy, to jest sprawa wtórna, najpierw kontrakt, niech pan doczyta, na końcu jest propozycja, co roku skrzynia złota oraz kosztowności, Kociak akceptuje warunki, kreatywny Jarek usłużnie nacina mu scyzorykiem palec, z którego skapuje kropelka krwi, Kociak odciska podpis na ostatniej stronie dokumentu. Jego linie papilarne, jak poziomice, kreślą stromiznę nagłego wywyższenia albo upadku. Niedługo potem oglądają z Jarkiem fokusy, za weneckim lustrem siedzą przedstawiciele szerokiego targetu, wąsaci ludkowie w skórkach, oglądają projekty, ktoś mówi, gościa znam, prowadzi taki program w telewizji, Kociaka to łechce, oho, niezła rozpoznawalność, Jarek znacząco klepie go po ramieniu, kładzie mu na dłoni swoją dłoń, oblepia go mokrawym ciepłem, będzie dobrze, mówi. Tymczasem badani rozwijają wątek, ludzi namawia, żeby się porozumieli, hasłem naszym zgoda będzie i ojczyzna nasza, mówi któryś, Negocjator, dodaje inny, właśnie, wtórują pozostali, też widzieli Kociaka, ma emisję w dobrym paśmie, niedziela po południu, wymieniają uwagi na jego temat, cytują dowcipne odzywki, które mówi na „dzień dobry", pisane przez zespół czterech scenarzystów, które jednak idą na jego konto.

Te, Negocjator, powiedz coś śmiesznego o moim klubie, zaczepił go kiedyś w sklepie jakiś młodzieniec w trójkolorowym szaliku. Fokus trwa już ponad godzinę, Kociak słucha wypowiedzi na swój temat, w środku powoli się rozszczepia, On-ja oddziela się w nim od Ja-ja, zdaje sobie sprawę, że to nie on, Kociak, jest na tych plakatach, tylko ktoś inny, jakiś inny Kociak, chociaż bardzo podobny do tego pierwszego, niezależnie od wersji hasła, pisanego czerwonymi literami, inne projekty podobają się mniej, „Zapach wynegocjowany", ze względu na złe skojarzenia z zapachem jako takim, wypadł marnie, podobnie „Moja oferta dla potu", chyba jednak zostaniemy przy pierwszej wersji, mówi mu na ucho Jarek, czuć od niego perfumę z nutą aloesu, zagrali to znakomicie, jak mówił ktoś w reklamie, chyba tenisistka Sabatini, tego samego używa Gabrysia, a Kociak, dzielący świat na dwie połowy, co dotyczy także perfum, konstatuje, że ta kompozycja jest przeznaczona raczej dla pań, nie wie, czy mu to przeszkadza, czy nie, faktem jest, że Gabrysia ma ostatnio dla niego mniej czasu, nie chodzą na szybkie numerki do reżyserki, ale przecież to ona załatwiła mu bycie twarzą Lawendy, cały czas współpracują przy programie, dzięki niej pofrunął nad miastem, jak bogini zwycięstwa Nike nad Warszawą, zamiast miecza mając dezodorant, ale to bez znaczenia, pomnik jest jeden, a jego plakatów kilkaset, i to w samej stolicy, a kampania była ogólnopolska, więc o co chodzi, chyba mnie jeszcze lubi, zastanawia się.

Odpowiedź przychodzi po miesiącu. Kociak spotyka Gabrysię w nocnym klubie, na kanapie w zielone ciapki, siedzą we dwie, w wygodnej pozie, czy to reklama karmy dla kotów, liżą sobie mordki różowymi języczkami, przez stół jedzie karawana drinków, Monika już nie jest taka pryszczata, chodzi na zabiegi, poza naświetlaniem dostała też leki, do tego makijaż, w półmroku wygląda naprawdę dobrze, w tych błyszczących ciuszkach, kto jest jej sponsorem, Gabrysia daje znak, żeby Kociak im nie przeszkadzał, zadzwonię do ciebie później, pokazuje gestem. A więc to tak, myśli Kociak, dostałem reklamę jako alimenty, wychodzi z klubu, idzie przed siebie, do najbliższego sklepu, nocnego, kupuje pięć tabliczek czekolady, gorzkiej jak łzy, ale ciemnej jak stara krew, na przykład na pościeli, zjada je zaraz, w samochodzie, zjadłby prawdziwą słodką czekoladę mleczną, ale się boi o wypryski, kosmetyczka mu mówiła, za tydzień jest nagranie, musi dbać o cerę.


Odkąd program stał się podstawą jego utrzymania, zaczął stopniowo zrywać związki z biznesem, wykręcać się pod pretekstem, że nie może zgrać terminów, wtedy akurat nie, bo mam nagrania, mówił, ale prawda była inna, program nie zajmował aż tyle czasu, chodziło o co innego, o dezodorant Lewenda, było to zaraz po pierwszej serii bilbordów „Koniec negocjacji z potem", które - o co chodziło Gabrysi - reklamowały jednocześnie program Negocjator, reklamujący także jego, jako Negocjatora, można się w tym było pogubić, ale efekt był taki, że napływało coraz więcej zleceń, przyjął jedno z nich, za podwójną stawkę, negocjacje odbywały się w hotelowej sali, na parterze, okna wychodziły na ścianę bloku, a tam wisiał wielki plakat, Kociak usiadł plecami, żeby go nie widzieć, ale tamci mieli bilbord na wprost, nie chcieli zasłaniać okna, co chwila tam zerkali, podśmiewali się, nikt się nie mógł skupić, rozmowy szły po myśli Kociaka, dopiął swego, ale po wszystkim tamci chcieli się z nim sfotografować, poprosili, żeby się ustawił jak na plakacie, żeby wyciągnął pięść, do drugiej ręki dali mu butelkę z wodą zamiast dezodorantu, pstryk, a czy może pan zrobić minę jak tam, z wyszczerzonymi zębami, niech się pan tak samo uśmiechnie, szkoda, że nie mamy tamtego ubrania z pelerynką, pstryk, pstryk, wspaniale, teraz ja z nim stanę, a ty mi, Andrzej, pstryknij, trudno, ustąpiliśmy, ale będę miał co pokazać żonie, zrobili z niego pajacynkę, mapeta, nieważne, czego się nie robi dla forsy, myślał, ale potem przestał przyjmować podobne zlecenia, nie chciał się drugi raz narażać na to samo, nie, mówił, dopiero w listopadzie, telefon wciąż dzwonił, na szczęście coraz rzadziej.

Na puste miejsce po biznesie weszły kontakty z mediami, czasochłonne, Jarek, jego nowy agent, wystawia mu aktoreczki z seriali, które chcą zaistnieć, na początek w rubryce „Nowa dziewczyna Kociaka", widziano go z, umawia fotoreporterów, którzy są na miejscu, kiedy oni, zakochani, spotkają się w restauracyjce pod miastem, robią zdjęcia, niby z ukrycia, reporterskie, strzelają do nich z fleszy jak na ruskim polowaniu, kiedy tresowanego misia napoili spirytusem i wypchnęli prosto na stanowisko strzeleckie, ręka w sygnetach nacisnęła spust, trafiony, zatopiony, ucieszył się naiwnie jakiś koronowany łeb, gość specjalny prezydenta z ochrany, ciągle te same sprawdzone techniki, czy możecie powtórzyć ostatni pocałunek, mówią, wyszło słabe ujęcie, butelka weszła w kadr, pstryk, pstryk, lecą z nimi gdzieś na tydzień w tropiki, na intymną wyprawę we dwoje, plus jeszcze ekipa od makijażu, styliści, ktoś z redakcji, razem dziesięć osób, niezbędnych do zrobienia dobrej sesji, pod tytułem „Nowa miłość Kociaka", czyżby tym razem to coś poważnego, spacerowali plażą o świcie, żeby się ubrać i umalować, trzeba było wstać w środku nocy, na szczęście wszyscy mieszkają w tym samym hotelu, to są tanie miejsca, zwłaszcza poza sezonem, Cypr, Tajlandia, trochę kicz, ale dla tygodników spoko, spodoba się, mija pół roku i Kociaka zaczyna to naprawdę nudzić. Zróbmy coś innego, mówi do Jarka, już mi się mylą te aktoreczki, w łóżku się gubię, jak ma która na imię, znajdź teraz kogoś ciekawszego, sam nie wiem, może to być malarka, śpiewaczka operowa albo chociaż pisarka, nawet telenowel. Jarek mówi, zobaczę, co się da zrobić.

Nazajutrz dzwoni, bądź w poniedziałek o dwunastej pod kolumną Zygmunta, nie powiem ci teraz kto, ona podejdzie do ciebie i poprosi o autograf. A jeśli podejdzie kilka, o tej porze jest tam dużo ludzi. Rozpoznasz ją, hasło „Psik-psik Lawenda", fotograf będzie dyskretny, bardziej niż zwykle, zdjęcia wykorzystamy dopiero później, jak się już rozstaniecie albo może na ślubie. Jaki ślub? Spokojnie, do tego jeszcze daleko, zobaczymy, jak media was kupią, tym razem potrzeba czegoś dłuższego, z rubryk towarzyskich przeskoczymy na rozkładówki, przed nową kampanią trzeba głośno wystrzelić, z armaty, ty jako twarz dezodorantu musisz być non stop na tapecie, jeśli ci się ta nie spodoba, to inna. A więc dobrze, spróbujmy.

  
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj