Recenzja książki: Markus Zusak, "Złodziejka książek"
Dobrzy Niemcy patrzą na zagładę
Cierpią Żydzi, cierpią Niemcy.

Australijski pisarz Markus Zusak miał 30 lat, kiedy opublikował „Złodziejkę książek”. Urodził się w 1975 r., wojnę rozpętaną przez Hitlera znał z domowych opowieści rodziców, ojca Austriaka i matki Niemki. Nie był jednak debiutantem. Literackie doświadczenie i talent pisarski plus historia rodzinna dały efekt niecodzienny. Wiele lat po wojnie, z dala od Europy, powstała opowieść o dorastającej niemieckiej dziewczynce, w której domu dobrzy Niemcy ukrywają w miasteczku pod Monachium niemieckiego Żyda. Narracja ma prostą i poetycką formę. Narratorem dramatycznej opowieści jest Śmierć, która w końcu zabierze wszystkich bohaterów, oszczędzając tylko dziewczynkę.

Poetycka forma, zabawy językowe, czarny humor stają się środkami przekazu zdejmującymi z narracji patos. Tak się zwykle o wojnie nie pisze, ale warto zawiesić czytelnicze przyzwyczajenia. Wtedy opowieść ujawnia swą wielką emocjonalną intensywność. Wprawdzie prowadzi nas przez nią Śmierć, ale to tylko zwiększa napięcie i wydobywa z bohaterów cały kosmos uczuć i emocji. Od przyjaźni po lęk o przetrwanie. Cierpią Żydzi, cierpią Niemcy, alianckie naloty nie pozostawiają złudzeń co do ostatecznego finału. Ratunku i wytchnienia szuka się w miłości, wierności, zaufaniu, twórczości mającej dać świadectwo czasom koszmaru, który tym wszystkim wartościom zaprzecza.

Można się delektować prozą Zusaka jako eksperymentem literackim, ale ja gratulowałbym mu zwłaszcza daru empatii historycznej i ludzkiej.
 

Markus Zusak, Złodziejka książek, przeł. Hanna Baltyn, Nasza Księgarnia, Warszawa 2008, s. 495
 

   

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj