Recenzja spektaklu: "Wiśniowy sad", reż. Agnieszka Glińska

Choroba wiecznego dzieciństwa
Sam spektakl do szczególnie świeżych nie należy.
'Wiśniowy sad', reż. Agnieszka Glińska.
Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

"Wiśniowy sad", reż. Agnieszka Glińska.

Sztuka „Wiśniowy sad” w nowym przekładzie Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej brzmi świeżo, jednak sam spektakl Agnieszki Glińskiej do szczególnie świeżych nie należy. Do połowy aktorzy grają do widzów albo do wiśniowego sadu, bo ten rośnie najprawdopodobniej na widowni. Grają to zresztą zbyt duże słowo – raczej wykrzykują swoje kwestie, skandują albo mamroczą pod nosem. Od połowy jest lepiej: parada marionetek zaczyna nabierać życia. Wszyscy, na czele z Raniewską Moniki Krzywkowskiej, która zachowuje się, jakby była gwiazdą hollywoodzkiego melodramatu, i Gajewem to wyrośnięte dzieci: egoistyczne, kapryśne i niezdolne wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Łopachin Łukasza Lewandowskiego, który w końcu przejmie majątek i każe ściąć wiśniowy sad, choć bardziej pragmatyczny niż oni, też jest zarażony tą samą chorobą nieznośnej lekkości bytu. Na tym jednolitym tle wyróżnia się jedynie Szarlotta Iwanowna Joanny Szczepkowskiej – to jedyna postać z rysem tragicznym: znajda, bez wieku i pochodzenia, ale dojrzalsza niż wszyscy i przez to nieszczęśliwa.

 

Antoni Czechow, Wiśniowy sad, reż. Agnieszka Glińska, Teatr Studio w Warszawie

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj