Polityka jako pępek świata
Zaangażowanie po amerykańsku.

Dla liberalnej koncepcji władzy dość kłopotliwe okazało się spostrzeżenie, że już same procedury jej legitymizacji mają siłę sprawczą, że same wymuszają pewne zachowania oraz schematy działania. W ten sposób paradoksalnie okazuje się, że kandydaci do władzy bardziej żyją z demokracji niż demokracja żyje z nich. Uspołecznienie autonomicznych jednostek dokonuje się przy tym zawsze w pewnym otoczeniu kulturowym, ekonomicznym i światopoglądowym, wpływającym na procedury demokratyczne. I tutaj zaczyna się szara strefa praktyki demokratycznej, o której traktuje książka "Skłonności serca. Indywidualizm i zaangażowanie po amerykańsku".
 
Punktem wyjścia jest tu mit Ameryki jako ziemi obiecanej cywilizacji zachodniej, w której doszło do realizacji utopii nowego społeczeństwa, składającego się z pewnych siebie jednostek. Wolnych, równych i uznających smutną konieczność władzy, budowanej jak najmniejszym koszem, ale nieuznających geriatrycznych elit Europy. Postacią, która przewija się przez całą książkę, jest osoba Alexisa de Tocqueville'a. Fascynował go nowy świat oraz jego indywidualistyczna siła z mitem założycielskim self made mana. W opisach francuskiego arystokraty po raz pierwszy pojawia się przy tym paradoks kultury amerykańskiej - otóż jej indywidualizm jest możliwy do praktykowania tylko dzięki społecznie zakorzenionej obyczajowości i praktyce, której symbolem jest samotny szeryf, rozprawiający się ze złem w imię indywidualnych zasad moralnych, a ich podstawą - silna religijność, charakterystyczna dla amerykańskiego społeczeństwa. Okazuje się więc, że bazą indywidualizmu jest zespół wspólnie przestrzeganych mitów kulturowych, bardzo mocno podbudowanych religijnie. Stąd pogląd, że to właśnie skłonności serca, obyczaje i pewna akceptowana ponadindywidualnie i „milcząca wiedza" jest podstawą amerykańskiego indywidualizmu.

I tutaj widać też dokładnie miejsce, skąd wychodzi refleksja autorów "Skłonności serca". Jest to tradycja dyskusji pomiędzy liberałami a komunitarystami. Klucz do książki to więc odmieniane dzisiaj na setki i tysiące sposobów słówko „wspólnota", którego denerwująca wszechobecność nadała mu już status fetyszu intelektualnego, jakim wyciera sobie usta każdy nadąsany tzw. publicysta polityczny.

Podstawowa teza krytyków indywidualizmu utylitarnego i ekspresyjnego, stojącego u podstaw kultury amerykańskiej, brzmi bowiem następująco: nadmierny indywidualizm oznacza zagrożenie dla wolności. Jej podstawą powinno być trafne rozdzielenie proporcji pomiędzy życiem publicznym i prywatnym. Na życie prywatne składają się, wedle autorów, życie rodzinne, miłość i terapia. Życie publiczne to z kolei polityka lokalna, tradycje stowarzyszania i wolontariatu oraz aktywność polityczna. Bez zaangażowania ze strony obywateli w życie publiczne, demokracja, a więc i wolność umrze na chorobę zawodowej polityki - oderwanie od elektoratu i napędzanie polityki wyłącznie siłą procedur demokratycznych.

Jakie są skutki ustanowienia złych proporcji pomiędzy życiem publicznym i prywatnym, wycofania do prywatności w poszukiwaniu dobrego życia? Jest to zanik kapitału społecznego, wytworzenie się dziedzicznej podklasy przegranych, atrofia postaw altruistycznych i nadmierna ekonomizacja życia społecznego i wzorów osobowych.

Czy jednak lekarstwem na to jest rzeczywiście pojęcie wspólnoty, rozumianej dzisiaj przede wszystkim jako wspólnota kulturowa, oparta na medialnych często kodach tożsamości, pozostaje wątpliwe. A jeżeli już, to dlaczego wspólnota zbieraczy znaczków pocztowych ma być gorsza od wspólnoty religijnej czy politycznej? Czy tak głęboko sięgające prywatności ludzkiego życia schematy duchowe jak religia i polityka nie powodują pewnego zubożenia kultury, redukcji różnorodności? Czy nie tłumią autentycznego głosu jednostki?

Inspirująca dla polskiego czytelnika będzie teza, że jedynym uczciwym wyborem we współczesnej demokracji może być wybór pomiędzy konserwatystą a oświeconym liberałem. I że nowoczesna lewica nie ma żadnych podstaw epistemologicznych, moralnych i historycznych do korzystania z procedur demokratycznych. Jest tylko przebrzmiałym gadżetem starej, kastowej kultury europejskiej. W tym sensie powinniśmy czerpać pełnymi garściami z amerykańskiej skarbnicy mądrości. Szacunek dla odłożonej w czasie mądrości tradycji lub umiłowanie wolności - oto perspektywa dla kultury bez resentymentu.

Krzysztof Sołoducha, FA-art
 

Robert N. Bellah, Richard Madsen, Wiliam M. Sullivan, Ann Swindler, Steven M. Tipton, Skłonności serca. Indywidualizm i zaangażowanie po amerykańsku, WAiP, Warszawa 2007, s. 510.
 

  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj