Fragment książki "Bieszczady w PRL-u"
Jeden szedł za drugim, bo widział, że tamtemu się polepszyło: zbudował nową stodołę, kupił krowę, pustaki na dom. Pakował więc walizę i jechał w Bieszczady. Spał na pryczy, mył się w potoku, załatwiał w wychodku. Ale jak brał wypłatę, miał co na ręce zważyć.
materiały prasowe

Na bieszczadzkich budowach pracowało między innymi wojsko. Na zdjęciu: przerwa na odpoczynek w kamieniołomie.
Ze zbiorów Krzysztofa Potaczały

Na bieszczadzkich budowach pracowało między innymi wojsko. Na zdjęciu: przerwa na odpoczynek w kamieniołomie.

Takich pił „moja–twoja” nawet jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia nader często używali robotnicy na bieszczadzkich budowach.
Ze zbiorów Krzysztofa Potaczały/materiały prasowe

Takich pił „moja–twoja” nawet jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia nader często używali robotnicy na bieszczadzkich budowach.

Największym problemem bieszczadzkich zakładów budowlanych od lat pięćdziesiątych do późnych siedemdziesiątych był notoryczny brak rąk do pracy. Szerokie plany inwestycyjne powodowały, że robotę mógł tu znaleźć każdy, kto tylko umiał trzymać łopatę i powozić taczkami. Po całym Podkarpaciu jeździły więc specjalnie wydelegowane grupy, których jedynym zadaniem było skuteczne namówienie rolników, rzemieślników, a najlepiej fachowców z różnych dziedzin budownictwa, do podjęcia pracy w Bieszczadach. Werbunek odbywał się głównie po wsiach i trzeba przyznać, że odnosił zamierzony cel. Nic dziwnego, skoro nawet prosty chłop, nierzadko z niepełną podstawówką, potrafił sobie policzyć, iż za miesiąc roboty na górskich drogach zarobi co najmniej dwa razy więcej niż gdzie indziej.

Kiedy region podkarpacki przemierzono już wzdłuż i wszerz, i kiedy pozyskano setki ludzi, grupy werbunkowe ruszyły dalej – w Lubelskie, Krakowskie, Nowosądeckie. Wraz z przybyciem delegatów momentalnie roznosiły się wieści o bajońskich sumach, jakie można zarobić przy zagospodarowywaniu Bieszczadów. Niektórzy werbunkowi byli na tyle przekonujący, że w pojedynkę potrafili nakłonić do czasowych przenosin w góry nawet kilkadziesiąt osób. Zazwyczaj były to osoby żyjące na co dzień marnie, ledwo wiążące koniec z końcem. Dlatego też większość robotników przyjeżdżało w Bieszczady bez grosza przy duszy, jedynie z tobołkiem zapasowych ciuchów i spakowanym przez zapobiegliwe żony i matki prowiantem, najczęściej wekowanym smalcem z cebulą, swojskim serem i soloną słoniną. Niemało było wśród nowych nabytków także osobników uciekających jak najdalej od rodzinnego miasta i wsi ze względu na różnorakie spory, posądzenie o niechciane ojcostwo lub ciężkie pobicie, kryjących się przed milicją i wymiarem sprawiedliwości, wreszcie ludzi niemogących nigdzie na dłużej zagrzać miejsca – nieoglądających się na wczoraj, nie wypatrujących jutra, żyjących wyłącznie tu i teraz.

O ile pracowników umysłowych zatrudniała dyrekcja zakładu, to fizyczni nie musieli się tam fatygować. Ich wpisywano do ewidencji w jednostkach terenowych. W ZBL było takich trzynaście, głównie kierownictwa robót drogowych, robót budowlanych, produkcji pomocniczej (np. tartaki, kamieniołomy). Do przyjęcia się wystarczał dowód osobisty, ale dobrze było mieć także jakiś papierek poświadczający zdobyte kwalifikacje. Był on potrzebny do ustalenia grupy zaszeregowania w siatce płac, tak więc kto tylko mógł, o taki dokument się starał, nawet jeżeli miał być tylko fałszywką. Nikt z kierownictwa głębiej nikomu w metrykę nie zaglądał, nie pytał za bardzo o przyczyny nagłej chęci podjęcia pracy na bieszczadzkich bezdrożach. Nowi pobierali z magazynu drelichowe ubrania, gumiaki, trzewiki, kilofy, łopaty, piły, kielnie. Przydzielano im kwaterę, łóżko i komplet pościeli, a także nierzadko zaliczkę na przeżycie pierwszych tygodni, którą później potrącono z wypłaty. (...)

Ale nie wszyscy doczekiwali tego pięknego dnia, kiedy z zakładowej centrali przyjeżdżała kasjerka i wyliczała stówka po stówce zarobioną pensję. Średnio raz w miesiącu na budowach zjawiał się funkcjonariusz MO, wyjmował z raportówki kajet i zapisywał skrzętnie nazwiska ostatnio zatrudnionych. Potem ten wykaz porównywano z bazą osób poszukiwanych i ściganych, i już wszystko było jasne. Czasami zabierano takiego namierzonego faceta wprost z budowy do milicyjnej suki, a czasem to facet okazywał się sprytniejszy i, czując zbliżające się kłopoty, dawał nogę gdzieś w Polskę.

Wielu, zrażonych trudnymi warunkami bytowymi i harówką ponad siły, albo też targanych tęsknotą za rodziną, porzucało tę robotę w tydzień po jej rozpoczęciu i często umykało z niegościnnych gór cichaczem, bez słowa wytłumaczenia, a co gorsza – rozliczenia się z pobranych narzędzi, odzienia i zaliczki.

I wtedy do akcji wkraczał zakładowy dział kontroli wewnętrznej, coś na wzór firmowej komórki bezpieczeństwa, który poza inwigilowaniem kierowników budów podejrzewanych nieustannie o łamanie przepisów i ciemne interesy, każdą sprawę nierozliczania się pracowników z firmowego sprzętu lub zainkasowanych kwot kierował do sądu. Sąd w Ustrzykach Dolnych był zasypywany doniesieniami w powyższych kwestiach – tak często, że dwa dni w tygodniu przeznaczał wyłącznie na rozpatrywanie spraw wpływających z działu kontroli wewnętrznej Zarządu Budownictwa Leśnego, największego w tym czasie przedsiębiorstwa budowlanego w Bieszczadach. Szef owej kontrolnej komórki, podobno usunięty karnie z wojska major o ciekawym życiorysie, ale paskudnym charakterze, a także o wybujałym poczuciu swej ważności, kreował się niemal na zbawcę ZBL. Nieustannie głosił zaprowadzenie w firmie wzorowego porządku, lecz skutek jego działań był przeważnie taki, że zyskiwał coraz to nowych wrogów. Uważany był powszechnie za pospolitego dręczyciela szukającego haków wszędzie i na wszystkich, byle przypodobać się dyrekcji oraz kolegom z organizacji partyjnej.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj