szukaj
Naturalna żywność? Nie istnieje!
Pasztet z mutantem
Skąd się bierze strach przed GMO, skoro tak zwana naturalna żywność w zasadzie nie istnieje. Naukowcy od dziesiątków lat zmieniają to, co jemy. Tylko teraz nieco innymi metodami.
Historia rolnictwa jest nieustannym poszukiwaniem i tworzeniem nowych odmian, czyli mutantów.
Getty Images/FPM

Historia rolnictwa jest nieustannym poszukiwaniem i tworzeniem nowych odmian, czyli mutantów.

Poniższy artykuł ukazał się w POLITYCE w kwietniu 2012 r.

Większość społeczeństwa – według badań nawet 70 proc. – boi się genetycznie zmodyfikowanej żywności. I trudno się dziwić. Kto chciałby jeść mutanty: kukurydzę z genami skorpiona lub ziemniaki z DNA meduzy, skoro wokół tyle tradycyjnej i zdrowej polskiej żywności. Czy aby na pewno?

Nienaturalna selekcja

Zacznijmy od tego, że nie uprawia się dziś na świecie żadnych roślin z wszczepionymi genami skorpiona czy meduzy, choć tak można przeczytać m.in. w ulotkach organizacji Greenpeace. Zmodyfikowane soja, kukurydza czy rzepak mają w sobie wszczepione pojedyncze geny bakterii, uodparniające te rośliny na środki chwastobójcze lub niektóre żerujące na nich owady. Dodajmy też, że takie rośliny nie są mutantami.

Mutant to organizm, w którego materiale genetycznym nastąpiła przypadkowa zmiana (właśnie mutacja), np. spowodowana działaniem silnego promieniowania jonizującego (np. rentgenowskiego). Natomiast GMO są modyfikowane celowo, a ingerencja w DNA wywołuje konkretne efekty (np. odporność na owady czy wirusy). Nie ma też żadnych naukowych dowodów, by uprawiane obecnie tak zmodyfikowane rośliny miały być bardziej szkodliwe dla zdrowia czy środowiska naturalnego niż odmiany konwencjonalne lub ekologiczne.

Dlaczego zatem niektórzy tak głośno przeciw nim protestują? Jeden z głównych argumentów, który zawsze pada w trakcie dyskusji o GMO, wskazuje na niebezpieczeństwo wynikające z dokonywania zmian genetycznych. Jeśli np. do kukurydzy wstawi się gen bakterii, to narusza on ogromnie skomplikowaną i słabo poznaną siatkę powiązań pozostałych genów tej rośliny. Czyli taka ingerencja może wywołać nieprzewidywalne skutki, np. powstanie niepożądanych mutacji. Na dodatek wszczepianie obcych genów jest łamaniem naturalnych barier oddzielających królestwa biologiczne (np. roślin i bakterii). Czy to prawda?

Zacznijmy od tego, że mutacje są siłą napędową ewolucji organizmów żywych. Bez nich wyglądalibyśmy pewnie tak jak nasi najstarsi przodkowie ok. 4 mld lat temu: prymitywne organizmy jednokomórkowe. Wyłaniające się nowe gatunki to nic innego jak mutanty. Ludzie przed tysiącami lat, nie mając bladego pojęcia o DNA i genach, selekcjonowali rośliny, właśnie wyłapując nowe, bardziej przydatne zmutowane osobniki. A następnie rozmnażając je i niszcząc na swoich poletkach konkurencję (inne rośliny). Z czasem zaczęli te przemiany przyspieszać stosując krzyżówki. Dlatego współczesna kukurydza czy kapusta nie przypominają swoich protoplastów. Historia rolnictwa jest zatem nieustannym poszukiwaniem i tworzeniem nowych odmian, czyli mutantów. I to wszelkimi dostępnymi sposobami.

Jajka z niespodzianką

Krzyżowanie, początkowo w obrębie jednego gatunku, wraz z rozwojem wiedzy i praktyki zaczęło przełamywać biologiczne bariery. Weźmy np. pszenżyto, które po raz pierwszy wyhodowano w XIX w., ale dopiero później udało się uzyskać jego wartościowe i płodne odmiany. Np. za sprawą trucizny – kolchicyny. Nie wdając się w dość skomplikowane szczegóły tego procesu, można powiedzieć, że u tego mieszańca dwóch gatunków konieczne okazało się sztuczne zwiększenie liczby chromosomów (gęsto upakowanych nici DNA) w komórkach. Świetnie nadawała się do tego właśnie kolchicyna powstrzymująca dzielenie się komórek, ale niezapobiegająca podziałom chromosomów.

Rozwój nauki dostarczał rolnictwu kolejnych metod ingerowania w materiał genetyczny roślin, a zatem tworzenia nowych cech. Przede wszystkim za pomocą substancji chemicznych oraz promieniowania jonizującego, wywołujących liczne mutacje w DNA. Takie działanie nazywa się mutagenezą – odpowiednio chemiczną lub radiacyjną.

Jeszcze w latach 50. XX w., gdy starano się z dumą prezentować przykłady zaprzęgania energii nuklearnej do celów pokojowych, stosowanie mutagenezy radiacyjnej wywoływało ekscytację. Powstawały firmy, które w sklepach ogrodniczych reklamowały „Supernasiona atomowo naenergetyzowane”. W USA można było kupić – po dolarze za opakowanie – nasiona kwiatów potraktowane promieniowaniem gamma. To było coś w rodzaju ogrodniczych „jajek z niespodzianką” – nie wiadomo, jaki mutant mógł z nich wyrosnąć: o jakim kolorze, kształcie kwiatów czy wielkości.

W Londynie powołano nawet do życia Stowarzyszenie Ogrodników Atomowych, mające promować i upowszechniać ten sposób uzyskiwania nowych odmian roślin. Do historii przeszło spotkanie w 1959 r. w siedzibie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, podczas którego naukowcom i politykom zaprezentowano orzeszki ziemne „NC 4x”. NC – bo powstały w Karolinie Północnej (North Carolina), 4x – bo była to czwarta generacja mutantów uzyskanych dzięki silnym dawkom promieniowania X. Orzeszki smakowały normalnie, ale miały wielkość migdałów.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj